[Paweł II] Kielce to bogate miasto… Najlepsza ścieżka do biegania.
Sie28

[Paweł II] Kielce to bogate miasto… Najlepsza ścieżka do biegania.

Kielce to bardzo bogate miasto. Nie piszę o majętności mieszkańców, ponieważ to akurat nie pokrywa się z prawdą, mam na myśli atrakcyjne położenie. Niby góry, ale od owieczek i stromych grani daleko. Niby lekkie wzniesienia a w obrębie samego miasta dwa stoki narciarskie, w tym jeden dla powiedzmy zaawansowanych narciarzy/deskarzy. W centrum największą atrakcją turystyczną wydaje się być nowy parking z podświetloną w nocy „ścianą płaczu”, niedawno dołączyło płytowisko na cmentarzu zieleni na Rynku. Ponoć łatwiej sprzątać i jest zysk z ogródków, ale czy wszystkie rynki musza wyglądać tak samo? Wysoką pozycję w kategorii fajnych miast do życia ratują Karczówka, Wietrznia, Rezerwat na Ślichowicach, Brusznia itd. Wspaniałym miejscem do rozpoczęcia przygody z bieganiem i nordic walking’iem jest Stadion. Odkrywając kolejne kręgi wtajemniczenia zagłębiamy się powoli w las, jeszcze później na wzgórza. Przez dwa lata dość systematycznego biegania w obszarze Stadionu nieźle poznałem to miejsce. Niemal za każdym razem, gdy próbowałem odkryć nową drogę, sprawdzić ścieżkę, zrobić skrót lub rozszerzyć trasę, zabłądziłem. Teren na tyle nieduży, że po pewnym czasie znajdowałem drogę do dolnej stacji wyciągu, czyli miejsca, gdzie parkuję zazwyczaj samochód. Zapytacie dlaczego tam, a nie ulicami, chodnikami, osiedlami? Przecież gdy deszcz pada, robi się błoto, można zarobić kleszcza, zostać podrapanym przez krzaki, ponosi się ryzyko związane z trudnym terenem. Owszem, ale ulica niesie ze sobą równie wiele zagrożeń; kierowcy lub kierowniczki, rozpędzeni rowerzyści na haju, popękane płytki, psy optymistycznie puszczone „a niech se pobiega” (mam rozerwane getry od takiego amstafika). Mnie najbardziej przekonuje argument, że po długim wybieganiu w terenie raczej nie mam problemów z bolącymi stawami, łagodniej odczuwam obciążenie wysiłkiem organizmu. Biegnie się wolniej, więcej siły należy włożyć w pokonanie piaszczystych pułapek, kamienistych podbiegów, wystających konarów lub powalonych drzew. Za to spokój, cisza, muzyka przyrody, powietrze, atmosfera życia, zmaganie się przeszkodami na trasie, madytacjaw duchu natury. Przy okazji szybki dostęp do publicznej toalety. Natura jest tolerancyjna, obficie nas obdarowuje, ale jest i bezwzględna, potrafi się upomnieć o swoje. Poniżej zdjęcie drogi, którą człowiek zbudował w miejscu osuwiska. Bieganie w terenie wzmaga w nas szacunek do przyrody, która nie należy do nas, lecz to my do niej, jesteśmy jej częścią. Korzystanie z jej dobrodziejstw traktuję jak oddanie jej hołdu. Niszczenie, śmiecenie, jeżdżenie quadami lub motorami krosowymi to jak tańczenie na grobach naszych przodków. Kiedyś głęboko w lesie wpadli na mnie mężczyzna z dzieckiem na dużym i małym quadzie. Facet zrobił minę z pretensją, że straszę mu syna a ja musiałem ochłonąć, bo niemal mnie potrącili. Takie wydarzenie miało miejsce raz. Zazwyczaj jest pusto. Tylko my i las. Cudowny widok, gdy przed nami przebiega rodzina saren, „te ryże od orzechów”, ptaszki, zające lub inne gryzonie. Sporadycznie pojawią się rowerzyści,...

Read More
[Paweł II] Zombi
Sie09

[Paweł II] Zombi

Jest wiele blasków uprawiania wolnego zawodu. Nie będę się nimi przechwalał, skupię się na jednym z cieni. Z powodu charakteru prowadzonej działalności w poniedziałki mam zaplanowane dłuższe wybiegania. W ten 22 lipca musiałem jechać do Krakowa i aby nie pracować wycieńczony, odłożyłem trening na po powrocie. Człowiek się stara, czas się nie liczy, byle klient był zadowolony i tak wracam do domu o 23:30. W drodze ułożyłem plan biegania. Zaznaczam, że jestem wielkim zwolennikiem biegania w naturze, po miękkim. Ponad wdychanie spalin i serdeczne pozdrowienia kierowców ociekających kulturą cenię sobie muzykę lasu i łąk, zapach traw, zmaganie się z piaszczystymi wąwozami i kamienistymi podbiegami. Rozumiecie teraz, że perspektywa nocnego biegania po mieście nie napełniała mnie optymizmem? Zobaczymy. Trening trzeba zrobić i już. Krótki odpoczynek, prace porządkowe w biurze i przebranie z kopciuszka w kolorowy strój sportowy. Godzina 0:30. Pełnia, aż oczy razi. Piękny widok nieba, z gwiazdami przebijającymi się gdzieniegdzie przez miejskie światła. Ciemność przykryła kurz i brzydotę, mieni się jedynie kostka i asfalt. Już wiem, że będzie dobrze. Zmęczenie całym dniem pracy czułem przez pierwsze dwa kilometry. Po tym odcinku, będąc już rozgrzanym, złapałem swój rytm i brnąłem w miasto pogrążone w śnie. Pusto, cicho. Jestem na osiedlu, więc to nic dziwnego. Ale gdy przecinałem ul. Grunwaldzką, jedną z częściej uczęszczanych w Kielcach, widok mnie poraził. Czasami jestem zmuszony biec tędy, moja trasa przecina tę ulicę. Wyglądam wtedy ja żabka z prymitywnej gry komputerowej. Nie ważne, że mam do pomocy tratwę w postaci oznaczonych z daleka pasów. Samochody po prawej jadą wolniej, te bliżej wewnętrznej krawędzi szybciej. Gdy niemal złapię rytm z tymi szybszymi, zawsze jakiś pan w kapeluszu albo babsztyl z nosem na kierownicy wyłoni się z zewnętrznej krawędzi i trąbi. Tym razem mój strach nie był spowodowany kierowców ociekaniem kulturą. Tym razem bałem się wbiec, bo było pusto. To podejrzane. Dam krok na pasy, to dranie wyskoczą wszyscy na raz i zaczną trąbić, a o ciśnienie trzeba dbać. Powolutku, niepewnie, później szybciej i tak na drugą stronę. Żyję. Z tym miastem coś jest nie tak. Czy ktoś tu żyje? Dalej Artwińskiego, Jagiellońską, Krakowską, wreszcie pojawił się jakiś samochód. Przejechał na tyle blisko, że zauważyłem przyklejony nos pasażera obserwującego mnie ze zdziwieniem. Szybki rzut okiem na dół – mam bieliznę a nawet spodenki , jest ok. Więc o co mu chodzi? Nie ważne, frunę dalej. Miękkie, lekkie powietrze, skrzydła same się otwierają. Temperatura w sam raz, będzie dobry wynik. Dobiegam parkiem do kałuży zwanej Stawem Pozdameckim (to ten przy Staszica) i wreszcie widzę, pojawili się! Jedyne, co łączy ich z ludźmi, to na pierwszy rzut oka wygląd. Kosmita by pomylił z human sapiens. Powinni mieć tabliczkę na czole: „zawiera śladowe ilości...

Read More
[Paweł II] Opener’owe szuranie.
Lip10

[Paweł II] Opener’owe szuranie.

Gdyński festiwal muzyczny Opener 2013 rozpoczął się w środę. Zaplanowałem bieg rozeznani owy następnego dnia, nie planowałem zrobić to na kacu :/ Wiele godzin podróży, następnie zakwaterowanie, pierwsze piwko, drugie, następnie koncerty, piwko, piwko i ziuu spać. Ciężkie powieki, ogromny wysiłek, by podnieść głowę, znacie to? Więc wskakuję w biegowy uniform i idę na plażę. Kwaterę mieliśmy 30m od morza. Od portu gdyńskiego rozciąga się plaża i betonowa promenada do Redłowa. Sprawdzałem wcześniej na mapach i rozeznanie potwierdziło, że nie ma twardego połączenia z Gdynią Orłowo 🙁 trzeba będzie wbiec z osiedle i jakoś dostać się do Orłowa. Wracając do biegu, wiecie, jak się biega w stanie wczorajszym.. Miało być jakieś 5-7km, skończyło się na niemal sprincie do końca promenady i z powrotem. Cel pierwszy osiągnięty, czyli rozejrzałem się. Cel drugi również, bo wypociłem środowe piwska. Oto mapka pierwszego biegu. Mając na uwadze ambitne plany na następny dzień, ograniczyłem się do dwóch piw podczas koncertów i „ryżu po tajsku” bez mięsa. Wiem, jakie tam w Tajlandii mięso jedzą, nie będę ryzykował, że podadzą to samo, czym karmię swojego gada Agamę Ferdynanda. Koncerty rewelacja, syty wrażeniami położyłem się spać. Piątek, wszyscy na plażę z piwkami a ja biegać. Napełniłem bidon, odpaliłem Endo i start wzdłuż promenady. Masa spacerowiczów, trochę rolkarzy, fajna wakacyjna atmosfera, z uśmiechem pokonuję metr za metrem. Musze uspokajać się, by nie biec za szybko. Promenada się kończy, wbiegam w osiedle i staram się znaleźć sensowną drogę. Zbyt wcześnie skręciłem i pojawił się przede mną park a za nim rezerwat. Jestem w pełni świadomy, jaki teren się w nim kryje. Celowo, by się tam nie ładować, wziąłem buty asfaltówki. I co zrobiłem? Oczywiście wbiegłem w tę wilgotną plątaninę krzaków, liści, powalonych drzew, a przede wszystkim leśnych wąwozów. Góra dół, góra dół, już po kilku minutach przeklinam siebie, że nie wziąłem buty do miękkiego terenu. Pamiętajcie, śliskie liście, błoto, ostre podbiegi i buty na twardy teren to fatalne połączenie. Tu wstawię mapkę, zwróćcie uwagę na różnicę poziomów na wykresach. Gdy usłyszałem komunikaty z Endo o czasie, załamałem się. Aż przeszło mi przez myśl wyłączyć te powiadomienia. Z tępa 5-6min/km zrobiło się 10, 9min. Rzeźnia. Biegnę i rozglądam się, gdzie to Orłowo, gdzie utwardzona ścieżka przy plaży, park, małe molo? Po wbiegnięciu na kolejne wzniesienie obserwuję masę żaglówek. Zawody jakieś? Ćwiczenia? Widok piękny. Pusto, brak spacerowiczów. Tylko ja, szum wiatru i odgłos mew, bunkry lub inne działa, które wyglądają, jakby spokojnie mogły zrobić ze statków jesień średniowiecza. Fajnie, naprawdę. Już nie zwracam uwagi na poplamione obuwie i męczące się nogi. Wtem zbocze coś robi się wyjątkowo strome. Jestem na klifie! Orłowo! 6. Kilometr bardzo fajnie minął. Na plaży widzę parę...

Read More
[Paweł II]Dwójeczka
Cze26

[Paweł II]Dwójeczka

Prawdopodobnie wielu biegaczy dotyczy pewien krępujący problem. Nie będę wspominał, która (dobrze w Szuraniu znana) Kamila zapoczątkowała temat. Ważne, że spontaniczne zrywanie liści w potrzebie nie jest mi obce i ten fakt daje mi kwalifikacje do opisania sytuacji. Chodzi o nieprzewidzianą potrzebę, tak zwaną dwójeczkę. Ekscytacja, podwyższone ciśnienie, u niektórych kofeina, wreszcie systematyczne podskoki, kotłowanie kiszek, tyle podczas biegu. Doświadczenia osoby wznawiającej treningi co jakiś czas, by je następnie przerwać, przyzwyczaiło mnie do zmian w metabolizmie. Początki sprawiają, że biegam do ubikacji nawet trzy razy dziennie. Z czasem organizm akceptuje nowe warunki, podobają mu się, bo zaczyna regularnie wypełniać zadanie niczym poranny apel. Podczas biegu sytuacja miewa bardziej dramatyczny przebieg. Pół biedy w lesie. Nawet wśród iglastych drzew doszukałem się materiału godnego moich czterech liter. W liściastym to niemal jak w domowej ubikacji. Inna sprawa, że liściaste lasy są najgorsze do biegania; gęsto obrośnięte, wilgotne, ciemniejsze, bardziej duszne. W moich oczach to i tak sto razy lepiej, niż w ulicznym smogu, pośród miejskiego hałasu. Nic dziwnego, że biegacze w mieście słuchają muzyki. W lesie wpierw uderza cisza, następnie odkrywamy tak dobrze znane z dzieciństwa dźwięki zwierząt, wiatru muskającego liście, szum strumyka i melodyjny warkot ścinanych drzew lub kretynów na „kładach” – sporadycznie na szczęście i tu akurat wybiegłem na chwilkę poza szczenięce wspomnienia. Wracając do tematu, miasto to pułapka. Podczas pętli z dala od domu w tej sytuacji mamy kłopot. Dlatego znajomy, który pokazywał mi ścieżki Lasku Wolskiego, wielokrotny maratończyk, wyznał mi pewną góralską tajemnicę: zawsze miej przy sobie chusteczki. Banał, co? A kto z Was biega z nimi? Gdzie, cholera, upchnąć je mając strój letni? Najprostszym i najskuteczniejszym sposobem jest „na siłę” tuż przed wyjściem. Koncentruję się wtedy na bieganiu. Myślami już frunę przed siebie, z kpiącym spojrzeniem mijam żuli, dresów z piwami i przyklejonymi doń blond damami, baby z zaczepno-obronnymi Jorkami, które miną dają wyraz cierpieniu z powodu konieczności wyprowadzenia tych szczurów. Prawa lewa, prawa lewa, sunę dumnie naprzód. To działa niemal zawsze. Coś jak gwizdanie lub wyobrażanie sobie wodospadu podczas opornego siusiu. Jeśli to nie zadziałało, a podczas biegu zapala się czerwona lampka poziomu ciśnienia w tylnym układzie, Houston, muszę lądować! Szukajcie mi stacji/krzaków/starego, dawno nieodwiedzonego kumpla! Pamiętajcie o...

Read More
Trasa Rezerwat Ślichwice – Brusznia – Karczówka.
Cze21

Trasa Rezerwat Ślichwice – Brusznia – Karczówka.

W ostatnią niedzielę w ramach przygotowań do Radomia zrobiłem trasę jak w tytule. To świetna trasa na pogodny lub pochmurny dzień, niekoniecznie upalny, deszczowy również odradzam. Charakterystyka terenu to łąki i las, troszkę asfaltu, sporo podbiegów i ciekawe widoki. Zależało mi na odsłoniętej przestrzeni, by przyzwyczajać się do skwaru grożącego podczas zbliżającego się półmaratonu. Poza tym trasa jest wydłużona o odcinek doszurania do rezerwatu, powrotu oraz pętli dookoła Bruszni. Należy zatem odjąć od trasy 3km dobiegów i ewentualnie 4,3 km pętli. Trasa. Myślę, że okrążenie rezerwatu na rozgrzewkę, to znakomity pomysł. Fajne miejsce. Blisko torów jest ścieżka, zbieg prowadzący do ul. Kolejarzy i stacji Kielce Czarnów. Wielu Kielczan zdziwi, że coś takiego istnieje. To żwirowa droga, po jakichś 700m przechodząca w asfalt. Pędzi się nią w dół mając wciąż bogaty zapas sił. Po dobiegnięciu do ul. Malików ostro skręciłem w prawo i po 100m przeprawa pomiędzy samochodami niczym żabka w tej prymitywnej grze. Grał ktoś z Was? Zadaniem żabki jest przejście na drugą stronę ruchliwej ulicy z wieloma pasami. W Realu fajniej się gra. Po wspomnianych 100m, tuż przed wiaduktem kolejowym, jest droga płytami do zakładu produkcyjnego. Po ok. 150m odbijamy w lewo w jedyną tam polną drogę i wzdłuż rzeczki/strumyka aż do Piekoszowskiej. Jeśli ktoś lubi naturę i miękko pod stopami, to jest to! Odgłosy bzyczków w trawie, cisza sporadycznie przerwana stukotem pociągu, spokój, przestrzeń. Niestety niecałe 2 km i dobiegamy do cywilizacji. Znalezienie ciekawej drogi prowadzącej na skraj Bruszni zajęło mi kilka biegów i pilnego śledzenia googlowskich zdjęć. To wpadłem na podmokły teren, to koniec ścieżki i musiałem wracać do ulicy Białogońskiej, czyli na asfalt. Wreszcie mam! Po wbiegnięciu na Piekoszowską jakieś 500m w prawo, zaraz za mostkiem nad znajomym nam strumykiem w lewo. Teraz utwardzoną drogą ok. 300m prosto i tu zaczynając się schody. Należy skręcić w prawo w niezbyt dobrze zaznaczoną drogę. Ten kierunek nie cieszy się popularnością i dwa razy zwyczajnie go przebiegłem, zignorowałem. Na mapie jest do ścieżka do ul. Pradło. Ulicy żadnej nie ma. Nawet na 10m urywa się ślad i zamienia w trawę, ale chowając przeczucie i wbudowany ludzki kompas do kieszeni, dobiegamy do lepiej zaznaczonej drogi. Zaraz na początku lasu, a więc tam, gdzie zaczyna się leśna ścieżka Pradło, skręcamy w lewo i sympatyczne 500m podbiegu przed nami. Intuicyjnie biegniemy do pierwszych zabudowań, dalej przez Pietraszki (ul. Pradło, Bobrowa, Pietraszki) do lasu Bruszni. Tu jest kilka możliwości. Można asfaltem okrążyć las prawą stroną, można wbiec do lasu i tam ścieżkami przeciąć, zapętlić się, można lewą stroną przebiec gruntową drogą do ul. Białogońskiej i dalej na Karczówkę. Jak widać na mapce, lubię komplikować sobie życie. Jest jeden nieprzyjemny odcinek gęstych krzaków...

Read More
Przyszuranie
Cze18

Przyszuranie

Postaram się dzielić moim doświadczeniem biegania po miękkim terenie. Opis tras, przygody, które czekają nas w lesie (owszem, czekają). Wykresy z GPS obiecuję dopiero, gdy dogadam się z telefonem. Celowo, wyłącznie z powodu sport tracking’owych aplikacji, kupiłem sobie super telefon jednej z wiodących marek. Ughh, GPS nie działa lub pojawia się i znikał jak dziewczyny w życiu Colina Farrella. Dam szansę tej drugiej marce, zobaczymy. Jeśli są wśród Was zainteresowani szuraniem po lesie, klepnijcie lajki itp., będzie motywacja grafomańska, może wspólne szuranie w naturze. Coś o mnie, czyli szczypta nieciekawostek i łyżeczka oleju nudego. Zacząłem biegać jakieś 10 lat temu, może troszkę wcześniej. Wzloty i upadki mojej kondycji najlepiej obrazuje niemrawa sinusoida. Początki oczywiście by schudnąć, poczuć się lepiej, podnieść atrakcyjność fizyczną. Kilka miesięcy ciężkiej pracy nad sobą, odzyskanie pewności siebie, by znów pojawiał się alkohol, smażone żarcie, papierosy i inne alternatywne przyjemności ziemskiego padołu. Świst lopem w dół do momentu, gdy namiętnie budowana opona i fatalne samopoczucie zaczęły poważnie przeszkadzać. Kolejne przebudzenie, kolejne silne postanowienie, kolejna próba wtoczenia syzyfowego głazu. W koło Macieju, za to ciekawie. Kto marzy o nudnym życiu? Zbliżając się do chrystusowego wieku postanowiłem nabrać więcej szacunku do ciała, zmieniły się również priorytety w życiu osobistym. Idea piękna, ale jak historia pokazuje, każda rozbija się o praktykę. Krótko po wzmocnieniu kondycji, nabawiłem się pierwszej kontuzji stawu skokowego. Stało się to podczas gry w kosza. W liceum, podczas treningów, co pół roku skręcałem sobie to jedną, to drugą kostkę. Leczenie Altacetem, nikotyną i przetworzonym chmielem. Mozolne i mało efektywne dochodzenie do siebie, kolejny spadek zimowo leniwy. Jestem narciarzem, ale tamta zima (2010-11) była wyjątkowo jesienna. Śnieg leżał jakieś dwa tygodnie. Incydentalnego szusowania nie nazwę treningiem, bardziej przygotowaniem organizmu do konsumpcji grzańców. W kolejnym sezonie historia zatacza koło. Pól roku temu dopracowałem się wystarczającej kondycji, by z wynikiem gdzieś w środku tabeli ukończyć kielecką Dychę, by niedługo po skręcić sobie w absurdalnie prozaiczny sposób kostkę podczas spaceru. Fakt ten może irytować tym bardziej, że głównie biegam w lesie, po miękkich, ale raczej trudnych trasach. To Stadion, to Brusznia, czasami Telegraf – Kielczanie wiedzą, o czym piszę. W tym roku podejmuję kolejną próbę dogadania się ze sportem i moim ciałem. Czy próba się powiedzie, czy nie? Zobaczymy. Przecież chodzi o gonienie króliczka,...

Read More