Biegam, szuram, dreptam – jestem „śmiszny” ale nie zwariowałem.

1-IMG_5660Do napisania kilku słów skłoniło mnie to co od jakiegoś czasu obserwuję dookoła. Szczególnie u osób biegających, można by powiedzieć nawet…biegaczy. I zaznaczam na początku, że nie mam zamiaru absolutnie nikogo obrazić tylko przedstawić swoje suche obserwacje i moje własne zdanie na ten temat. Punktem kulminacyjnym było to co przeczytałem bodajże wczoraj na tablicy jednego z biegających znajomych. Pod zdjęciem przedstawiającym ogromną zmianę spowodowaną bieganiem zaczęła się dyskusja. W zdecydowanej większości komentarze pozytywne, a te wyglądające na niezbyt, były oczywiście delikatnym pstryczkiem, ale w dobrej wierze danym autorowi. Zmiana na ogromny plus jest kolosalna, 17 kilogramów w dół, zupełnie inna sylwetka i zupełnie (zgaduję) inne samopoczucie. Klasa! Zresztą obserwuję tę osobę od dawna i postępy robi fantastyczne, jest pewnego rodzaju wzorem do naśladowania, dla mnie także. Co mnie jednak zdziwiło? Sam bohater tego zdjęcia podchodzi do siebie z dużym dystansem, takim jaki lubię. Można śmiać się z samego siebie, trzeba potrafić to robić. Ale niektórzy wszystko biorą mocno serio, poczułem się okropnie po jednym z komentarzy.

komentarz_zamazany

 

Coraz częściej obserwuje takie właśnie podejście do biegania. Oczywiście tego nie krytykuje, każdy może myśleć tak jak ma na to ochotę. Tylko, że ja kurcze zaczynając biegać chciałem mieć z tego frajdę, i gdybym miał ochotę biegać np. w jednym bucie (pozdro Janek:) to bym to robił i to tylko i wyłącznie moja sprawa. To, że do tego 3:30 brakuje mi ponad godzinę to oznacza, że jestem śmisznym „kimś” dreptającym po chodnikach? Sorry. Po pierwsze nie dreptającym, a szurającym, a po drugie kogo to kurwa obchodzi czy biegam, czy dreptam, czy szuram czy robię cokolwiek innego. Czy sobie „pierdolnę” zdjęcie przed biegiem, czy po? Czy wypiję pepsi, czy soczek z Tymbarku? Czy bieganie, takie moje amatorskie szuranie, pokonywanie kolejnych kilometrów musi być obłożone jakimkolwiek reżimem? Czy musimy stawać się fanatykami własnego hobby? Wydaje mi się, że nie. Co więcej, nawet nie powinniśmy! Czy to, że trzy lata temu wyszedłem na swoje pierwsze kilka (dwa) kilometry oznacza, że od tamtej pory muszę zmieniać całe swoje życie? Czy nie mogę biegać i pić pepsi? Pewnie, że mogę. Co więcej robię to! Mam mnóstwo znajomych, podejrzewam (bo nie pytałem:) ) że jakiś tam procent z nich zazdrości mi, czy innym szurającym, tego co robimy. Tego, że ukończyłem ileś tam półmaratonów, tego że przebiegłem (przedreptałem) maraton, tego że kilka razy w tygodniu ruszam dupę i staję się „śmisznym kimś”. A i tego, że przez bieganie rzuciłem po 12 latach fajki!

Moim zdaniem fanatyzm jest niebezpieczny w każdym wydaniu. Od religii począwszy, poprzez poglądy polityczne, a na bieganiu kończąc. Czy kolega piszący ten komentarz nie ma racji? Ma oczywiście, że ma! Wzorowy amator tak powinien robić. Pieprznąć pepsi i soczki z tymbarku, jeść zielone, spać i trenować według planu, nie robić fotek podczas biegania i spowodować aby bieganie było stylem życia! Tak, być może chciałbym tak zrobić. Ale ja jestem szczęśliwy w tym co robię, codzienne życie przynosi mi szczęście, a bieganie tylko to wszystko podsyca i powoduje, że doznania są większe. A pepsi uwielbiam!

Bardzo daleki jestem od uznania, że ktoś kto biega, szura, czy drepta wolno, a do tego jest być może delikatnie mówiąc „nie zbudowany jest jak biegacz” jest kimś „śmisznym”. Bardzo daleki jestem od stwierdzenia, że ktoś kto przybiega na końcu stawki jest kimś gorszym. NIE! Wielokrotnie to są więksi wojownicy od nas. Bo my trenujemy w miarę regularnie (nawet popijając pepsi), i 10 km to dla nas pikuś. A widzimy na różnych „dyszkach”, że dla wielu 10 km to mega wyzwanie! I nie są to „śmiszni” ludzie!

Spotkałem się ze zdaniem, że maraton ukończony powyżej 4 godzin, to maraton niezaliczony. Tak? A niby czemu? Organizator ustala limit na np. 6 godzin, osobom, które się zmieściły w tym czasie wręcza na mecie medal i na liście z wynikami nie umieszcza przy jego nazwisku literek DNF. To czy czas 4:35 (to mój wynik z maratonu) jest dobry czy nie, ustalam sobie sam. SAM! To ja określam na mecie czy to dobry wynik czy nie. Sam sobie jestem sędzią. Czy nie chciałbym pobiec godzinę szybciej? OCZYWIŚCIE, ŻE TAK! Ale jestem amatorem i bieganie ma mnie cieszyć. A mnie cieszy! Czy ukończenie biegu na 10 km z czasem powyżej godziny to hańba? Moim zdaniem absolutnie nie! Dla mnie każdy jest zwycięzcą, dosłownie każdy kto staje na starcie, a na mecie jest zwycięzcą podwójnym. I nie mówią tutaj tylko o starcie i mecie w jakimś oficjalnym biegu, mówię o starcie i mecie pod blokiem, domem, na bieżni, wszędzie tak gdzie zaczynamy naszą przygodę z bieganiem. Jeśli ona potoczy się tak jak u tego znajomego i będzie tak znakomity progres wyników, będzie totalna odmiana w wyglądzie, spadek wagi itd – to sukces jest ogromny i nieporównywalny z niczym innym. Ale jeśli skończy się „tylko” na pokonywaniu iluś tam kilometrów z uśmiechem, a jeśli przy okazji wyjdzie z tego „życiówka” to jest to też sukces i moim zdaniem trzeba się nim cieszyć! Ja się cieszę i dreptam „śmisznie” dalej!

Znakomitym zakończeniem będzie fragment jednego z kolejnych komentarzy.

kom2_2

PS. żeby nie było, ogromnie lubię i też podziwiam autora tego wpisu, który spowodował, że wylałem z siebie trochę literek! Myślę sobie, że mógł nie pisać poważnie…. Ale są osoby, które tak sądzą. 🙂

PS.2 – zamazałem imiona nazwiska, bo nie wiem czy ktoś sobie życzy „występować” tutaj:)

Author: szuracz

Share This Post On

5 komentarzy

  1. Każdy biega/szura na swój sposób, jedni jedzą zdrowe jedzenie, a ja przygotowując się do półmaratonu w Skarżysku, uwielbiam po treningu napić się piwka i coli 🙂 bieganie jest dla mnie, a nie ja dla biegania 🙂

    Post a Reply
    • Zgadzam się z poprzednią opinią. Po bieganiu zjadam ogromne lody i co z tego, a i nie biegam po to by schudnąć jak niektórzy myślą 🙂

      Post a Reply
  2. Dobrze napisane. pozdrowionka.

    Post a Reply
  3. ….. masz rację- rekordy sam sobie ustawiam i je realizuję lub nie. To jest moja sprawa, tak jak jedzenie ptasiego mleczka i czekolady- które uwielbiam.
    P.S. Bardo fajnie napisany z dystansem artykuł……

    Post a Reply

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: