Zakazana Stacja Białogon.
Sty18

Zakazana Stacja Białogon.

W Kielcach zima trzyma w najlepsze, z jednej strony to może być trudny okres dla biegaczy/szuraczy, jednak gwarantuję, że trudny jest tylko w momencie decyzji – wyjść czy nie wyjść. Nie wierzę bowiem, że znajdzie się choć jedna osoba, która zdecyduje się poszuranie w zimowych warunkach i nie będzie później z tego zadowolona. Oczywiście przy spełnieniu podstawowych zasad w kwestii ubioru, co akurat zbyt trudne nie jest. No bo czy takich rzeczy jak na fotografiach poniżej można nie lubić? I czy będąc samemu w takich miejscach, mając dookoła przejmującą ciszę, w uszach ulubioną muzykę (jeśli lubimy biegać ze słuchawkami) można żałować, że wyszło się z domu zgubić kilkadziesiąt kalorii? NIE. I nie ma innej odpowiedzi. Tak to właśnie wyglądało podczas czwartkowego szurania. Według planu miało być trochę krócej (jak zwykle ostatnio) wyszło dłużej. Zamysł początkowy był aby pobiec trasą pierwszej Kieleckiej Dyszki, jednak…zgubiłem drogę. Po dobiegnięciu do stacji kolejowej Białogon, skręcając w lewo (tak mi się wydawało, że biegliśmy na jesieni) jednak to chyba nie była ta ścieżka, było zimno i momentalnie marzłem, dlatego zdecydowałem się na znaną trasę, przez Pakosz, przy torach do mety. Uwielbiam szuranie także z tego powodu, że można dotrzeć do takich miejsc o których nawet mi się nie śniło, że istnieją. Jestem Kielczaninem od 33 już lat, bardzo często swego czasu bywałem na „stacji Białogon”, mieliśmy tam z mamą najlepszych przyjaciół i moją „przyłataną siostrę”. Spędzałem tam prawie połowę dzieciństwa. Od tej strony stacji jednak nie znałem, co więcej nie miałem pojęcia, że „dalej w lesie” kryją się jakieś stare opuszczone domy. Nigdy nam nie wolno było zapuszczać się tak daleko:) A teraz, 25 lat później dotarłem do tej stacji od zakazanej kiedyś strony. Fajne uczucie. Podsumowując według Endomondo wyszło 10,59 km w czasie 1:08:07. Warunki w lesie ciężkie, duży kopny śnieg, na ubitym bardzo ślisko.   Szuram zawsze w słuchawkach w czwartek hitem było: Heroes del silencio –...

Read More
Prawie dyszka w śniegu
Sty15

Prawie dyszka w śniegu

W związku z dużą ilością nadgodzin, udało się wypracować w fabryce porozumienie pozwalające odbieranie „nadpracowań” w formie późniejszego przyjścia do pracy dwa razy w tygodniu. Dla mnie wzorowe rozwiązanie, które przełoży się mam nadzieję na lepsze przygotowanie do założonych celów.   Dzisiaj totalnie nie według planu (on wskazywał delikatne 6km), u mnie wyszło trochę więcej – prawie 10km, lub ponad 9 – jak kto woli:) Szuranie ze stadionu Korony w kierunku stoku narciarskiego na Pierścienicy (tam gdzie kiedyś była skocznia narciarska). Początkowo miało być lasem, jednak śniegu było tak dużo, że nie dawałem rady i musiałem przebiec na ubitą drogę. Tym sporym podbiegiem dotarłem do raju dla narciarzy. Mimo dosyć wczesnej pory miłośnicy białego szaleństwa już byli widoczni na stoku. Szyba fota i dalej w drogę. Początkowo plan był taki, aby skręcić dalej w prawo, przed szlabanem przy pomniku i dalej stromym asfaltowym zbiegiem tak jak w niedzielę skończyć na stadionie. To by dało w sumie trochę ponad 6km. Ale było taaak pięknie, śnieg jeszcze prawie nie przetarty, tylko widoczne ślady zwierząt i jednego biegacza, którego plecy oglądałem od jakiegoś czasu. „Nikt im tam iść nie kazał. Poszli bo tak chcieli. Bo takie przykazanie wziął po Ojcach Wnuk”  Krok za krokiem, w śniegu sporo ponad kostki, podążałem zupełnie nie w kierunku mojej mety. W pewnym momencie za bardzo nie wiedziałem gdzie jestem, jednak ogólne „wydaje mi się, że” było prawidłowe. Odbiłem w prawo, dotarłem do torów, z daleka widoczna Karczówka, przez Pakosz, obok Kadzielni – pieroński podbieg – i meta. W sumie 9,36 km w czasie...

Read More
Grypo wynocha! Bieganie w śniegu.
Sty14

Grypo wynocha! Bieganie w śniegu.

Drażniło mnie bardzo to, że choróbsko które mnie dopadło nie pozwalało czuć się na tyle dobrze, aby wyjść i poszurać choć odrobinę. Nie mam pojęcia, co to za dziadostwo, ale trzyma mnie już prawie drugi tydzień. Raz mocniej, raz słabiej, w piątek tak, że ledwo trzymałem się na nogach, w sobotę już było lepiej, w niedziele na tyle dobrze (bez gorączki), że padła szybka decyzja. Wychodzę. Miałem 1,5 godziny wolnego przed początkiem licytacji koszulek na jednej ze scen Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Przebrałem się w domu. Termo i zwykłe biegowe spodnie (po raz pierwszy tak podwójnie, ale na termometrze -6), góra normalnie termo bez rękawa, na to termo z rękawem, krótka koszulka leciutka i kangurka z kołnierzem. Czapka oczywiście i po raz pierwszy postanowiłem zasłonić twarz (usta, noc) czymś. Oczywiście jak jest potrzeba to nie można znaleźć fajnych RMFowych kominów, które były by idealne – no ale gdzieś się zapodziały w domu – trudno. Wygrzebałem jakąś niby bandamkę w trupie czachy:) Byłem zazwyczaj przeciwnikiem zasłaniania twarzy, bo wydawało mi się, że mokra chustka przy ustach i nosie, dodatkowo zamarzająca – jest okropna, i czucie czegoś takiego na twarzy jest mocno nie fajne. Ale tak jak pisałem wcześniej, chorobowo słabo i bałem się o to, że zimne powietrze spowoduje, że będzie gorzej. Początek był ciężki, brakowało mi powietrza, nie wiem czy przez chustkę, czy przez to, że organizm jednak dwutygodniowym przeziębieniem był po prostu osłabiony. Oddychało się ciężko było duszno. Przetrzymałem jednak pierwszy kilometr i później już przestałem zwracać na chustę uwagę. Oddychało się fajnie. Na tyle fajnie, że w gardle nic nie drapało, a zimne powietrze w żaden sposób nie przeszkadzało oddychać ustami bądź nosem. Po zakończeniu biegania już w pomieszczeniu, chustkę zdjąłem i wtedy dopiero zauważyłem jaki miała wpływ na ciepło wdychanego powietrza. Mimo, że w środku to powietrze wydawało mi się mega zimne, na tyle, że aż trudno się je wdychało. Koniec końców – sprawa się udała, i już wiem, że jak bardzo mrozi – to chusta musi być. Samo szuranie, krótkie i bez problemowe. Pięknie ośnieżone kieleckie ścieżki, las na Stadionie, ludzie na biegówkach, kilku biegaczy, przy stoku mnóstwo narciarzy, śnieg w nieubitych miejscach sporo ponad kostki. Pogoda I DE AL NA ! W sumie prawie 7 km, w tempie niskim, ale nie o tempo mi chodziło tylko wybieganie swojego i powrót do właściwego rytmu oraz wygonienie wreszcie tego nieszczęsnego przeziębienia. Dzisiaj cały czas czuje, że jeszcze jakieś dziadostwo w środku...

Read More
Śnieżne szuranie
Sty09

Śnieżne szuranie

Klamka zapadła, przygotowuje się do Warszawskiej Połówki. Wczoraj, według planu, krótkie 6km, spokojne wybieganie. Zebrałem się kilkanaście minut po godzinie 20.00. Na termometrze wyjątkowo jak na ostatnie dni zimno sześć stopni poniżej zera. Przechodząc obok okna wydało mi się dziwnie jasno na osiedlu. Trzy piętra w dół pokonane windą i już widziałem dlaczego. Super świetne opady śniegu. Takie bajkowe duże płatki spokojnie opadające na ziemię robiły fajny klimat. I w takich oto okolicznościach przyrody tak jak pisałem zrobione delikatnie ponad 6 km. Początek jak na mnie szybki, w kierunku zalewu, delikatnie z górki, dwa razy na czerwonym:) i dopiero wymuszona pauza na Warszawskiej. Tu już nie ryzykowałem przebiegania na czerwonym bo ślisko bardzo i samochodów też nie mało. Do tej pory w okolicach 5:20/km, później wspomniane już światła, chwila na pstryknięcie fotki i delikatnie nakładając (aby zrobić to 6km) powrót do domu. Powrót oczywiście pod górę, chodnik zaśnieżony, pod spodem lód. Bardzo ciężko było utrzymać równowagę i prędkość. Następne szuranie w czwartek. Podsumowując: 6,13 km – 38:02 (wg Endomondo) – bez autopauzy 5 km w...

Read More
Misja POŁÓWKA – zaczynam!
Sty07

Misja POŁÓWKA – zaczynam!

Jak wiecie, jakiś czas temu w przypływie braku poprawnego myślenia zapisałem się na Półmaraton Warszawski. Po kolejnym przypływie BPM wpłaciłem 80 zł na konto organizatora i tak oto po raz pierwszy w życiu moje nazwisko pojawiło się na liście startowej PM. Numer mój – 5663. Aby nazwisko pojawiło się także 24 marca na liście z wynikami należy przystąpić do działania. Zatem wszem i wobec – ogłaszam Misję Połówka za rozpoczętą. Łatwo nie będzie… Zgodnie z radami fachowców, portali, innych blogerów i na końcu także swoim własnym przekonaniem, że bieganie bez celu i planu nie do końca ma sens ustaliłem co następuje: – CEL: ukończenie Półmaratonu Warszawskiego. Przebiegnięcie – NIE PRZEJŚCIE! – CEL 2: ukończenie Półmaratonu Warszawskiego w okolicach 2 godzin. – CEL 3: zrobienie wszystkiego (w granicach rozsądku – którego jak wiadomo mi brakuje) aby ukończyć Półmaraton w czasie poniżej 2 godzin. Póki co brzmi to śmiesznie, ale zobaczymy. Zakładam, że im cel ma wyższy numerek tym zrealizowanie go przyniesie mi odpowiednio więcej frajdy, jednak osiągnięcie go będzie dużo bardziej bolało, w sumie to jasne. W ramach dodatkowych celów zakładam utrzymanie odpowiedniej diety (jaaaak to zrobić??) oraz pozbycie się kilku kilogramów. Cel minimum to zejście do 8 z przodu. W ciągu ostatnich 3 miesięcy udało się zgubić 6 kg, może w trzy następne uda się zgubić drugie tyle. Powalczymy! PLAN: Dużo szukałem, zacząłem nawet jeden w połowie grudnia (w aplikacji Runkeeper), jednak zrezygnowałem ponieważ był dla mnie zbyt trudny. W pierwszym jego tygodniu przywidywał wybiegania weekendowe w granicach 25 kilometrów (sobota i niedziela). Zrobiłem jeden taki weekend i zbyt długo później dochodziłem do siebie. Zero frajdy, za dużo bólu na początek. Dlatego też na każdy taki plan – a przejrzałem ich bardzo dużo – zacząłem patrzeć okiem nie tylko początkującego amatora, ale także początkującego amatora ważącego 94 kilogramy. To duża różnica w stosunku do osób (znam takie), które też zaczynają, ale ze wskazaniem licznika wagowego 74. To dwie dychy więcej do dźwigania, a muszą poradzić sobie z tym moje kolana, z którymi od czasów bardziej „wyczynowego:)” zajmowania się sportem mam problemy. Mam nadzieję, że sobie poradzą, a ja obiecuje pomóc im w tym zbiciem wagi. Przeczytałem chyba w Runner’s World, że pozbycie się dodatkowych dwóch kilogramów skutkuje około dwoma minutami zaoszczędzonymi na trasie. Czyli jest o co walczyć. Mam ochotę zaoszczędzić w ten sposób około 5-6 minut:) Jeśli chodzi o plan czysto „ruchowy” wybrałem ten zaproponowany przez kobietkę, która połówkę robi w 1:14:36 czyli nie wiele dłużej niż ja swoją pierwszą „dyszkę”. Za namową Aleksandry Jawor – Mistrzyni Polski z 2012 roku w półmaratonie wybrał to co poniżej. Plan jest taki, po którym raczej nie będę umierał, a możliwości...

Read More