Bieszczady, a w niedzielę „dyszka”

Ostatni tydzień nie był mocno pracowity jeśli chodzi o bezpośrednie przygotowanie do niedzielnego biegu na 10 km. Biegu, który będzie moim pierwszym w „dorosłym” życiu szurańczym testem. Nie ukrywam, że denerwuje się przed tym startem i mam pewne obawy czy w gronie 250 uczestników poradzę sobie na tyle, że zdążę przed zamknięciem bram stadionu… A najlepiej jeszcze abym nie dobiegł pod tą bramę jako ostatni…:) No zobaczymy. Tak jak mówie, biegania nie było za dużo – ale ogólnie ruchu było sporo.

W zeszłym tygodniu miała miejsce długo oczekiwana – doroczna – wyprawa w nieznane z moimi najbliższymi przyjaciółmi. Rok temu odwiedziliśmy Koninki w Gorcach, w tym roku pora przyszła na Bieszczady. Było cudooooownie, piękna pogoda, znakomite towarzystwo. Super. Udało mi się namówić drugiego dnia na poranne szuranie dwóch kompanów z którymi dłuuugo rozmawialiśmy poprzedniego wieczoru/nocy:) Paweł i Mariusz dali radę, Paweł poszuruje od czasu do czasu podobnie do mnie, a Mariusz zwany Marianem to absolutny debiutant. Było to jego pierwsze szuranie. Stąd i czas i odległość nie powala – czas: 31:11 dystans: 3,7km. Ale powalać nie miała. O 9.00 skończyliśmy szuranie, a już o 10.00 zaplanowane całodniowe wyjście w góry. No i stało się – pomaszerowaliśmy w kilkanaście osób lasami, polanami, górami. Było mega świetnie. Brakuje słów. Cudowna pogoda, jeszcze lepsze towarzystwo. MIÓD jednym słowem.

Przeszliśmy w sumie prawie 20 km.

Tutaj linki (dwa bo mi się rozłączyło przypadkowo)

– http://www.endomondo.com/workouts/tXNVwEOYa6k

– http://www.endomondo.com/workouts/kj7AHZET9fE

to nasza ekipa maszerująca po Bieszczadach – lecz nie cała wyjazdowa. Po prawej Marian wspomniany już wyżej, kucający Paweł i brzegowo po lewej moja skromna postać:) Między nami, żony, dziewczyny, narzeczone, kochanki i jeden syn…

 

 

 

 

Dzięki temu odpadłem szuraniowo na kilka dni. Po powrocie nie bolało mnie chyba tylko lewe ucho. Szczególnie popsułem sobie stopy pod spodem – to efekt słabych butów, niby „traktorów” – a jednak nie. Umordowany byłem strasznie, a na domiar złego piwo które wziąłem rano z lodówki do plecaka z zamysłem, że pochłonę je w schornisku już 3,5 kilometra przed powrotem do domu miałem…zamarznięte. Aaaaaaaa….

Po powrocie do Kielc, wczoraj, wróciłem na właściwe tory. Zrobione szybko jak na mnie 5,5 km w czasie 31 minut. W planach jutrzejsze szuranie przed wyjazdem na mecz, sobota bez ruchu i w niedziele ukończenie Kieleckiej Dychy w czasie poniżej 1:10:00

tutaj wczorajsze szuranie:

Author: szuracz

Share This Post On

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: