Orlen Warsaw Marathon – Super życiówka, super bieg. Świetna impreza!
Kwi23

Orlen Warsaw Marathon – Super życiówka, super bieg. Świetna impreza!

Drugi w 2013 roku start miał być zabawą. Na to od początku do końca liczyłem. Byłem spokojny, wiedziałem, że 10 km to nie jest już odległość, która wzbudza u mnie przerażenie (a jeszcze we wrześniu 2012 tak było). Podchodziłem do biegu spokojnie, może aż wręcz za spokojnie. Był to bieg w którym od początku do końca miałem znajome towarzystwo. Wcześniej byłem sam, nikogo z boku. Teraz było inaczej. Było super! Na miejsce wyruszyłem z Kielc o 5.30. Droga minęła ekspresowo, w Jankach byliśmy już o 7.00. Duuużo za wcześnie, zapas wystarczył zatem na kawkę i delikatne śniadanie w… McDonaldzie, z którego skorzystali moi towarzysze. Ja zgodnie z założeniem energetycznym:) chciałem pociągnąć tylko na tym co zjadłem przed wyjazdem, dwie kromeczki z miodem. W zupełności wystarczyło. Jedyną obawą przed imprezą była ta o miejsca parkingowe, co prawda jest ciepło i można spokojnie stanąć dalej, przejść na start i też nikomu korona z głowy nie spadnie. Jednak to zawsze obce miasto, dużo ludzi i niepewność, a ja wolę jednak mieć wszystko zaplanowane i nie liczyć w takich momentach na niespodzianki. Podczas Półmaratonu Warszawskiego znalazłem sobie fajne miejsce prawie przy samym Moście Poniatowskiego, liczyłem, że i tym razem tam się uda. Udało się, miejsce parkingowe wymarzone, choć oczywiście Straż Miejska miała z tych miejsc ogromny zarobek. Okropnie mnie wkurzało, napisałem o tej sytuacji TUTAJ  Po zaparkowaniu musieliśmy znaleźć jeszcze jednego, w tej chwili najważniejszego dla nas, uczestnika biegu. Pawła. Nazwijmy go Pawłem III, no bo dwóch pierwszych to ja, i Paweł II. Oto my jeszcze przed startem. Dlaczego Paweł III był najważniejszy? Ano dlatego, że miał nasze pakiety startowe:) Odebrał je dzień wcześniej i dzięki niemu mogliśmy w ogóle startować – dziękujemy! Udało się, numery powędrowały na nasze grube brzuchy jeszcze profilaktyczna:) wizyta w niebieskiej budce, których było sporo i które mimo wszystko generowały ogromne kolejki. Ale dało się, nie marudzę:) Od samego rana, od wjazdu do Warszawy widoczni byli biegacze, szuracze, bądź poprostu ludzie z numerkami na piersi. Jednak to co zobaczyłem przed stadionem było szokiem, a to co ujrzałem wchodząc na barierki aby zrobić zdjęcie, delikatnie zbiło mnie z nóg. Ogrom ludzi, morze głów, większość w białych (10km) lub czerwonych (42km) koszulkach z pakietów startowych. Łącznie sporo ponad 10 tysięcy osób ustawionych na dwóch pasach szerokiej ulicy. Oczekiwanie przed startem umilał bardzo miło i rozsądnie, nie narzucając swoich racji (co często się niestety u prowadzących spotyka:))) DJ i prezenter w jednej osobie. Ludzie byli usłuchani, co rusz wszyscy podskakiwali, klaskali czy rytmicznie tupali. Wychodziło to fantastycznie. Ruszyli Maratończycy. Jako pierwsi. 10 minut przed nami. Chyba im wtedy zazdrościłem, zazdrościłem tych czerwonych numerków na koszulce. Już za dwie, trzy, a często...

Read More
Nie chciało się biegać w zimę? To teraz cierp
Kwi23

Nie chciało się biegać w zimę? To teraz cierp

W swoim ostatnim wpisie obiecałem, że wrzucę swoją relację, którą napisałem świeżo po Maratonie Warszawskim. Słowa dziś dotrzymuję i tekst ląduje na blogu. Nie zmieniałem w nim zupełnie nic, bo to nie miałoby sensu. Wydaje mi się, że zabiłoby cały klimat tej relacji, bo pisałem ją skrajnie wyczerpany, ale i skrajnie szczęśliwy – kilka godzin po przebiegnięciu linii mety. Jak ktoś będzie chciał, to zapraszam do lektury. *** A teraz dwa słowa o tym, co dzieje się w szuraniowej części mojego życia. No, to chyba mogę powiedzieć, że nie jest tak źle jak myślałem. Dziś wiem, że przebiegłbym półmaraton, a przecież czasu, żeby zbudować formę na następne 21 km jeszcze trochę jest. Wszystko przyjdzie z czasem. Problem tylko w tym, że intensywność treningów zaczyna mi troszkę wychodzić bokiem. Nadrabianie straconego, z powodu tej wrednej, długiej zimy, czasu – bo przecież moje lenistwo nie miało z tym nic wspólnego – jest delikatnie mówiąc, męczące. Właściwie to codziennie rano przeprowadzam w myślach taki dialog: – No siema kolano, to jak dziś chodzimy normalnie, czy gwiazdorzysz? – Wiesz co, dziś troszkę odpuszczę, ale gadałem z achillesem i mówi, że on dziś coś gorzej się czuje. Ale cóż, jak się nie chciało walczyć z zaspami, to trzeba walczyć z zakwasami i bólem. Proste. To jest moment, w którym odsyłam Was do moich maratońskich wspominek. *** Dziś zaliczyłem swój debiut w maratonie. Pierwsza myśl po przekroczeniu mety na Stadionie Narodowym: za rok też biegnę. Ta euforia po przebiegnięciu linii mety w pełni wynagradza ponad 42 kilometry męczarni. W ogóle nie wiedziałem czego mam się po maratonie spodziewać. Wiedziałem właściwie jedno – będzie ciężko. Czytałem też o kryzysie, który przychodzi gdzieś około 30 kilometra, ale nie zdawałem sobie sprawy z tego, jak on wygląda. Niby wcześniej biegałem kilka razy po 30 kaemów, ale świadomość tego, że zostało jeszcze 12… to nie jest wcale miła perspektywa. Serio. Zresztą swój maraton podzieliłbym na cztery etapy: 1. Ja zrobię, zrobię jeszcze więcej metrów! Tak około dziesiątego kilometra w moich uszach łódzki raper Zeus pełnym energii głosem nawinął, że zrobi jeszcze więcej bitów, napisze jeszcze więcej tekstów. Myślę sobie – fajnie. Czuję się dobrze, 1/4 trasy za mną a ja nawet nie czuję się zmęczony, więc tak jak w tym utworze – zrobię jeszcze więcej! No i tak sobie radośnie biegłem dalej w tempie nieco szybszym niż przedmaratonowe założenia. Błąd. Ale do tego jeszcze dojdę. 2. Master of Puppets 25 kilometr. Pierwszy poważny podbieg. Jeszcze rozpiera mnie energia, w uszach James Hetfield, wokalista Metalliki, co rusz wykrzykuje: Master! Master! w rytm jednego z najbardziej rozpoznawalnych utworów jego zespołu, a ja sobie myślę – tak James, dokładnie tak. Jestem Master!...

Read More
Jak Rocky Balboa – tak się czułem
Kwi23

Jak Rocky Balboa – tak się czułem

Gdy w 2009 roku zacząłem swoją przygodę z bieganiem, Piotrek, mój osobisty trener (a bliżej prawdy – bezcenny doradca) zasugerował: zacznij pisać o tym bloga. Temat oczywiście przemyślałem, ale dość szybko odpuściłem. Uznałem, że to zupełnie niepotrzebne. Kilka tygodni temu Paweł zaproponował: napisz coś o swoim bieganiu na szuranie.pl. W pierwszej chwili podziękowałem. Potem jednak przypomniałem sobie o pomyśle sprzed trzech lat. I zmieniłem zdanie. Bo dzisiaj w sumie żałuję, że wtedy się na to nie zdecydowałem. Teraz fantastycznie byłoby powspominać tamtą przemianę. Po tylu miesiącach sporo szczegółów już nie pamiętam, niektóre sytuacje z pewnością uleciały z mojej głowy. Wciąż jednak wydaje mi się, że mam coś ciekawego do powiedzenia na ten temat. Szkoda zmarnować taką szansę po raz drugi. Nigdy nie biegałem dla rekordów, maratonów, półmaratonów czy choćby nawet „dyszek”. Chociaż – podkreślę to – byłem gotów wystartować na 20 km. Miałem jednak zupełnie inny cel. Schudnąć. Jeszcze cztery lata temu z hakiem ważyłem 100 kg (no, prawie – dokładnie 99,5). Dzisiaj jest to 81, a to i tak negatywny pikuś. W najlepszym etapie moich treningów, czyli gdzieś około września 2010, waga pokazywała już 77 kg. Od tego czasu jednak nieco się zaniedbałem – biegałem sporadycznie, pozostała tylko piłka nożna (w miarę regularnie, raz na tydzień) i siłownia (zrywami). Prawdziwa katastrofa pojawiła się w ostatnich miesiącach. Praca w radiu, CKsporcie, dodatkowe fuchy, które pozwalają mi na większą swobodę finansową, a do tego przede wszystkim chęć obronienia w końcu magistra – to wypełniało moje dni od rana do późnej nocy. W styczniu obiecałem sobie, że gdy tylko postawię kropkę nad „i” na swojej uczelni, wtedy w końcu wezmę się za siebie. A to oznaczać mogło tylko jedno – powrócenie do biegania. 15 marca magistra obroniłem, potem chwilę poczekałem na lepszą aurę i wróciłem. Za mną dwa tygodnie regularnych treningów, biegam co dwa dni około 7-10 km. Można powiedzieć, że rozpoczynam swoją batalię na nowo. Batalię, która jest męcząca (musi być!), ale sprawia niesamowitą frajdę. Moja historia oczywiście wpłynie na charakter tego bloga. Często będę odnosił się do przeszłości. Do czasów, gdy na początku wytrzymywałem maksymalnie kilka minut biegu non stop, niczym Rocky Balboa walczyłem sam ze sobą i zimową aurą, by potem znikać, znikać, znikać… 23 kg ubyło Porębskiego – aż trudno w to uwierzyć. Dlaczego Rocky? O tym jeszcze napiszę. Póki co tylko wspomnę, że swoje treningi rozpocząłem w styczniu, przy pełnym śniegu i minusowej temperaturze. Chciałbym, żeby ten blog zachęcił tych, którzy ważą dużo za dużo, ale może brakuje im tej jednej, dodatkowej motywacji (lekcji?) do tego, żeby ruszyć tyłek. Bo tutaj każdy może to zrobić, każdy może osiągnąć rewelacyjne efekty, jeśli tylko tego chce. Udowodnię to...

Read More
Warszawa (nie)przyjazne miasto!
Kwi22

Warszawa (nie)przyjazne miasto!

Zanim opiszę to co działo się podczas Orlen Warsaw Marathon pod względem sportowym, a działy się rzeczy mega pozytywne, i całą imprezę uważam za SUPER udaną o światowym poziomie, chciałem kilka słów, cierpkich słów poświecić miastu, Warszawie. A konkretnie ludziom nią zarządzającym… Bieganie – wiadomo, sport masowy – masa ludzi przyjechała w niedzielę do Stolicy, aby wspólnie przeżyć wspaniałe chwile. Zmierzyć się z własnymi niedoskonałościami, walczyć z odległością, uciekającym czasem lub samym sobą. Wszyscy nastawieni optymistycznie, z otwartymi na wszystkich dookoła sercami, uprzejmi dla innych biegaczy. Jednym słowem atmosfera SUPER! Niestety nawaliło „miasto”. Nawalili ludzie pragnący, takie mam wrażenie, wykorzystać okazję jaką jest bez wątpienia przyjazd tysięcy ludzi z całej Polski, ba nawet zza granicy, na zarobek. A jak zarobić na biegaczach, często kierowcach? Bardzo prosto – mandatami!!! Aby uspokoić wszystkich, to nie jestem przeciwko karaniu mandatami. Absolutnie jestem za, ale za przewinienia nie wybaczalne. Jeśli ktoś zaparkuje auto tak, że przeszkadza, blokuje wyjazd, przejście dla pieszych, uniemożliwia przejść ludziom (i to też takim z wózkiem – wiem co mówię, bo jeździłem z wózkiem bliźniaczym – szerokim – i był to problem), lub jeśli auto zostanie zaparkowane tak, że poprostu sprawia zagrożenie np. zasłaniając – tak! – Wlepiajmy mandaty bez pytania. W niedzielę było jednak zupełnie inaczej. Zaparkowałem samochód przy ul. Wał Miedzyszyński. Stałem tam także podczas Półmaratonu Warszawskiego i sytuacja, którą zaraz opiszę była identyczna. Warszawiacy wiedzą, a innym zaraz pokaże (niestety tylko zdjęcia z Google Maps), że chodniki + ścieżka przy tej ulicy od strony Wisły jest szeroka, momentami bardzo szeroka, dodatkowo są tam takie „zatoczki” czy place, na które można wjechać autem. Parkując tam nie przeszkadza się nikomu. NIKOMU!. Chodnik jest bardzo szeroki, można by stanąć tam TIRem, a przejście też by było, nie zasłania się widoczności. NIC. Oczywiście, to co jest jasne dla nas, myślących ludzi, zupełnie inaczej wygląda u „stróżów prawa”. Zarówno podczas Półmaratonu jak i wczorajszego Orlen Marathonu całe tabuny strażników miejskich z lawetami (!) zajmowało się wlepianiem mandatów i odholowywaniem aut. Przepis, przepisem – ktoś kiedyś wymyślił, żeby tam nie parkować – ok. Nie parkujmy na codzień, szkoda, że nikt nie chce się zrozumieć, że jest wielka impreza, impreza promująca Warszawę jako miasto przyjazne, na każdym kroku od każdego z organizatorów, setek wolontariuszy dostawaliśmy uśmiechy, a od władz – klapsy. Zrozumiałbym gdyby Warszawa, jako miasto była przygotowana, miała w pobliżu parkingi na setki, tysiące aut. Ale nie ma. Za to ma miejsca – takie jak te, które można jednorazowo wykorzystać, tym bardziej, że naprawdę są bezpieczne dla wszystkich. Wyobraźcie sobie co czuje człowiek, który właśnie ukończył maraton. Przebiegł 42 km 195 metrów, jest u kresu sił, wyczerpany. Zniszczony często nawet 5 godzinną...

Read More
Żołądek to nie SAN FRANCISCO
Kwi20

Żołądek to nie SAN FRANCISCO

Zamilkłam trochę ostatnio. – Bo czasem lepiej zamilknąć po prostu…bo to co się  w moim życiu dzieje wymaga mocnego podkreślania siarczystymi bluzgami. Teraz interesuję się głównie jedzeniem i spaniem. Nie było u mnie zbyt wiele biegania ostatnio. Szurania też nie;). Dzieci dają do pieca (może to nie moje ???;)), praca, obowiązki i….a jakże – choroby! Moje córy kaszlą  na dwa głosy. Mnie też w gardle drapie. Ale kilka razy przeszurałam 7 -8 km, a raz nawet 10!:) Za to na spaghetti z czosnkiem i oliwą i pietruszką i parmezanem nie trzeba mnie namawiać. I założę się , że nawet Pudzian by tyle nie wessał. Jak mawia mój mąż –  „jak mały koń”. No i jeszcze czekolada…Tu się chociaż tłumacze, ze jak ja zjem to dzieci nie będą miały próchnicy;). Obciach. A w niedziele Czwarta Dycha do Maratonu. Czyżbym miała przeżyć kolejny biegowy horrorek? Szczerze to mi się trochę należy kara. Z dobrych rzeczy – moje nowe obuwie zwane pieszczotliwe „Najkami Pomykajkami” sprawuje się świetnie. I chociaż wielu ludzi waliło się w głowę słysząc moją teorię, ze niby buty z amortyzacją zlikwidują mój ból kolan, to miałam racje. Ból ustał. Tylko co z tego ???  Nawet jakbym biegła w siedmiomilowych butach to słabo się biega gdy w żołądku „musztarda z kisielem i śliwki z likierem. Żołądek to nie SAN FRANCISCO!!!!!!!!!!!!!” Koniec popierdywania w stołek! W niedziele turlam sznurówki na 10 km, a w maju Półmaraton w Białymstoku! A dziś – kolacja, deser i spać;). Podziel się:FacebookTwitterGoogleE-mailPrintDodaj do ulubionych:Lubię...

Read More
%d bloggers like this: