Ciapa, chlapa, szuranie i rekord!

Ponad tygodniowa przerwa od biegania (przeciągające się przeziębienie) spowodował, że przeczytałem od dechy do dechy chyba większość biegowych blogów:) Wczoraj stwierdziłem, że już wystarczy lenistwa. Przeglądając wcześniej różne programy przygotowujące do półmaratonu ostatecznie wybrałem ten który akurat znalazł się najbardziej pod ręką. W aplikacji RunKeeper. Nie wiem czy to dobry program i czy przede wszystkim program dla mnie. W tytule ma 2:15, czyli teoretycznie powinien mnie przygotować do osiągnięcia takiego lub lepszego czasu. Było by świetnie, bo to chyba nie najgorszy wynik. Choć z drugiej strony to ponad 6:00 na kilometr, a nawet prawie 7:00. Jednak tutaj, dla mnie przynajmniej, ważna jest odległość i warunki  w jakich będzie się biegło. One, co pokazało wczorajsze i dzisiejsze szuranie, są bardzo ważne, szczególnie dla takiego amatora jak ja. Wczoraj program pokazał 6,44 kilometra wolno. Godzina 17.00, temperatura -2/-1, marznący deszcz odczuwalny na twarzy jakby malutkie igiełki wbijały się w policzki. Zrobiłem moja tradycyjne kółko otaczając osiedla Na Stoku i Świętokrzyskie, to jest około 5km. Musiałem „dobić” kilometrów na bieżni pod blokiem. Bieżni, która tylko z nazwy ją przypomina. Dobrze, że wcześniej ktoś równie niespełna rozumu jak ja przetarł szlak, to mogłem trzymać „jego kółeczko”. Ostatecznie 6,75 km w czasie słabym, ale nie o czas tu chodziło. Wiedziałem, że na następny dzień też należy ruszyć. Program pokazał ponad 14 km. Nigdy w życiu nie przebiegłem za jednym razem takiej odległości. Maks to było około 11 na Kieleckiej Dyszce. Ale 14??? I to jeszcze na następny dzień po przeszuraniu prawie siedmiu km… Liczyłem się z tym, że mi się nie uda.

Niedzielne przedpołudnie, dzieciaki chore – czyli ze wspólnych spacerów nici. Ciuchy na siebie, za oknem +2 stopnie, lekki deszczyk, ogromna mgła. Pogoda z gatunków tych, że psa by nie wygonił…:) Mieszkam na Słonecznym Wzgórzu, czyli na górze. Małej bo małej, ale zawsze temperatura i warunki atmosferyczne różnią się od tych w mieście. U mnie zamarznięte chodniki, śliskie jak pieron.

bardzo śliski chodnik/ścieżka na ul. Bohaterów Warszawy – po prawej KSM

Na dole ciapa i chlapa. Tak źle i tak nie dobrze:) Kombinowałem na bieżąco jak to zrobić, aby nie kręcić się w kółko, a zarazem aby nie „skończyło mi się miasto”, a plan wyrobić. W dół Warszawską, osiedle KSM po lewej obok basenu (lodowisko oczywiście nieczynne), planowałem doszurać do Stadionu Międzyszkolnego, pokręcić się na bieżni ze 4 km i powrót do domu. Miało to dać upragnione ponad 14 km. Niestety oczywiście bieżnia nie odśnieżona. Rozpuszczony śnieg, ukrywający w sobie mnóstwo wody, sięgający do kostek uniemożliwił całkowicie szuranie po bieżni. Zrobiłem tylko jedno kółko.

Stadion Międzyszkolny w Kielcach

Zrezygnowany ruszyłem na południe, aż do osiedla Barwinek. Po 7km nawrót. Droga podobna, omijająca już jednak bieżnie na stadionie, ponownie przez KSM aż do obwodnicy. Dalej w kierunku Galerii, na swoim osiedlu jeszcze jedna mała pętelka aby odległość się zgadzała i pod górę do domu. Łącznie licznik pokazał 15,3 km. TO MÓJ REKORD! Czas dramatycznie słaby, ale naprawdę warunki były do biegania strasznie trudne to raz, a dwa – odległość dla mnie też była ogromna.

Szybki prysznic i jednak dzieciaki wyciągnęły na Bożonarodzeniowy Kiermasz na Rynku, pyszny obiad i do domu. Nogi mi umierają, czuję przede wszystkim stopy, najbardziej prawą tak u góry obok podbicia (nie mam pojęcia jak to nazwać) oraz mięśnie tuż przy biodrach. Choć z drugiej strony byłbym zdziwiony gdyby nic nie bolało. Ważę 94 kilogramów (spadek przez miesiąc o 5! ), przeszurałem 15 km. Musi boleć!

 

 

 run-log.com

Author: szuracz

Share This Post On

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: