[Marcin] To ja wygrałem!
Cze25

[Marcin] To ja wygrałem!

Biegam, od 11 stycznia tego roku. Lubelski, miał być trzecim moim maratonem w tym roku, po Orlenie i Cracovii w kwietniu. Niby trzecim, ale ze względu na to że w moim Lublinie najważniejszym. Tymczasem ostatnie dwa tygodnie przed maratonem, moje bieganie legło w gruzach, rozpoczęły się upały i udawało mi się przebiec… 10-15km, przestraszony nie wiedziałem co się stało. Zastanawiałem się, czy nie odpuścić sobie „Lubelskiego”, z obawy, że mogę u siebie „dać ciała”. Ostateczna próba była we wtorek przed sobotnim maratonem, wieczorne bieganie 30kilo, było ok! Wtedy uznałem – biegnę w „Lubelskim”! Celowałem w tysięczny numer startowy, trafiłem w 988. Pakiet startowy odebrany z fantastyczną, chyba najładniejszą koszulka techniczna Nike. Piątek pasta party, i oczekiwanie na sobotę. Codziennie sprawdzałem prognozy pogody, wiedziałem że jak będzie gorąco, mogę nie dać rady, prognozy były w miarę optymistyczne, ciepło wprawdzie, ale deszczowo. Wstaje sobota, godzina 5.30, wychodzę na balkon i…..piękne słoneczko i błękitne niebo, myślę sobie bedzię gorąco! Dobra, trudno, owsianka z bananami, adrenalina już na podwyższonym poziomie. Nie zakładałem jakiejś taktyki biegu, moja dotychczasowa życiówka z Krakowa to 4:27:07, tak więc jedyny cel to aby nie było gorzej. O godz. 8.00 ruszyłem na miejsce startu, biegnę Krakowskim Przedmieściem, i już to czuje, już czuje! To fantastyczne mrowienie na głowie, już wiem że hormony pracują! Brama Krakowska start o 9.00, jestem 30min wcześniej, jest po prostu zajebista atmosfera, przyjąłem jeszcze BCAA, zapiłem kofeiną o odpowiedniej dawce i byłem już gotowy! Lubelscy notable z ministrą:) Muchą i Prezydentem Żukiem na czele, dali znak do startu. Ruszyliśmy, pierwsza prosta z górki Lubartowską, gorąco jak cholera, ale czuje się świetnie, po 1kilo, stwierdzam że mi gorąco w czapeczce rzucam koledze co jedzie rowerem obok. Od początku świetna organizacja, ale o tym później. Pierwsza dycha podczas zawodów zawsze mija mi tak samo, emocje związane ze startem, są tak duże, że nawet nie czuje za bardzo jak i gdzie biegnę, jakieś górki, pod koniec 7-8kilo jestem już totalnie mokry, ale to u mnie norma, zawsze tak mam, na pierwszej dyszce. Oddech się wyrównuje, znaczy dobiegam do 10go kilo, czas 58:53min. Moje tempo, zacząłem drugą dychę. Druga dziesiątka to moja ulubiona w bieganiu maratonów, oddech już uspokojony, mniej się pocę, zaczynam swoją wewnętrzną rozmowę, po prostu odpływam, a kilometry płyną. Nigdy z nikim nie rozmawiam, staram się biec samemu, nie lubię jak mi ktoś przeszkadza w mojej rozmowie z samym sobą. Nim się orientuje jest 20ty kilo, druga dycha czas 56:35min! Trzecia Dycha się zaczyna, ogarniam się z tego fantastycznego letargu drugiej dychy, ogarniam endomondo i uznaje że idzie mi nieźle, i mam dużo pary! Jest szansa na dobry wynik, chodź upał niemiłosierny, wbiegamy obok Zalewu, słyszę karetki, biegnę nie zwracam na nic...

Read More
[Łukasz] O. Jak obibok…
Cze24

[Łukasz] O. Jak obibok…

Nie wiem ile razy zabierałem się za napisanie relacji z maratonu lubelskiego. Sześć, siedem, dziesięć? Nie mam pojęcia. Wiem, że powstały trzy wersje, a ta, którą czytacie jest czwarta. Z poprzednich nie byłem zadowolony, więc wylądowały w koszu. Dlaczego nie byłem zadowolony? Bo były zakłamane. Ciężko pisać o swoich porażkach. Ciężko przyznać się przed samym sobą, że coś zrobiło się źle i, że to ja, a nie cały świat – jak próbowałem sobie tłumaczyć – jestem odpowiedzialny za to, że nie dobiegłem do mety. Owszem ostatnio zebrało mi się na głowie kilka różnych, ważniejszych od biegania, obowiązków, ale to wcale nie znaczy, że nie mogłem się lepiej przygotować. Jasne, że mogłem. Praca, studia, sesja plus przygotowania do maratonu, to naprawdę sporo. A przecież kiedyś trzeba jeszcze spać. No, ale jak się powiedziało A, to wypadałoby dojść do końca alfabetu. Ja zatrzymałem się gdzieś na O. Jak obibok. Zamiast po powrocie z pracy założyć buty i grzecznie poszurać, to ja kładłem się spać. Zamiast wstać wcześnie rano, wolałem zdrzemnąć się kilka minut dłużej. Zamiast wieczorem, korzystając ze sprzyjających warunków poszurać nocą po pustych chodnikach – odpalałem serial, naiwnie mówiąc sobie – nadrobię jutro. Nie nadrobiłem. Szczerze mówiąc byłem przygotowany na 32-34 kilometry walki. Myślałem, że później jakoś to będzie. Tu kilometr przejdę, tam wskoczę komuś na barana, później trochę potruchtam, a na metę się wczołgam. Taki miałem plan. W mojej głowie nawet przez chwilę nie pojawiła się myśl – przebiegniesz całość. I to też był błąd, może nawet największy, bo maraton rozgrywa się w głowie. Tam zapadają najważniejsze decyzje, tam rodzą się wszystkie dramatyczne decyzje. Ja nie brałem pod uwagę tego, że przebiegnę cały maraton i tak się właśnie stało. Nie przebiegłem. Proste jak drut. Pewnie doszurałbym do tego 34 kilometra (nie wiem jak byłoby dalej) gdyby nie kontuzja, która – jak na złość – postanowiła się odnowić. Ból ścięgna Achillesa towarzyszy mi od stycznia. Od pewnego czasu żyjemy nawet w pewnej symbiozie. To znaczy – noga mnie boli, a ja na to nie zwracam uwagi, nie przeklinam jej, a ona w podzięce czasem boli mniej. Na maratonie jednak do zaprzyjaźnionego bólu w okolicach prawej pięty doszedł ból lewego kolana. Od 15 km próbowałem sobie wmawiać, że to nic takiego i zaraz przejdzie. Nie przeszło. W pewnym momencie uznałem, że jeżeli nie chcę, aby maraton lubelski był tym ostatnim w perspektywie następnych dwóch, trzech lat, to muszę odpuścić. Zszedłem z trasy średnio, jak na maraton, zmęczony i mocno zdenerwowany. Załamany. Z perspektywy czasu uważam, że zrobiłem dobrze, ale niedosyt pozostał. Jedno jest pewne, mam pewne rachunki do wyrównania z maratonem lubelskim i mam nadzieję, że za rok podobna impreza znów...

Read More
[PROMOCJA] Opaski na telefon dla biegaczy/szuraczy
Cze24

[PROMOCJA] Opaski na telefon dla biegaczy/szuraczy

Lubicie słuchać muzyki w trakcie biegania? A może słuchacie ebooków? A może korzystacie z Endomondo, lub innych biegowych aplikacji? Pewnie tak, wiele osób to robi. Jeśli zatem jeszcze nie wiecie co zrobić z telefonem, jak szurać aby nie było z nim problemów, to mamy rozwiązanie. Przypadkiem weszliśmy w posiadanie kilku uchwytów na telefon i chętnie się nimi z Wami podzielimy. Jeśli jesteście zainteresowani, proszę o kontakt mailowy:...

Read More
[Piotr] I Nocny (Nielegalny) Wrocławski Półmaraton
Cze23

[Piotr] I Nocny (Nielegalny) Wrocławski Półmaraton

Hm, mieszkam już we Wrocławiu prawie 24 lata. Nie jestem rodowitym Wrocławianinem, ale właśnie Wrocławianinem się czuję. Identyfikuję się z tym miastem już od dawna. Niestety, pierwszy raz w życiu jest mi wstyd. 22 czerwca miał być dla mnie wyjątkowym dniem w tym mieście. Wyjątkowym dniem w moim biegowo-szuranym życiu. Jak pisałem wcześniej, kilka miesięcy temu zapisałem się na swój pierwszy zorganizowany bieg. Pierwszy raz chciałem stanąć ramię w ramie z innymi uczestnikami biegu na dystansie 21.097 km. Mimo, że wcześniej już kilka razy samodzielnie i w towarzystwie znajomych pokonałem już dystans półmaratonu to właśnie ten dzień, ten bieg był dla mnie kompletnym debiutem. Pracowicie wybiegany maj (250 km), kilka rekordów po drodze, dawały nadzieję na dobry wynik właśnie w półmaratonie. W czerwcu częstotliwość treningów zmniejszyłem bo taką miałem potrzebę by dać odpocząć nogom i by w pełni sił wystartować właśnie 22 go czerwca. Wszystko zapowiadało się znakomicie. Wpłata startowego bez żadnych problemów, w ciągu kolejnych kilku dni nadanie numeru startowego i potwierdzenie z Biura Zawodów.  Zostało czekanie. Treningi, opracowywanie strategi. Z wytęsknieniem czekałem na ten dzień. Chętnych do udziału w biegu było tak wielu, że organizatorzy zwiększyli listę startujących z 3000 na 4000 tysiące.  Czwartek przed startem masaż u fizjoterapeuty, odświeżenie mięśni. W piątek odbiór pakietu startowego potem kulinarna uczta makaronowa, przygotowanie sprzętu na bieg, do wyrka wcześniej i końcowe odliczanie. Spać jakoś nie mogłem, bo nie będę ukrywał że okropnie się denerwowałem. Wstałem niewyspany ale szczęśliwy. Śniadanie oparte na białym pieczywie i dżemie. Na obiad delikatne warzywka. Potem izotonik, jakiś batonik. Coraz bliżej do startu. O 18:00 wraz z moją rodziną (najwytrwalsi kibice) i Arturem (kolegą z którym razem czasami biegamy) wyruszyliśmy na parking przy stadionie olimpijskim. Już podczas drogi na parking czułem, że to będzie coś wyjątkowego. Po kilkunastu minutach dotarliśmy na stadion. Mnóstwo samochodów, jedni już zaczęli rozgrzewkę, inni odbierali pakiety startowe, kolejni szukali miejsca parkingowego. Po kilkunastu minutach dołączył do nas kolega Piotr, z nim oraz z Arturem mieliśmy biec. Krótki rekonesans wokół miejsca startu, wymiana spostrzeżeń, uścisków i czas się przebrać. Myślałem że mój Suunto Ambit się zaciął bo podczas przebierania moje tętno sięgało poziomu 130 bpm, ale to własnie stres przed startem był tego powodem. 🙂 Potem delikatna rozgrzewka, rozciąganie. Tłumy nadciągały. Pomyślałem, będzie zajefajnie !!!  🙂 Ponieważ plany zakładały łamanie mojej życiówki w połówce (1:51:58) razem z chłopakami ustawiliśmy się w strefie 1:20 – 1:55. Endomondo odpalone, sznurówki zawiązane i odliczamy… 20:00 – wszyscy czekamy na odliczanie startera i wystrzał, a tu prowadzący imprezę ogłasza, że w mieście coś się wydarzyło i organizatorzy muszą przesunąć start na 20:30. Cóż, poleciały delikatne gwizdy:( Pomyślałem, siła wyższa. Może jakaś rura w mieście pękła, albo na trasie zdarzył się wypadek. Różnie bywa. Czekamy zatem umilając sobie czas rozmowami. 20:28 – gotowy do startu. Czekam. Prowadzący ogłasza że niestety, problem nie został rozwiązany i czas startu przesunięty na 21:00. Gwizdy...

Read More
Tuż tuż…a kierowca busa BURAK!
Cze21

Tuż tuż…a kierowca busa BURAK!

Założenie miałem inne. Ostatni tydzień przed półmaratonem w Radomiu miałem odpoczywać, ale…no właśnie. Nie wytrzymałem. I choć na troszkę, tak powoluśku (noo nie do końca) wyszedłem poszurać. Radom tuż tuż… Będzie krótko. Szuranie krótkie, droga do Cedzyny, pokazana jakiś czas temu i przeszurana wspólnie z Darkiem i kompanami z Biegam Bo Muszę. 3 km w jedną stronę i powrót. Milion komarów, nie ma mowy o jakimkolwiek zatrzymaniu. Chciałem tylko na sekundkę zrobić zdjęcie, ooo to poniżej.  I nie wiadomo skąd ale obsiadło mnie tysiące małych krwiopijców. Droga powrotna to oczywiście pod górkę, ale to dobrze – wykorzystałem nawet całego „ślimaka” wbiegając na wiadukt. Ostatni kilometr poszurałem szybciej, poniżej 5:00/km. O dziwo, biegło mi się całkiem nieźle. Tętno wiadomo powędrowało w okolice 183, ale żyłem. Zdenerwował mnie okropnie kierowca busa. Nie wiem czy ja jestem wyjątkiem, ale mega drażnią mnie takie nie wytłumaczalne w normalny sposób sytuacje. Już prawie pod samym blokiem, biegnę ulicą (osiedlową) po lewej stronie asfaltu, przy krawężniku. Chodnik jest tylko po prawej i w dodatku bardzo dziurawy, nigdy z niego nie korzystam bo się boje o nogi. Biegnę dosyć jak na mnie mocno, z przodu zbliża się bus, duży – biały. Jedzie przy samym krawężniku. Mimo, że ma 6 metrów wolnej przestrzeni na całym asfalcie to ciśnie prosto na mnie. W ostatniej chwili uciekam na trawnik podkręcając mocno nogę, zdążyłem machnąć mu jeszcze coś rękami, nie zatrzymałem się – kierowca coś tam wymachiwał swoimi buraczanymi rękami. Nie wiem, czy tylko ja jestem jakiś taki inny, czy tylko mnie wkurzają takie sytuacje – ale jak jestem raczej pokojowo nastawiony do „całego zła tego świata” to takiego buraka bym najchętniej poprostu pierdolnął w łeb, za przeproszeniem. Okropnie mnie wkurza cwaniactwo, nienawidzę takich ludzi. Rozumiem, jakby z naprzeciwka coś jechało, jakby nie miał gdzie zjechać. Ale on specjalnie jechał na mnie, pewnie nie chciał mnie potrącić, ale spowodować abym to ja zbiegł mu z drogi, a nie on mnie. Mam nadzieje, że debila więcej na swojej drodze nie spotkam! Ufff… 🙂 W niedzielę Radom, będzie mega gorąco… Będziecie? PS. Aaaa i jeszcze jedno. Totalnie nie radzę sobie z zaklejaniem sutków:) Któraś już z kolei próba, różne plastry, różne techniki i wszystko na nic. 3 kilometry i odpadają. Nie wiem jak to zrobić, nie chcę golić klaty:))) może się czymś obwinę, czy jak…? Kurcze – NIE...

Read More