36. PZU Maraton Warszawski okiem moim, czyli Magdy G.

 Nie umiem pisać relacji, więc się nie obrażę, jak nikt tego nie przeczyta :D

20140928_143756Tytułem wstępu chciałabym napisać, jak zaczęła się moja przygoda z bieganiem. Wiem, że są osoby, jak Joniu czy Michał C., którzy od początku marzyli o maratonie. Ja, jak wiele innych osób zaczęłam biegać, żeby pozbyć się kilku(nastu) zbędnych kilogramów. Ale dlaczego wybór padł akurat na bieganie? Chodziłam wcześniej na fitnessy, zumby, niestety nic z tego. Wśród moich aktualności na fb, coraz częściej rzucało mi się w oczy „Marcin P. przebiegł ileśtam km…” i chciałam sprawdzić, czy też bym dała radę.



Kilka lat wstecz już podjęłam taką próbę. Przebiegłam 1 (słownie: jeden) kilometr i zziajana i zrezygnowana wróciłam do domu. Maj 2013. Tym razem postanowiłam podejść do tematu naukowo. Czytałam całe mnóstwo artykułów jak zacząć biegać. I jest! Znalazłam! Plan Pumy. Tydzień pierwszy banał, 6 razy naprzemiennie 4:30 marszu, 0:30 biegu. Drugi tydzień już nie był taki kolorowy kiedy miałam biec przez okrągłą minutę! Jakoś niby się planu trzymałam, w lipcu wyjazd na wakacje i wszystko się posypało. A szanowny kolega Marcin nadal biegał, nadal mnie to raziło w oczy, więc tym razem wynalazłam plan pt. Odchudzanie przez bieganie. I oto dnia 14 sierpnia Roku Pańskiego 2013 wyszłam na pierwszy trening biegowy wraz z aplikacją endomondo:

10354996_664884070225276_9090363942933582440_n

Biegało się coraz przyjemniej, ale cały czas jedynym celem było schudnąć…

29 września- Marcin P. przebiegł maraton. Zasadniczo to kompletnie nie wiedziałam jaki to dokładnie dystans. 40? 41? 42? Na pewno dużo, na pewno trzeba być niezłym hardcorem, żeby to przebiec.
30 września po moim treningu na żarty mi się zebrało!

aaa2

To co napisałam, to znaczyło dla mnie mniej więcej tyle samo co „Za rok polecę na księżyc!” Zupełnie niemożliwe, nierealne. Nie! Nie! Nie! Nawet przytoczony półmaraton odstraszał ilością kilometrów…

Biegałam, biegałam, biegałam coraz więcej, Marcin coraz częściej wspominał o Półmaratonie Warszawskim. Ostatecznie zdecydowałam się na to w lutym. I niech się dzieje co chce… Przebiegłam, nie zdążyłam dobrze odsapnąć, słyszę od Marcina: „Czas na maraton”. Po przebiegnięciu połówki, byłam 100% pewna, że nie da się przebiec dwa razy tyle…
Minął miesiąc. W głowie zrodziła się myśl „teraz albo nigdy”. Fejsbukowa konsultacja z Malwiną z Run for Beauty and Fun i jest decyzja- spróbuję treningów do maratonu.
Początkowe założenie było takie, że nikomu o tej decyzji nie będę mówiła, bo to nie wiadomo co wyjdzie, zadeklaruję się, a nie dam rady, będzie wstyd… A później stwierdziłam, że jak zadeklaruję się publicznie, to choćby skały s…ły to będę musiała przebiec.

I zaczęły się treningi, długie wybiegania, wszystko szło po prostu cudownie… aż do wtorkowego wieczoru, dokładnie 108,5 godziny do maratonu. Wtorek, jak wtorek, a jak wtorek to szuring by night. Cholerka, chłodnawo było, rozgrzać by się trzeba było. Skaczę, śpiewam, tańczę.. ups! Krzywo stanęłam nogą, która kiedyś była skręcona. Ale dobra mina do złej gry. Stoję, chodzę, no to biegniemy. Przebiegłam 8 km.. ojej.. chyba mnie boli kostka. W głowie tysiąc myśli, przecież niemożliwe, żebym była taką ofiarą losu, żebym skręciła kostkę na kilka dni przed maratonem!!! A jednak, kostka spuchnięta, ledwo chodzę. Wspaniali ludzie z Drużyny Bartka podpowiadają „okłady z korzenia żywokostu”. Jest poprawa, ale dalej marne szanse na maraton. Mąż się do mnie nie odzywa przez dwa dni. Bardzo się cieszył na cały wyjazd związany z maratonem, że będzie fajnie, a ja wszystko popsułam. Nie dość, że było mi wystarczająco beznadziejnie z samą sobą, to jeszcze musiałam się uporać z jego fochem. W piątek poszłam do lekarki rodzinnej, żeby rzuciła okiem na nogę i wyraziła swoją opinię na temat maratonu. Na nogę nie patrząc, wysłała do pani chirurg. A przemiła pani chirurg była łaskawa na mnie nawrzeszczeć, że ona nie wie czy mogę biec czy nie. Z pomocą nadszedł boski Joniu, zarzucił kontaktem do prawie Pana Boga w sprawach beznadziejnych. Z prawie Panem Bogiem Łukaszem umówiłam się na godzinę 11 w sobotę. 12:30 wyjazd do Warszawy. Grubo. I znowu te myśli „a co jak On mi powie, żebym nie biegła??”. Żeby było mało, w piątek się okazało, że nie mamy noclegu w Warszawie. Jedno, drugie, trzecie, czwarte miejsce- brak wolnych miejsc… „Ten maraton chyba mi nie jest pisany.” Hostel Krokodyl! Jest!



Sobota od rana szalona, bo po co się pakować dzień wcześniej?? ;-) Efekt był taki, że w drodze na autobus przypomnieliśmy sobie, że zapomnieliśmy pieniędzy :D dawaj z powrotem do domu, 2 minuty do autobusu i okazuje się, że mogę biec, nawet sprintem! :D
Czas na wizytę u prawiePanaBogaŁukasza. Obejrzał kostkę, podotykał, pomacał, ale z bardzo szczerym uśmiechem, bardzo szczerymi chęciami powiedział, że zapoda lek, przyklei tejpy czy jak to się pisze, ale nie daje gwarancji, że kostka wytrzyma tyle maraton. Lek? Ale w jako sposób?? Zastrzyk w kostkę- litości! Ale czego się nie robi dla spełnienia marzeń. Tak, bo w pewnym momencie tak zafiksowałam się na punkcie biegania, maratonu, że na daleki plan zeszło zrzucanie wagi. Podsumowanie wizyty u Łukasza „może na adrenalinie dolecisz do mety…” Osobiście straciłam nadzieję. W Warszawie nie potrafiłam się cieszyć odbiorem pakietu startowego, całym biegowym zamieszaniem, który panował na Stadionie. Wieczorem dzwoni Ola, pyta „jest stres??” a ja go w ogóle nie czułam, byłam jakby obok tego wszystkiego. Przed 21 czas na sen, chciałabym się wyspać przed jutrem… 4:40 oczy jak 5 zł. Szybki rzut oka na fejsa, życzenia powodzenia itd. itp. Może jeszcze na chwilę zasnę… Punkt 6 zadzwonił budzik. OOO wita mnie od rana stres, wszystko mi leci z rąk, toaleta po raz pierwszy. Szybkie śniadanie, toaleta po raz drugi. Przy śniadaniu spotykamy znajome twarze Tomka i Daniela :) Chłopaki jeszcze raz dzięki za możliwość zabrania się z Wami! :) Ale zanim wyszliśmy z hostelu jeszcze kilka razy toaleta ehh :D

Stadion Narodowy w Warszawie, kilka szybkich fotek :

 20140928_075939

z małżem moim osobistym :*

 20140928_084055

z Najlepszą Drużyną na świecie! <3

 20140928_084728

I z tymi, co się spóźniają na grupowe zdjęcia :P

Sesja zdjęciowa za nami, biorę Damiana pod ramię i idziemy na start. Damian bez sprecyzowanego czasu w jaki celuje, ale również z kontuzją kostki, więc zabieram go na 4:30. Plan jest taki: do 30 km biegniemy razem, dalej Damian leci ile sił w nogach.

Gotowi… do startu… START! Biegniemy sobie razem, delikatnie, elegancko, machamy, uśmiechamy się, przybijamy piąteczki, na punktach kibicowania, gdzie grała muza, wymachujemy rękami, wręcz tańczymy biegnąc! :D Fantastyczna atmosfera! Zostawiliśmy w tyle zająca na 4:30, mimo że biegliśmy na lajciku. Na którymś punkcie odżywczym się pogubiliśmy, na szczęście po niedługim czasie znów byliśmy razem :) Z drugą osobą biegnie się dużo przyjemniej. I te tematy podczas biegu :D „A co zjesz po maratonie?” :D Damian, i jak? Był schabowy z kapustką?? ;-)
Na moje nieszczęście ok 17 km zapukała do mnie pani Kolka. Najpierw nieśmiało, nie wpuszczałam jej, ale po chwili zaczęła się dobijać coraz mocniej. To był moment, w którym musiałam pożegnać się z moim współtowarzyszem. Muzyka w ucho, i lecę marszobiegiem aż kolka troszkę mi odpuści. Pan Zając na 4:30 mnie wyminął, nic nie szkodzi. Może go później dogonię… Krok za krokiem, noga za nogą, 19 km podbiega do mnie Pan, pyta czy jestem z Kielc, ucinamy sobie pogawędkę, on też jest z Kielc. Mówił, że często widzi jak szuramy wieczorami! Ha! Widać nas kochani :D I tak od tego momentu cały czas byłam na trasie z tym Panem. Ja przebiegłam, on przeszedł, ja przeszłam, on przebiegł i tak w kółko aż do mety się wymijaliśmy. Ok 25 km wszedł mi ból w odcinek lędźwiowy, Szanowny Pan podpowiadał co mam zrobić, jak się rozciągać, żeby ustąpiło. Teraz, kiedy znalazłam, kim był ten miły Pan, już wiem, skąd to wszystko wiedział :P Pozdrawiam Pana, Panie dr Dutkiewicz z Wydziału Wychowania Fizycznego i Turystyki Wszechnicy Świętokrzyskiej! :D Kolejne kilometry za mną, oho 30-sty. Ściano – czekam na Ciebie. 31,32,33 … no gdzie jesteś? 34? Nie ma. Na 35 km spotykam jedynie Anię z bloga Panna Anna! :) Krzyczę do niej, podbiega do mnie, biegnie ze mną kilkanaście metrów, zagaduje jak się biegnie, życzy powodzenia, wyściskujemy się, wycałowujemy i lecę dalej. Już niedaleko. 7 km do mety! Bieg, marsz, bieg, marsz, rozciąganie, bieg, marsz… aż do 39 km. Mniej więcej w tym miejscu naciągnęłam łydkę, ledwie kuśykałam. W słuchawkach słyszałam już tyle wspaniałych pepków, ale jak mąż mi zapodał, że mnie kocha to tak się wzruszyłam, że myślałam, że ataku serca dostanę :D Generalnie endomondo powariowało, wyprzedziło o jakieś 3 km, więc jak ja byłam na 39. km, Marcin pepkował, że to ostatni kilometr, a gdzie tam jeszcze… Zwłaszcza, że ledwo biegłam przez tą łydkę :/ Ale zacisnęłam zęby i parłam do mety! I jest… Ostatni kilometr, chciałabym przyspieszyć, ale naprawdę nie mam sił, padnę przed metą jak teraz przyspieszę. Kilkaset metrów przed metą czeka nasza drużynowa koleżanka – Ania H. :) Bez wody mi się pokazała małpa mała :P Całe jej szczęście, że naprawiła swój błąd ;-) , przebiegła ze mną kilka metrów i w zasadzie to był czas by wbiegać na Stadion! Krótki filmik z mety:

czas netto 4:58:22. Medal jest, zakwasy są! Maraton ukończony! Niesamowite przeżycie, nie mogę się doczekać kolejnego !! :D

Po tak długim tekście przyszedł jeszcze czas na podziękowania!! Bo jest cały tłum, któremu muszę podziękować! :D

1. Michał- kochany małżu, za to, że jesteś zawsze, chociaż, czasami z lekkim fochem :*
2. Marcin ! Mój mistrz, dzięki któremu wszystko się zaczęło!
3. Anusia- za to, że zawsze we mnie wierzy! I za boski prezent za przebiegnięcie maratonu! A co- pochwalę się :P Moja wspaniała przyjaciółka wysyła mnie na fantastyczne zabiegi kosmetyczne :*
4. Drużyna Bartka- muszę ująć w ten sposób, bo nie sposób każdemu z osobna… Za rady, kontakty, kciuki, pepki, każde, ale to każde dobre słowo!!

Jeśli zapomniałam o kimś, proszę się zgłaszać- wprowadzę poprawki!

20140928_143756



Author: szuracz

Share This Post On

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: