Douro Ultra Trail

Powoli staje się „nową świecką tradycją”, że wyszukuję moje biegi w momencie przeżywania  smutku. Chyba po to, żeby mieć na co czekać i odwrócić uwagę od trupa w szafie (a wiemy przecież, ze każdy ma swojego tru(m)pa w szafie). Film promujący Duoro Ultra Trail obejrzałam jakieś 100 razy, lub więcej. Szczególnie  przypadł mi do gustu ten z 2014 roku. Moja ukochana Portugalia ( byłam tam już wcześniej trzy razy), ewidentne wzywała mnie do przyjazdu do Porto…

Na Douro Ultra Trail bieg byłam zapisana już w czerwcu, ale  z kupnem biletów zwlekałam do tygodnia przed biegiem. Do samego końca wahałam się – jechać, nie jechać…a dziś wiem, ze gdybym nie pojechała, byłoby to potworną głupotą i byłabym w plecy o jedną z najlepszych przygód mojego życia.
Kiedy oglądałam film – wydawało mi się , ze ten bieg to niegroźne pagórki obrośnięte winoroślami, położone malowniczo nad rzeką Duoro, gdzie powstaje duma Portugalii – trunek Porto. Organizatorzy ocenili ten bieg jako ” muito dificil” – bardzo trudny , podając sumę przewyższenia 4500 m na 80 km. Ale myślałam, ze to taki lep na biegaczy;). Stwierdziłam, że 20- godzinny limit mnie wyraża i to jest do zrobienia.
Uznałam też, że nie opłaca się zapisywać na 45 km , bo za 80 będę miała 4 punkty ITRA. A punkty mogą się przydać, bo nigdy nie wiadomo czy nie bedą mnie potrzebować w Alpach;).
Tydzień przed biegiem zapada decyzja – lecę. Wraz ze mną na podróż decyduje się koleżanka o ksywie  Zabra – moja facylitatorka…Wiem, wiem- dziwny wyraz i również go nie znałam, dopóki Zabra nie wytłumaczyła mi, że ona będzie taką osobą od wspierania mnie przed, w trakcie i po biegu – fizycznie i psychicznie. Jeszcze wtedy nie wiedziała, ze będzie na mnie czekać na mecie do 1 w nocy , śpiąc na ławce  przed kiblem w Muzeum Duoro obłożona reklamówkami…
Co do samej taktyki biegu – mogłam tylko postawić na moc, którą dają kanapki z pasztetem przywiezionym z Polski. Natłok zajęć spowodował, ze ostatni trening biegowy odbyłam dokładnie 2 miesiące wcześniej. Był to bieg ultra na 57 km o nazwie „Szlak Trafi” , podczas którego niemal wyzionęłam ducha. Poszłam na bieg po trzech godzinach snu i głodna i pierwszy raz w życiu spotkałam się z potężnym bólem żołądka… Ale ukończyłam, dwie minuty przez końcem limitu. Ten bieg nauczył mnie tyle, że można
biegać Rzeźnika bez treningu, ale nie można za cholerę iść na jakikolwiek bieg bez jedzenia i z deficytem snu. Płakałam cztery godziny po dotarciu na met( nie potrafiąc podać przyczyny) i byłam totalnie rozbita przez dwa dni. Zrobiłam sobie pamiątkową fotkę, ku pamięci, zeby mi nigdy więcej nie przyszło do głowy iść na bieg bez snu…

27
Lądujemy w Porto….jest późno i wtopa spotyka nas już w metrze…nie wiemy gdzie wysiąść, wysiadamy źle, ucieka nam ostatni autobus do miejscowości Peso Da Regua – tam jest start biegu….Spotykamy rożnych ludzi – taksówkarza , który biegnie za nami i koniecznie chce nas dowieźć na miejsce za 100 euro. Oraz Dredziarza, który wybiega z bramy  donikąd i który próbuje upchnąć nas do jakiegoś hostelu a na koniec żąda funduszu na kawę. Dajemy mu euracza i spędzamy noc w Porto w hostelu bez
okien, co powoduje ze  cholernie ciężko rano stwierdzić ze jest rano.
Rankiem  pędzimy autobusem do Vila Real. Podziwiamy widoki, pijemy  wino.

1
Zostawiamy bagaże w hostelu , przebieramy się i zasuwamy autobusem odebrać pakiet. W międzyczasie zjadam dwie kiełbasy chorizo, ku oburzeniu facylitatorki wegetarianki. Pijemy wino, jemy pyszne figi…. Docieramy do Muzem Duoro. TO tu- na dachu muzeum usytuowany jest start i meta mojego biegu, można spokojnie usiąść napić się wina i podziwiać widok na rzekę. Co śmieszne na dachu rośnie trawa i zasuwają kury.
4

5

Jesteśmy dwie godziny przed otwarciem biura. Ale zagaduję do pań z obsługi, że mam taki problem, że mieszkam w Hostelu – 30 km od startu. I ze nie mam jak dostać sie na start ( start o 6.00 rano -pierwszy autobus o 8;)). I tu mile zaskoczenie. Nikt mi nie mówi, że biuro działa od 17 i że ” przyjdź Pani pózniej”. Działanie jest natychmiastowe. Wyciągają listę biegaczy , którzy mieszkają w Vila Real i dzwonią po kolei z zapytaniem , kto mnie dotransportuje na start. PO pięciu minutach mam juz
numer szczęściarza;).
Mamy jeszcze trochę czasu , więc kupujemy dwa wina i idziemy na pomost…jest wybornie. Otwieram wino kluczem, słońce opala nasze zgrabne ciała, kupujemy sobie kapelusze, jemy ser. Spotykam też bardzo swojsko wyglądającego Pana, który szybko staję moim fanem i obiecuje, że będzie na mnie czekał na mecie…Nie czekał.

2

3
Zabra stwierdza , ze jest nawalona. Ja stwierdzam, ze koniec z chlaniem, bo kaca ciężko znoszę, a 80 km będzie odczuwalne i bez niego…
Idziemy jeść. W przemiłej rodzinnej knajpce obok muzeum oświadczam , ze muszę się porządnie najeść, bo ja jutro biegnę i potrzeba mi ” força” (siła). A oni mi na to, że „mówię i mam”.
Na stół wjeżdżają cztery srebrne półmiski -pięć kawałków grillowanego mięsa, Mount Everest frytkowy, brukselki!!!!, sałatka, ryż….Nie da się ukryć- podeszli do tematu na poważnie.

6
Następnie odbieram pakiet i popełniam błąd – idziemy na odprawę. Totalna nuda i dłużyzna. Poszłam  tam tylko po to, aby tradycji stało się zadość – zapada zmrok i ucieka nam ostatni autobus. Mimo, że wychodzimy w połowie odprawy – nie mamy czym wrócić do hostelu…
Łapiemy stopa…wszyscy trąbią , nikt nie staje…robimy rożne figury, poprawiam makijaż. Raz ja z przodu, Zabra z tylu, raz odwrotnie…machamy symultanicznie….zaczynam mieć panikę – k…a- nie wyśpię się!!! Nie mogę znów nie spać przed biegiem….
W momencie, kiedy zaczynam mieć bałagan w oczach, zatrzymuje się ON i mówi, ze jeździe do Peso Da Regua. Pięć sekund wrzeszczymy i podskakujemy obok samochodu a po 15 minutach jesteśmy pod hostelem. Idę spać, jak zwykle podejrzanie spokojna…

7
Pobudka o 4.00. Kanapki. Pasztet, plecak, leki przeciwbólowe. Wizaż. Robię 22 pompki (taki czelendż był). Zapinam numer – 116 – parzysta suma – czyli jestem bezpieczna ;).
4.30 podjeżdżają oni – Joao – mój wybawca od transportu. Trzech wyżylonych  biegaczy stara się mówić najwolniej na świecie, żeby się ze mną dogadać. Jedziemy i pada pytanie – dlaczego tu jestem… I tu śmieszna sprawa – mylę wyrazy . Zamiast powiedzieć – wiem, ze to trudny bieg, mówię – „wiem, ze bieg jest łatwy”;). Następuje konsternacja – patrzą na mnie , na siebie, na mnie, na siebie, przed siebie…cichy chichot.
Przed startem gromadzimy się w muzeum. Jest spokojnie. Widzę cztery kobiety…reszta faceci….z kijami, uzbrojeni w rożne gadżety. Ja w patriotycznym dzianinowym sweterku  z ciuchlandu w biało czerwone paski – z flaga Polski w plecaku….pierwszy raz w życiu przez moment czułam się strasznie mała i jakaś niewidzialna. Wszyscy mieli kogoś obok.

28
Podchodzi do mnie Fernanda – ładna biegaczka i pyta o moja czołówkę. Ja jej na to, ze nie wiem czy jest spoko bo mam ja pierwszy raz i jest pożyczona…
Kontrola sprzętu przy drzwiach. Nikogo nie sprawdzają, mnie pytają o wszystko trzy razy ( czy mam kurtkę, gwiazdę, folie). Chyba czują , ze będę długo smakować trasę;).
Hop siup i start!
Ruszamy. Niby miałam nie biec szybko, ale biegnę, bo wszyscy biegną, a w mieście nie ma oznaczeń. Nie widzę  żadnej szarfy,a cholernie nie chcę się zgubić. Jak zawsze na starcie czuję oszołomienie. Coś w stylu niedowierzania, że to naprawdę tu i teraz. Po dwóch kilometrach mam zadyszkę. Mija mnie 72 letnia Analice – znana w Portugalii  filigranowa biegaczka. Młodzi biegacze mijają ja i głaszczą po krótkich lokach – oddają honor i życzą powodzenia. Bardzo mnie to wzrusza, a zarazem podnosi na
duchu.
Po dwóch kilometrach mam zadyszkę. Potykam się, jestem totalnie niezaznajomiona z bieganiem z czołówką. Mijamy domki, coraz rzadsze, zaczynają się winorośla, włazimy coraz wyżej i wyżej. I tu okazuje się, że kiedy biegniemy nad pasmem winorośli i mam po prawej stronie ” przepaść” ( to takie diabelskie schody, nie wiem jak wyjaśnić )zaczyna mnie telepać coś w stylu lęku…znosi mnie na lewo, a nogi na prawo . Kilka razy zatrzymuje się i macham rekami żeby złapać równowagę, a 10 Portugalczyków za mną wrzeszczy ” łołołoło”… Było to bardzo słabe uczucie i chciałam już wschodu słońca. Wzeszło ;). O 7.30 zrobiło się jasno…uspokoiłam się. Zaczęłam sobie tłumaczyć w myśli całą sytuację: Sylwuniu – będziesz biegła cały dzień….dasz radę…
No i co dalej? Jest pięknie. Wdrapujemy się. Lasy, potoczki. Na 9 km pewien biegacz biegnący przede mną odwraca się w momencie , kiedy ja zaczynam zostawać z tyłu. Macha na mnie : chodź chodź!!!Myśle sobie : A idź Ty, weź się zajmij sobą , patrz pod nogi, masz kumpla to se biegnijcie, nie będę za wami  gonić. Ale mowię coś zgoła innego: jestem Sylwia, reprezentacja Polski. NIe wiem co tu robię, chyba trochę się boję Ale on – nie bój się , trzymaj się nas i dobiegniemy.
To dość znaczący moment ponieważ ten właśnie człowiek o imieniu Bruno wszarpał mnie na gore 60km pózniej. Normalnie – za fraki…i postawił mi trzy browary na trasie. I świecił swoją czołówka , kiedy moja  – za sto milionów, po prostu w nocy zgasła.
Pierwszy punkt na 10 km.

Ludzie!!!! Full wypas, jak to mówią u mnie na dzielnicy: ” wódka, dziwki, baseny”. Pycha jedzenie, nutella, owoce, krakersy z karmelem, orzechy, czipsy, kanapki, i kola. Hektolitry.

Ja muszę na biegu pić kolę …myśle, że na tym wypiłam z dwa litry;). Przemili ludzie, życzliwi, wspierający i zaangażowani.

Lecimy dalej. Trzydziesty kilometr biegu – mijamy rozgałęzienie trasy – w prawo bieg na 45, w lewo -80km. Kilometr dalej mija mnie mój portugalski Transport – wyżylony Joao. Myśle sobie – ale cienias….tyle czasu za mną??? A on pokazuje zegarek na którym ma juz 45 km. Pobiegł nie w tę  stronę i nadrobił 15… Nie za bardzo wiem jak mu pomoc… Z resztą on nie wymaga pomocy – zapieprza jak mały samochodzik. My trzymamy się razem – Bruno, Pedro i ja. Jakoś ich polubiłam od razu i mimo, ze mało
mówię, to czuję, ze się rozumiemy. Bruno mi robi takie zdjęcie :

10

Chwilę potem spotykamy na zejściu z góry Francuza. Siedzi , płacze…ale to jest istna fontanna łez, glut płynie po kamieniach. Uszkodzone kolano. Nie może iść, nie może się dodzwonić do organizatorów. I tu proszę Państwa następuje to, za co kocham ludzi. Bruno i Pedro biorą go pod pachy i niosą w dół przez godzinę. Ja dzwonię do organizatorów. Jak się potem okazało, mnóstwo biegaczy totalnie go olało. JA wiem, że to nie biegacze, są od znoszenia ludzi z trasy, ale mi by to nie dało spokoju…
Ja decyduję, ze czekam na nich, idę sobie spacerkiem, jem kanapkę, robię foty. Wyprzedzają nas niemal wszyscy. ” Tracimy” godzinę ,ale Bruno mówi ze on poczeka z Francuzem na pomoc a ja i Pedro mamy biec. Bruno robi maraton w trzy godziny i odwalił ten bieg w 11 godzin dwa lata wcześniej. Więc umowa jest taka, że nas dogoni.

11
Tu na kilka km zostaję sama. Dobrze sobie radzę z podejściem, ale niestety mylę trasę dochodząc do tego wielkiego wiatraka ( nie wiedziałam ze to takie bydlackie :). Biegnę a tu myk- urwisko, koniec sciezki…wracam i widzę z daleka, ze Pedro biegnie w moja stronę i nagle skręca w lewo….za nim Bruno. Krzyczę ale mnie nie widzą. Biegnę serpentynami i cały czas wrzeszczę ale wiatr nie w ta stronę. W końcu nadymam sie do granic możliwości i drę jape Bruuuuuuunooooooooo!!!!!! Odwraca się i łapię
się za głowie , bo myślał ze jestem z przodu i nie jest zbyt dumny ze pomyliłam trasę.
Oprócz jednego zejścia – 37 pierwszych kilometrów biegu było pod górę…Oczywiście uprzedzali mnie o tym,lecz nie wierzyłam….ale poczułam to;). Dotarło tez do mnie skąd wziął się ” śmieszny” dla mnie początkowo limit 11 godzin na dotarcie na najwyższy punkt biegu ” Seniora da Serra” . Kiedy tam wchodzę – czuje się trochę głodna i osłabiona. Wiem, że zzieleniałam i  się telepię. Wybiegają po mnie z obsługi i mówią, że źle wyglądam i że mam siąść. Siadam w kamiennym domku. W głośnikach AC DC,
pyszne jedzenie. Skaczą koło mnie jak nienormalni. Nagle pada zdanie:
–  Masz najcięższy plecak ze wszystkich biegaczy…mogę wiedzieć dlaczego?

  • Mam tam kosmetyczkę żeby poprawić make up przed metą
  • Zapada cisza…

Wpatruje się we mnie i mówi:

  • Nie mówisz serio prawda?
  • Nie …szminkę mam w spodenkach…
  • Po czym wyciągam moja pomadkę i nabłyszczam ile wlezie ( potem te spodenki uparłam ze szminką niszcząc spodenki oraz inne ubrania). Na szczycie robię 22 pompki. Wywołuje to ogólną wesołość wśród ekipy.
  • Tak było na Senhora Da Serra:

14

15

  • Jestem najedzona, spokojna i co najgorsze – jestem przekonana ze tak naprawdę to Duoro Ultra Trail jest juz za mną. Dałam sobie wmówić, ze najciężej jest do 40 km, a potem już z górki…
    I tak naprawdę tu zaczyna się mroczna strona Duoro ;). Najpierw jakieś 3 km biegniemy po piachu. Potem następuje takie zejście, że mnie zatkało. Nie uświadczysz takiego w Bieszczadach. Łapami trzymam się skały i zeskakuję na inne- jest ślisko i mega stromo….ale idzie mi to dobrze. Pedrowi  gorzej. Bruno ma obcykane. Zaczyna się ból….bolało już wcześniej, ale zaczyna się ten PRAWDZIWY. Syndrom dymiącego uda. Widzę, że są cholernie opuchnięte, a to dopiero 55 km. Nie zgadzają nam się
    odległości z punktami. Pojawiają się pierwsze oznaki zdenerwowania i cierpienia u Pedra. Chłopaki coś tam rzucają  w swoją stronę. Ja zaczynam się bać ze bieg jest dłuższy niż 80 km…takie tam lęki po Rzeźniku;).
  • Jem leki przeciwbólowe, jem kanapki – już bardziej na siłę niż z chęci. Wbiegamy  do miasteczka. Leniwa sobota- mieszkańcy to głownie uprawcy ziemi- uśmiechnięci spracowani ludzie -spacerują, patrzą w dal, dopingują nas, albo  siedzą w tych małych knajpkach i piją kawę.

16

  • Patrzę na Bruna i mowię – Błagam kup mi piwo ( bo przecież ja nie wzięłam pieniędzy)
    Patrzy na mnie i widzę, że on widzi, że nie żartuję.  On pije kawę, a ja Sagres MINI. Ludzie!!!!Pobyt w tej knajpce trwał 1,5 minuty, a dla mnie to było jak Sylwester w Paryżu. A smak tego browara będę pamiętać do końca moich dni….zmrużyłam oczy , wzięłam łyka. Bruno chyba chciał coś powiedzieć, ale powstrzymałam go gestem ręki , mówiąc : Weź bądź cicho…mam orgazm….
    Kilometr dalej byłam już całkiem pewna ze było to ostatnie szczytowanie…podejście mnie zniszczyło…sapałam…prawie się dusiłam. Dwa kroki do przodu, jeden w tył…uda mi pękały… Pokaleczyłam ręce o jakieś kolczaste krzaki przytrzymać.
    Na górze  siadłam, kręciło mi się w głowie…
  • I nagle z takiej uśmiechniętej, zamieniłam się we wrak…

12

13

  • I wecie co? Właśnie to kocham najbardziej w tych moich porąbanych biegach. Że wysiłek fizyczny jest w stanie w ciągu kilkunastu godzin przeczołgać mnie po całym wachlarzu stanów emocjonalnych. Od poczucia , ze jestem PÓŁBOGIEM („owalę to 80 km bez kijów i treningów, a Wy się patrzcie i uczcie  jak się to robi”;)), aż po kompletny upadek   moralny („Bruno, błagam Cię, idź dalej sam i pozwól mi tu umrzeć…”).
    Przedostatni punkt z jedzeniem – usytuowany w straży pożarnej. Bruno się przebiera, Pedro leży na glebie z nogami w gorze, ja siedzę i się  śmieję – zupełnie nie wiem dlaczego…Bruno wydaje mi krótkie polecenia: wyciągaj kurtkę, nakładaj lampę. Czuję, ze nie jest w nastroju do żartów. Pedro się nie podnosi. Pani podaje mi z przepraszającym uśmiechem biała ciapkę w misce i mówi, ze to wcześniej była zupa. Jem, chociaż żołądek juz boli….ale muszę.
    Krótka rozmowa miedzy chłopakami…Bruno wybiega i woła  mnie. Pedro dalej  na glebie. Zostaje.

17


  • Biegnę za nim i mówię, ze to z nim miał biec i że ja pójdę sama, że ma do niego wrócić. Ten się odwraca i mówi, ze Pedro ma problemy z żołądkiem i ze właśnie skończył swój bieg. I czy naprawdę chcę biec 20 km sama. Prawda taka, że nie chcę. Jest mi strasznie przykro , ale ruszam za nim pokornie. To co mnie spotkało na kolejnych 20 km, będę pamietać do końca życia. W górę, w dół, w górę, w dół, w górę, w dół….w cholernych ciemnościach, z bolącym brzuchem i z nogami, które paliły żywym ogniem.
  • Na jednym z podejść czuję, ze odlatuję…zimno, ciepło, tracę kontakt z bazą. Widzę jego rękę w ciemności…chodź… Łapie mnie za rękę i ciągnie do góry. Kilka kilometrów dalej mam już opracowany system. Jak mi da rękę to idę 16 kroków do góry. Bez ręki robię 8 i odpoczywam.
    Zadaje mu 70 razy pytanie jak daleko do ostatniego punktu. Na zegarku ma więcej kilometrów niż wskazuje profil trasy. Ciągle  się wspinamy a punktu nie widać…
    Kiedy zadaje pytanie  kolejny raz odwraca się i mówi: Sylwia …. Kurwa…nie wiem! Rozumiesz? Naprawdę powiedział „k…a”. Zdążył się nauczyć.
    I mniej więcej w tym momencie gaśnie moja czołówka. Ot tak. Po prostu. Szach mag. W górach . OK 15 km do mety… Mam powerbank – ale nie robi. Idę i świece sonie pod nogi….gejfonem. I uwierzcie mi – brechtam się pod nosem. Bruno pyta z czego ja się śmieje do cholery, ale nie jestem w stanie wyjaśnić.
  • Dochodzę na górę  widzę pierwszy domek – taki z kamieni…ledwo żyję. Siadam na glebie. Bruno wyciąga ręce – wstań.  Ale nie wstaję…On mówi : Vai Sylwia, Vai…chcesz bombeiros ?????( bombeiro to po portugalsku strażak;)). Chodzi mu o to czy chce zostać w lesie na noc żeby mnie strażacy ściągali;). Ale ja nie wstaję. Pada zdanie miesiąca:
    Bruno muszę pomyśleć o moim życiu .
    Zatyka go. A wiem, ze dla kogoś kto ma dużo sił – jak on- nie ma nic gorszego niż taka mameja, która siada. Mówi: czekam na punkcie.
  • I odchodzi.
  • Zostaje sama. Cisza. Patrzę w niebo, całe zbryzgane gwiazdami. Myśle sobie….nie wytrzymał chłopina dłużej. Nic dziwnego…. Kurde jestem w górach bez światła…umrę tu…zjedzą mnie jakieś portugalskie dzikie świnie…Tej niesamowitej ciszy było ok 20 sekund.
  •  Nagle w ciemności pada zdanie : Sylwia…..to za rogiem …Ten pierwszy kamienny domek był punktem!!!Podrywam się!Lecę;).
  • Wbijam do domku i patrzę a tam się Porto chłodzi!Cap  za butelkę! Dziwią się dość mocno nalewając mi kielonka  porto. Bruno mówi do obsługi : ona jest z Polski! 😉
    Ruszamy na ostatnie 10 km…i wcale nie było tylko w dół. Za każdym razem jak widziałam biała szarfę przy dróżce wiodącej w górę, puszczałam solidną ” k…ę”. Bruno juz tez. Na tym etapie dużo gadaliśmy. On opowiedział mi jak stracił oko, a w zamian chciał koniecznie wiedzieć o czym myślałam, kiedy powiedziałam ze chce pomysleć o życiu;). On mi powiedział, ze nie lubi samby, a ja jemu o moim powrocie autostopem z Portugalii do Polski 8’lat temu. Bardzo go bawiło jak mówię po portugalsku.
  •  Kiedy dobiegliśmy  na płaski teren powiedział – może spróbujesz biec? I spróbowałam. Doznanie – nie moje nogi! Ciało obce …zero panowania nad sytuacją.77 km Duoro Ultra Trail. Z ust reprezentacji Polski pada zdanie:
  • – Bruno, ja nie lubię biegać.
  • Staje jak wmurowany. Śmieje się, przytula mnie i uprawiamy dalszy marszobieg. Półtora kilometra do mety skręcamy do mety na ostatnie piwo. Mówi do mnie : jesteś finiszerem…

18

  • Pół kilometra do mety. Wyciągam flagę. Rozkładam ją za plecami i pytam Bruna: dobrze?
    Kiwa głowa, ze tak. Mówię: No i jesteś w błędzie! to flaga MONAKO!!!Ignorancie!
    Dobiegamy do muzeum. Z daleka słychać jego mamę, siostrę, dziewczynę…wszyscy czekają. I nagle w ciemności słyszę głos mojej facylitatorki !
    Zabra woła tak:
  • – Hhahhahah!!!!! Lasok biegnie, no biegnie!!!! Nie martw się ukoronują Cię. Dołożyli  medali!! (???)
    Mylę trasę, chcę wbić po schodach na dach muzeum. Wołają, że nie tędy droga . Ostatnie metry, tunel i słyszę oklaski na mecie, gratulacje, biją brawo.

23

24

  • Zdjęcia, wywiad… dziękuję Brunowi, który z telefonem w ręku wygląda jakby przyszedł popatrzeć….
    Mam łzy w oczach i jestem bardzo wzruszona. Udzielam wywiadu, chcę po portugalsku. Mówię do mikrofonu: Nie mam nóg. Ten stan utrzymywał się jeszcze przez trzy dni…
  • Zabra nakręciła nawet film kalkulatorem:
  • Facylitatorka przyniosła wszystko – ubranie na zmianę . Ale nie wzięła butów…myję nogi w zlewie w muzeum. Jeden paznokieć ledwo się trzyma. Kilka pęcherzy. Nie nakładam butów. Chodzę na boso.
    5 minut za mną na mecie była 72 – letnia Analice. Uściskałyśmy się i mówiła, że dawno temu miała kumpelkę z Polski. 25
  • Odpoczęłam, zjadłam, widzę Pedra. Pochodzę i mówię, że mi przykro…a on do mnie :  co???? Przecież ukończyłem!!!!!! Patrzę – ma medal!!! Piszczę z radochy. Podniósł się najprawdopodobniej na widok Starszej pani na punkcie na którym zgasł. Kiedy leżysz padnięty i widzisz jak wbiega 72 latka i daje radę to tez byś zmartwychwstał. Nie muszę chyba mówić, ze kamień spadł mi z serca…
    Plan był taki, że śpimy z Zabrą nad rzeką. Ale zimno….strasznie nie lubię tego momentu kiedy dopada człowieka to zimno z wycięczenia…Poszłyśmy do muzeum i pytam pana z kasy czy możemy spać w muzeum, bo jest 2 w nocy a nie mamy jak wrócić… Jego oczy były duże. Na szczęście się nie zgodził;). I tu tez organizator razem z Zabra stanęli na wysokości zadania. Znalazła się kolejna dobra dusza- dowiozła nas miła dziewczyna.
    Następny dzień – nie mogłam nawet stać. Wywracało mnie do tyłu.
    Byłam kulejącą atrakcją Peso da Regua. Z medalem na szyi. Trzy dni spał ze mną w łóżku. W nocy sprawdzałam czy na pewno to nie był sen i macałam go pod poduszką.

19

20

    • Był taki moment na biegu – zgięta w pół staruszka a z nią jakieś 70 kóz. Zablokowana trasa i Biegacze którzy pomagali jej ogarnąć te kozy w panice:). Nie wiem po co ale się tym z Wami podzielę:
      26

  • Brunowi dziękowałam milion razy.  Niech Los dopomoże wszystkim którzy przyczynili się do mojej wizyty na mecie Duoro Ultra Trail. A było  ich dużo…
  • Tylko co to do cholery za wyraz … Facylitatorka????
  • A! Ponieważ za Rzeźnika mam 4 punkty i za DUT tez 4. Zapisałam się na MIUT – Madeira  Island Ultra Trail;). Ałaaaaa!!!!
  • Dzięki za uwagę.

 

Author: szuracz

Share This Post On

2 komentarze

  1. Niesamowite. Masz talent.
    Dawno nie czytałem czegoś tak wspaniałego. Nawet się wzruszyłem przy tej fladze, niczym przy reklamie allegro.

    Post a Reply
    • Polecam się:). Zawsze pisze to z lekka nuta niedowierzania ze ktoś to przeczyta…. 😉

      Post a Reply

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: