Godzina czterdzieści i cztery
Kwi16

Godzina czterdzieści i cztery

11. PZU Półmaraton Warszawski to moja czwarta z rzędu połówka w Warszawie. Pierwsza, ta cztery lata temu, była dla mnie mega wyzwaniem, był to pierwszy mój w życiu półmaraton, a wcześniej najwięcej przebiegłem coś w okolicach 16 km:) Umordowałem się wtedy przeokrutnie, ukończyłem w bólach w 2 godziny i 11 minut… Radochy miałem ogrom, ale sił mnie kosztowało to mnóstwo. No i było wtedy baaardzo zimno. Bardzo bardzo! Tu o tym pisałem, o –> TUTAJ W tym roku było trochę inaczej, nie przygotowywałem się jakoś specjalnie do tego biegu, w sumie to nawet jakoś dużo wcześniej o nim nie myślałem. Zapisałem się jakieś dwa tygodnie przed z myślą jakoś to będzie:) Gdzieś tam z tyłu głowy kołatała mi myśl o tym, że będę w stanie pobiec te 21 km w jakiś ludzki sposób, a może nawet złamać mój rekord ustanowiony ponad rok temu w Krakowie. Wynik na takim moim szuraczym poziomie (1:52). Po kiepskim poprzednim roku, w tym, 2016 jakoś tak przypadkowo szura mi się trochę lepiej. Pewnie to zasługa tych 12 czy nawet 13 kg mniej na wadze w porównaniu z grudniem 2015:) Oprócz tego, że przyłożyłem się troszkę bardziej do szurania, to jednak te kilogramy bardzo dużo mi to wszystko ułatwiły. Fajna (dla mnie, dla wielu z Was pewnie nie:) życiówka na 10 km w lutym (47:33) i teraz czułem, że może być kolejna okazja. Do Warszawy ruszyliśmy o godzinie, o której myślałem, że w ogóle nie istnieje… No bo jak tu wstawać przed 5:00, tym bardziej, że dzień wcześniej „świętowałem” nasze zwycięstwo na stadionie w Niecieczy. Dobrze, że w miarę blisko do Kielc. Pełny FlorkoBUS zwiastował, że na pewno nie będzie nudno. Droga upłynęła na rozmowach o klasycznej dupie Maryni, tylko Patryk przysypiał… W Warszawie dzięki tytułowej bohaterce wspomnianego busa odbieraliśmy pakiety od dobrego człowieka, który jakieś 20 sztuk odebrał nam dzień wcześniej. Pobranie wielkich białych worów umówione zostało w…Hotelu Mariot. Nie mogłem tego zmarnować i zamiast klasycznego, niebieskiego, luksusowego „toj toja” w strefie startu skorzystałem ze złotych klamek, mięciuchnych ręczników i  pachnących papierów do…wiecie czego w mariotowym kiblu. Klasa! Jak król świata! 🙂 Parkowisko znaleźliśmy przy hali Torwar, stąd kawałek drogi do startu. Niestety trochę spóźnieni nie wyrabiamy się na wspólną fotę najlepszej Drużyny świata, czyli wariatów biegających w koszulkach „Biegnę, żeby Bartek mógł biegać”. Nie dość, że się z nimi nie spotykam to za chwilę gubię tych z którymi przyszedłem. No cóż, będzie klasyczna „samotność maratończyka”, choć dookoła 13 tysięcy innych osób:) Kręcę się trochę w kółko zastanawiając się w której strefie stanąć. Marzy mi się złamanie 1:50, dobra idę do zajęcy z takimi chorągiewkami na plecach. Stoję pięć minut. Eeee, nie… ide do 1:45. I...

Read More
ULTRAŚledź
Mar23

ULTRAŚledź

Pewnej grudniowej nocy złe myśli ogarnęły moją głowę, a dusza jakby sparciała. Postanowiłam umrzeć. Przy życiu trzymało mnie jednak to, że zawsze chciałam zostać ultrasem. Biegam  – nie częściej niż raz w tygodniu po niecałe 10 km, czyli bardziej 8. Wyemancypowałam więc, że polegnę w walce o tytuł ultrasa. Zaczęłam szukać ultra biegów w necie. To była chwila. Miłość od pierwszego wejrzenia – ULTRAŚLEDŹ. Pasowało wszystko – nazwa, która mnie wyraża, miejsce biegu – tajemnicze i jak dotąd przeze mnie nie odkryte i kilometraż. 80 km po Puszczy Knyszyńskiej – dlaczego nie? Zapisałam się w minutę i od tej pory każdego dnia chociaż raz powtarzałam sobie – ROZWALE TO !!! Czułam od początku dobre wibracje  płynące  z tej imprezy –  organizatorzy lansowali ten bieg w niewymuszony sposób. Bez zbędnego nadęcia i dorabiania ideologii i mistycyzmu – bo ja niestety jak biegnę to nie medytuje – a może wszystko przede mną?;). Zapisało się trochę ponad stu biegaczy – chyba niewiele, ale limit był 150 – bo to pierwsza edycja. Często odwiedzałam profil facebookowy, śledząc;) przygotowania. Miałam trzy miesiące na przygotowanie. Na to żeby zrobić coś, aby mniej bolało. Treningów biegowych  jednak wszczęłam. Dalej raz w tygodniu.  Dalej 8 km i to Gallowayem;). Ale przebiegłam też nocna dychę naszą lubelska w stroju księżniczki biedronki. Uważam ze dużo pomogły  mi kettle – bardzo mi pasuje machanie żeliwnym czajniczkiem. Są minusy – odciski na dłoniach  mam jak  chłop od pługa oderwany. Moje  ręce  pasują więć  do stóp z wybrakowanymi paznokciami. Czyli jednak plus – jakaś konsekwencja w wyglądzie członków. 12 lutego wraz z Koleżanką Jowitą ( wyjątkowo ładna brunetka, szuka męża  – można do mnie pisać w tej sprawie) ruszyłyśmy ku śledziowej przygodzie. Niezawodnym VOLVERONEM  850 – granatową ultra strzałą pognałyśmy do Radzynia Podlaskiego, gdzie poprowadziłam  warsztaty bębniarskie w przedszkolu. Kiedyś  poprosiła mnie o to dziewczynka w Lublinie – żebym odwiedziła jej przedszkole w Radzyniu.  Myślała, ze odmówie;). Podroż do Supraśla na Ultra debiut okazała się okazją do odwiedzin i zrobienia tego za co biorę na co dzień ciężki hajs 😉 zupełnie dla satysfakcji i radochy. Dzieciaki miały frajdę, a paniom opiekunkom opowiadałyśmy o Ultra Śledziu.  Dostałam w podziękowaniu od dzieci i pań notesik hand made, gdzie była dedykacja z życzeniami powodzenia w biegu. Potem kierunek Supraśl ! Podczas trasy spożywałyśmy  dużo batonów, i bombonierki. Jowita próbowała mnie przestraszyć trudnymi pytaniami . Czy wiem ze 80 km to dwa maratony? Czy naprawdę zamierzam to  przebiec? Niestety nie skłoniła mnie do refleksji. Mimo nieprzygotowania nie czułam żadnego strachu przed biegiem. Nic ! Tylko zdrowe podniecenie. Moja taktyka była skrajnie prosta  – 40 km na sto procent a potem przyspieszać ! A tak poważnie to...

Read More
Dyszka na minusie!
Mar15

Dyszka na minusie!

4 lata temu wymyśliłem swoje szuranie, ponieważ niebezpiecznie zbliżałem się do trzycyfrowej liczby, którą obserwowałem od czasu do czasu na wadze. Jako, że moje bieganie to szuranie, często mocno nieregularne, przeplatane kontuzjami większymi lub mniejszymi, letnim niechciejstwem, lenistwem pomaratonowym i ogólnym takim nijactwem to z tą wagą było różnie. Różnie było też przede wszystkim dlatego, że bieganie – bieganiem, a słoiki z majonezem i butelki coca-coli opróżniane były w trybie mocno przyspieszonym. W dniach tzw. roboczych (choć u mnie w sumie tylko takie) często pierwszy posiłek pojawiał się w okolicach godziny 17:00, i nie była to sałatka z rukoli, czy ciemne pieczywo. Parówy, fastfoody i inne gównożarcie na szybko. Od czasu do czasu jakiaś jadłodajnia i to też prędzej z frytkami niż z ryżem:) Rok 2015 był w moim wykonaniu najgorszym rokiem biegowym odkąd ruszyłem grube dupsko do szurania. Nie licząc mega wydarzenia jakim dla mnie był maraton w Paryżu to później była dupa wielka, dosłownie. Ciężko mi było zmotywować się do czegokolwiek po 42 km we Francji, nie licząc Półmaratonu w Radomiu w którym zającowałem na 2:15 :), to już chyba nic poważnego nie zaliczyłem. Dodatkowo jak to zwykle bardzo słabo mi się zmobilizować jak jest więcej niż 20 stopni na termometrze.  Do tego wszystko doszła poważna przeprowadzka, koniec budowy no i klops. Dzieci do szkoły, wszyscy na maratonach czy przynajmniej połówkach, a ja w lesie, i to też dosłownie bo nowa chata wuja jonia pod lasem stoi:) Czyli nic się nie działo, brzuch rósł, tętno na zwykłym szuraniu szalało, a waga znowu w górę. 2015 rok był (nie licząc maratonu) rokiem w którym nie padła żadna życiówka, a przecież one wcale wygórowane nie są. Przyszedł listopad, miesiąc w którym miałem (tak przynajmniej myślałem rok temu) próbować bić życiówkę na 10 km w Warszawie na Biegu Niepodległości. Trasa łatwa, prosto, można lecieć. Marzyło mi się zawsze, aby mieć „czwórkę” z przodu, tak chociażby 49:59. Było by super. Ale…nawet nie wystartowałem. Grudzień. Znalazłem w Kielcach „coś”, które wydawało mi się będzie wybawieniem jeśli chodzi o walkę ze zbędnymi kilogramami. Pudełka! Fresh Diet! – Codzienne jedzenie, dowożone rano pod drzwi, pięć posiłków o określonej kaloryczności. Chciałem spróbować… Widziałem, że przy takim bieganiu (szuraniu) jakie ja stosuje, ciężko tymi kilkudziesięcioma kilometrami miesięcznie i śmieciowym żarciem pozbyć się zbędnych kilogramów, jednocześnie jedząc tyle lat tak, a nie inaczej obawiałem się jak to będzie. 1 grudnia waga pokazywała 99,1 kg… Początki były straszne. Robiłem dobrą minę, ale…większość jedzenia jest zielona, nigdzie nie ma majonezu, sporo rzeczy nazywa się tak, że nie wiedziałem nawet, że to się je. No i te kasze… Największy mój dramat z przedszkola:) Kasza. Masakra. Dodatkowo odpuściłem zupełnie cocacolę. Nie...

Read More
Dajemy się oszukiwać?
Lis19

Dajemy się oszukiwać?

Tekst, który przeczytacie za moment „chodził” za mną już od jakiegoś czasu, ale ostatnia informacja o wykryciu dopingu u biegacza z Ukrainy który zajął trzecie miejsce w PKO Poznań Maraton przechyliła szalę na stronę „napisać”. Podejrzewam, że to co przeczytacie poniżej wielu z Was się nie spodoba, być może będziecie nawet oburzeni. Trudno. Zastanawiam się od jakiegoś czasu jaki sens mają występy zawodników ogólnie mówiąc „zza granicy” na biegach w naszym kraju. I nie piszę tutaj o zawodnikach gdzieś tam spoza pierwszej dziesiątki czy dwudziestki, lub takich z uznanymi nazwiskami czy takich zwykłych szuraczy. Na myśli mam tabuny biegaczy wożonych przez menadżerów z miasta do miasta tylko i wyłącznie w jednym celu. Zastanawiam się co takiego ciekawego widzą organizatorzy biegów w startach takich zawodników na biegach organizowanych przez nich. Zastanawiam się dlaczego nadal zdarzają się sytuacje w których organizatorzy opłacają starty zawodnikom zza granicy nie rzadko płacąc im nawet tzw. startowe. Zastanawiam się jak muszą czuć się zawodnicy z małej miejscowości w województwie świętokrzyskim gdzie na największy bieg (10 km) w roku przejeżdża dwóch Kenijczyków i czterech Ukraińców i tylko dzięki temu, że mieszkańcem tego miasta jest znakomity biegacz to przedziela ich delikatnie zajmując ostatecznie szóste miejsce wyprzedzając następnego Polaka o minutę. Na tym samym biegu biegnie też kilka kobiet zza wschodniej granicy zgarniając wszystkie nagrody jakie przewidział organizator. Nagrody stosunkowo marne (700 zł za miejsce pierwsze), ale widać nie na tyle marne, aby nie opłacało się menadżerom wieźć tu zawodników. Zastanawiam się jak się czują organizatorzy blisko dwudziestu zawodów w Polsce w których biegł wspomniany wyżej koksujący się Ukrainiec, który w tych biegach zarobił blisko 42.000 zł (CZTERDZIEŚCI DWA TYSIĄCE ZŁOTYCH – tylko w 2015 roku, dane za stroną: www.arrs.net ) Zastanawiam się jak się czują organizatorzy półmaratonu w Poznaniu, którzy wprowadzając zapis o obowiązkowej kontroli antydopingowej w 2015 roku spowodowali, że w tym roku pierwszym obcokrajowcem na mecie był Włoch na miejscu 52. podczas gdy rok wcześniej pierwsze cztery miejsca zajęli biegacze z Kenii z czasami o ponad 5 minut lepszymi niż tegoroczny zwycięzca. Polak! A nagrody nadal wysokie, kilka tysięcy złotych za miejsce pierwsze. Przypadek? Zastanawiam się dlaczego tak jest, że na każdym większym maratonie w Polsce wygrywają Kenijczycy, a w Poznaniu nie… Dla przykładu w Dębnie pierwszy Polak na 14. miejscu, w OWM pomijając Henryka Szosta (9. miejsce) to następny biegacz z POL przy nazwisku był też na 14. miejscu. W Maratonie Warszawskim pierwszy Polak na 9. We Wrocławiu na 6. W Poznaniu wygrywają Polacy, czy tylko dlatego, że organizator nie tylko wpisuje do regulaminu punt dotyczący kontroli antydopingowej ale i rzeczywiście ją przeprowadza? Eeee pewnie nie, to też pewnie tylko przypadek. Zastanawiam się dlaczego organizatorzy biegów, których...

Read More
Niby fajnie, ale…Bieg Niepodległości w Kielcach
Lis09

Niby fajnie, ale…Bieg Niepodległości w Kielcach

Jeszcze jakiś czas temu o takich biegach, a już o takiej frekwencji można było pomarzyć. Teraz wiadomo, biegają wszyscy, a nawet jeśli nie biegają to przeróżnymi sposobami biegać próbują. I to jest super! Biegi takie jak ten o którym za moment będzie więcej często są pierwszymi „poważnymi” sprawdzianami dla osób chcących coś ze sobą zrobić pożytecznego. Każdy z nas tak zaczynał, jedni tu, inni gdzie indziej. W niedzielę w Kielcach była cudowna okazja aby zrobić krok wyżej i zaliczyć pierwszy poważny bieg i dostać na mecie medal. Swoją drogą to pamiętam jak jechałem specjalnie do Warszawy na 10km bieg aby na mecie otrzymać ten kawałek żelastwa (w tamtych czasach…nie było jeszcze w Kielcach biegów z medalami:) Pogoda idealna, a nawet aż za ciepło, troszkę wiało, ale też bez przesady – nie piździło jak w kieleckim:). Było tak, że nikt marudzić nie mógł, a jeśli już to na to, że jest za ciepło. Organizatorzy kieleckiego Biegu Niepodległości umożliwili odbiór pakietów startowych (numer i agrafki) dzień przed biegiem zatem w niedzielę można było spokojnie udać się na start bez denerwowania się i stania w kolejce. Byłem troszkę wcześniej aby spotkać się ze znajomymi i na spokojnie przygotować się do biegu. Znajomych tysiąc trzysta:) Co chwilę ktoś podchodził, śmiechów i radochy nie było końca. Start zaplanowany był na godz. 11:11, kilka chwil wcześniej z głośników popłynął Mazurek Dąbrowskiego, chciało by się rzec – nareszcie, bo w zeszłym roku ktoś chyba o tym zapomniał… 10..9..3, 2, 1 START. Ponad 800 osób ruszyło na 10 km, atestowaną trasę 8. Kieleckiego Biegu Niepodległości. I tutaj zacznę marudzić. Odrazu zaznaczę, że nie chciałbym być źle zrozumiany, z założenia jestem mocno pozytywną osobą szukającą raczej dobrych rzeczy i za bardzo nie wydziwiającą na rzeczy złe. Jednak w pewnych kwestiach jestem też może nie idealistą, ale na pewno osobą, która wymagania ma wysokie. Szczególnie jeśli chodzi o organizację imprez, bo w pewien sposób jest to moja praca od prawie 15. lat. A dodatkowo też (tu już całkiem amatorsko i hobbystycznie) bawimy się też w organizację różnych mniejszych i większych wydarzeń (aby nie mówić korpogadką eventów) biegowych. Chciałbym też aby osoby organizujące to wydarzenie mnie źle nie zrozumiały i potraktowały poniższy tekst jako pomoc na przyszłość, a nie atak. Trasa biegu była atestowana, czyli wymierzona specjalnym rowerem z magicznym urzędzeniem przez fachowca, który skasował za ten fakt organizatora na ładnych kilka stówek. I co robi organizator? Już pierwszy zakręt ze Staszica w Sienkiewicza 80% ludzi biegnie nie po tej stronie barierek. Wiadomo, że biegacze też dołożyli tu swoje kilka groszy, bo trasa to trasa i powinni wiedzieć, ale nie wiedzieli, albo nie chcieli wiedzieć, a tak naprawdę to fatalnie to...

Read More
Układ  Warszawski  czyli najlepsza  jesień życia
Paź04

Układ Warszawski czyli najlepsza jesień życia

Jakiś czas temu stwierdziłem, że nie napiszę niczego więcej o bieganiu. Bo co może być ciekawego w kolejnym starcie? Dobiegłem albo nie, wiało albo było gorąco. No i kogo to tak naprawdę obchodzi? Świat pędzi jak szalony i każdy ma swoje życie. Nie warto się narzucać innym tylko dlatego, że się gdzieś pobiegło. Taka prawda. Nie czuję żadnej potrzeby dzielenia się swoimi myślami. Wypaliłem się, jesień życia i takie tam… Ale tym razem stało się coś tak niesamowitego, że zmieniłem zdanie, tylko na trochę, no i chyba chciałbym jakoś utrwalić ten stan, zanim za parę godzin sięgnę po dziesięć dni antybiotyków i będę się tępo wpatrywał w monitor, marząc chyba tylko o tym, żeby jakoś przespać ten czas. Znam to aż za dobrze. A raczej źle …    Ten rok też mi się zaczął chorobą. Trenowałem do wiosennego maratonu i nagle w połowie stycznia, w środku całkiem już dobrej formy, zupełnie straciłem siły. Miało być przemęczenie a był   wyrok –   miesiąc paskudnych, totalnie otępiających prochów i zero nadziei na jakiekolwiek bieganie. Zdemolowało mnie to strasznie. Próbowałem, tłukłem głową w mur cały marzec i kwiecień, dopiero w maju udało mi się pobiec moje pierwsze wolne kilometry. I cały ten czas wprost maniakalnie towarzyszył mi sen o Warszawie… Wyzdrowieję, potrenuję całe lato i w końcu września wystrzelę jak z procy, łamiąc życiówkę i nade wszystko, moje przeróżne warszawskie kompleksy. Bo w szafie mam już dwie koszulki z poprzednich edycji tego maratonu. Dwa lata temu zachorowałem miesiąc przed startem a rok temu strułem się czymś na jeden dzień przed biegiem i dałem radę przebiec tylko połowę trasy, z silnym postanowieniem, że za rok wrócę i mocno skopię tyłek mojemu pechowemu Maratonowi! To był jedyny biegowy cel na ten rok. Odpuścić wszystko, nie dać się ponieść, przyczaić żeby potem z całą mocą rzucić się na tę Wawę i zatriumfować. Bo ja bardzo ale to bardzo nie lubię przegrywać! I wszystko zaczęło się układać… Wszedłem w rytm, bieganie przestało męczyć, czułem, że uciekam chorobie i staję się mocny. Zaliczałem kilometry i buraki. Światełko w tunelu nie wyglądało już jak nadjeżdżający pociąg, a świat dosłownie oddawał mi wszystko co najlepsze. No wiecie, kobiety, wino, śpiew… to był dobry czas. Tak dobry, że codziennie zastanawiałem się, kiedy mi coś w końcu runie na głowę bo przecież w naturze musi być jakaś równowaga. Jak jest aż tak dobrze to potem musi być źle. Inaczej jest tylko w bajkach. Ale było coraz lepiej. Tempo treningów wciąż rosło, byłem jak nakręcony. Czułem, że tym razem Warszawa będzie moja …    W lipcu trochę się to skomplikowało, zwaliły się na mnie problemy, różne zaniedbania eksplodowały nagle i czułem, że tracę...

Read More