Drugi Maraton

sylwia_miniaturkaTydzień przed Drugim Maratonem Lubelskim nie dało się już ze mną normalnie porozmawiać… Miałam nocne koszmary maratońskie, maraton siedział mi w myślach non stop, o maratonie mówiłam każdemu i maratonem żyłam. Małżonek powiedział, że ten maraton zajechał mi mózg i że chce żeby już było po wszystkim.
To podniecenie wynikało poniekąd ze strachu. Wiedziałam przecież, że moje treningi były po prostu śmieszne. Za każdym razem kiedy obiecywałam sobie, że „w poniedziałek wieczorem wychodzę i robię 15 km” kończyło się tym, że biegałam w środę 6 km, a potem albo „zabiegałam do sąsiadki na ploty, albo wracałam do domu i podpijałam mężowi browarka;).

Dzięki koleżance Dorocie odbyłam dwa 14 – kilometrowe treningi – prawie na jej zasadach… Prawie, bo urozmaicałam Jej treningi spacerem po Decathlonie i zmuszaniem jej do kupna cebularza;).
Przez ostatnie dwa miesiące biegałam cztery razy i może suma tych biegów dałaby coś około 42 km – ale pewności nie mam. Tak czy inaczej – start był dla mnie najważniejszy na świecie i nie istniała opcja odpuszczenia.

Każdy tekst na Fejsie typu „Sylwia, zaniesiemy Twoje zwłoki na metę;)” niby mnie śmieszył, ale też przerażał. Całkiem na serio miałam obawy , że SYNDROM KISZONEGO OGÓRA zwycięży i że umrę podczas biegu… Bo przecież wiadomo, że ja nie zejdę z trasy choćby mi krew uszami tryskała!;) Podkręcał depresyjnie mnie też fakt, że niestety tydzień przed maratonem musiałam przyjąć antybiotyki (zarzuciłam je wprawdzie po dwóch dniach). Poniosło mnie na majówce i po kąpieli w basenach termalnych wylazłam na bardzo zimny i mocny wiatr… Zakończyło się horrorem – zapaleniem piersi (jednej). Na szczęscie antybiotyk zadziałał natychmiastowo (to pewnie dlatego, że nigdy ich nie biorę).

Zupełnie niechcący zrobiłam też wokół mojego biegu niesamowitą medialną burzę;). Był program w Polsacie (do obejrzenia tutaj), były plakaty na klatkach schodowych przy mojej ulicy zachęcające sąsiadów do dopingowania.

sylwia_lublin_maraton005

Dzień przed maratonem byłam już tak nabuzowana, że musiałam tę energię jakoś z siebie wyrzucić. Poszłam w aktorstwo! Przepoczwarzyłam się w Sylvettę Księżniczkę Wiatru. W 7 minut – bez scenariusza, na żywca powstała produkcja „WIZAŻ MARATOŃSKI”;). W tydzień zyskał 2, 5 tysiąca odsłon. To daje do myślenia…;)

W niedzielę wstałam o szóstej rano – i tak spało się ciężko. Szybki wizaż;) i ruszyłam na Plac Litewski. Kiedy ruszałam volveronem spod domu czarny kot usiłował przebiec mi drogę. Przejechałam go – i tak się męczył bo był chory… Żartuję;). Musiałam być trochę na miejscu startu wcześniej, żeby Panowie z Polsatu mogli zarejestrować mrożący krew w żyłach materiał;). Współpraca była raczej ciężka – miałam napady śmiechu, niekonrolowane odruchy…Wpadłam w histerię, bo zapomniałam słuchawek, nie mogłam odnaleźć agrafki do przypięcia numeru startowego…W mojej głowie panował ogólny chaos, a w oczach miałam chyba bałagan.

Udałyśmy się w dziewczęcym składzie na start. Stanęłysmy na początku końca. START!!! Ruszamy a ja wrzeszczę do ludzi:
– Ludzie!!! Biegnę ! Patrzcie Ludzie jak ja biegnęęęęęęęęęęęęęęę!

Przybijam pionę z prezydentem dalej nie do końca wierząc w to, że oto znowu biegnę MARATON. 200 metrów od startu pozwalam sobie na lekkiego suchara:

– Dorota, daleko jeszcze?;)

sylwia_lublin_maraton006

Biegniemy przez dobrze znane uliczki Starego Miasta w Lublinie. Wbiegamy na Żmigród – tu spodziewam się swojego kolegi, a zarazem kierownika – obiecał mi, że pobiegnie ze mną w jakimś szalonym stroju. Wypatruję go na ziemi…nie ma. Patrzę na balkon – JEST! On – człowiek NIETOPERZ w czarnym szlafroku. Przez chwilę bałam się, że ten szlafrok rozchyli… Ewidentnie widać, że za nim ciężka noc i że nigdzie nie zamierza biec. Ale jako, że jest aktorem z krwi i kości rozlega się zachrypnięty wrzask:

– BŁEAAAAAAA!!!!! SYLWIAAAAAAA! WRACAAAAJ DO DOOOOMU! AAAAAAA!

Czuję, że to będzie ciekawy bieg. Wraz z Dorotą – Cyborgiem, która obiecała mi , że 10 km przebiegniemy razem ustawiamy się za zającami na 4:30. Ona ma oczywiście niebywałą strefę komforu – przytula się z wolontariuszami (których sama wyszkoliła), poucza ich jak mają podawać wodę itd. Jest Gwiazdą! Jedną rękę ma cały czas górze i macha – pozdrawia Panie i Panów.

sylwia_lublin_maraton007

Natomiast ja mam kłopoty od początku. Boli mnie łeb – każdy krok to tąpnięcie w głowie… Kolejno przychodzą też inne atrakcje – np. dziwny ból w stopie – taki jakby podczas odbicia od ziemi pękała mi skóra na podeszwie. Strasznie wnerwiające… Nawet mnie to nie dziwiło – często to mam. Zaczynają boleć kolana – lewe z boku, prawe dla odmiany z tyłu.

Na kolejnym kilometrze widzę jak mój eks oklaskuje maratończyków. Nie widzieliśmy się z 6 lat. Myślałam, że po latach już z niego uszło powietrze, więc wołam do niego z uśmiechem – „Czy ja dobrze widzę?”, a on do mnie z chamskim tekstem „To transwestyci biegną maraton?”. Zawsze miał problemy z tym, że jestem wysportowana, i że mam bardziej umięśniony biceps od niego, ale myślałam, że po latach już jakoś to sobie przetrwaił;). Kiedyś nie podobało mu się, że chodzę na fitness, bo pewnie podrywam tam każdego samca na siłowni… Ach, te kompleksy;)… Odpowiadam mu wesołą ripostą : „TAK TAK!!!! Mamy swoją klasyfikację nawet”! Takie to spotkanie po latach;). Tymczasem ja biegnę po medal, a on sobie mało rytmicznie klaszcze…

Ok. 10 km – biorę tabletkę przeciwbólową. Głowa i stopa ustępują. A kolana – jak to kolana – bolą dalej. W grupie z którą biegniemy jestem NAJCICHSZYM biegaczem chyba. Skupiam się nad tym, żeby od nich nie odpaść. Wszyscy gadają, co chwila jakieś śmichy chichy, a ja – jak nie ja – TUP TUP TUP TUP TUP – cisnę. W ciszy i skupieniu.

Rozglądam się czy nie widać gdzieś „mojej” ekpiy z Polsatu – bo mieli nakręcić jak biegnę. Ale nie ma.

Ok. 20 km następuje DÓŁ. Grupa na 4:30 nieoczekiwanie przyspiesza;). Oczywiście żartuję – to ja zwalniam… Opuszczają mnie siły i pierwszy raz w życiu mam w głowie myśl, że mogę nie dać rady. Dobija mnie myśl, że spodziewałam się tego bólu i doła dopiero ok. 30 km. Tak jak rok wcześniej. A nie tak szybko – to dopiero 20 kilometr… I w tym magicznym momencie mojej psychologicznej walki, kiedy idę z izotonikiem w kubku zjawia się ekipa Polsatu. Było do przewidzenia… Informuję ich, że jest raczej ciężko. A Przemysław Iwańczyk – persona znana i lubiana pyta mnie dlaczego nie odbieram telefonu???

Zaadaje jedno WAŻNE ale to ZAJEBIŚCIE WAŻNE pytanie:):

– Ale dobiegniesz?

Myślę sobie – za 5 km spotkam rodzinę, potem do 28 km i już 2/ 3 maratonu za mną. Trzeba ruszać się. I tu na fali zrywu psychicznego, chcę zrobić taki „trik” do kamery i udawać , ze usiłuję złapać zająca za balonik;). Chciałam dobrze – wyszło jak zwykle! Balonik się oderwał i poszybował ku niebu… Odwracam się próbuję go gonić, ale „już tylko echo grało”….Głupio mi było okropnie i miałam wyrzuty sumienia do końca biegu, ale Dorota mnie pocieszyła, że mieli jeszcze drugi balon i że ten zając to super chłopak i się nie obraził….

Dół 20-ego kilometra przerywa osobistość, która znienacka zwraca się do mnie z pytaniem:

– Ty jesteś Sylwia od tego filmu Wizaż Maratoński???:)

Tadaaaam! Jestem sławna.
Poznaję wirtualnego kolegę – Grega:). I on pomaga mi odzyskać spokój psychiczny. Biegniemy z 2 kiloski razem. Jego boli „Achilles” więc od razu mi lepiej;).

Mówi do mnie:
– Ale nie ma, że nie dobiegniemy??
I tu już jestem sobą. Mówię, że dobiegniemy. NA BANK!!!
W tym momencie pogodziłam z losem. Przyjęłam na klatę to, że przez najbliższe dwie i pół godziny będzie ze mną po prostu coraz gorzej. Pochylam głowę, przyjmuję ten ból i przestaję pedziować. Po prostu nie trenowałam – mam zszokowany organizm i będzie krew pot i łzy. Ale nauczona doświadczeniem z poprzedniego maratonu nie moczę się po kurtynami wodnymi, bo słabo się wygląda w sandałach bez paznokci;).

Na 25 kilometrze nie ma juz śladów doła. Biegnę SAMA i jest mi z tym dobrze. Zaczynam wyprzedzać ludzi z Instytutu Dziwnych Kroków;) i zaczynam rozumieć, że inni też rozpoczęli już prawdziwą walkę.
Na 25 kilometrze są – Rodzina i Sąsiedzi:). Plakaty zadziałały! Ból znika, jest radocha, przybijanie pion. Ktoś krzyczy czy chcę banana!. Biegnę roztaczając aurę zajebistości:). Moja córka Blanka widzi w tym wszystkim swój interes. Beztrosko wrzeszczy :
– Mamooo co pijesz???? Daj mi to.
Oddaję jej izotonik. Mąż wpada w panikę i się drze : Oddaj to matce!!!;).

sylwia_lublin_maraton001

sylwia_lublin_maraton002

Ludzie wołają do mnie po imieniu, a ja zaczynam się śmiać i ten śmiech będzie mi towarzyszył już do końca maratonu. Jestem na swoim osiedlu i podoba mi się!!!
Podczas biegu słucham Radia Lublin… Nadają też o maratonie, są relacje z mety – to podnosi na duchu… Jednak zasmuciło mnie trochę to, że nie zadedykowali ani jednej wesołej piosenki dla lubelskich maratończyków… A Pani prowadząca audycję dwa razy powiedziała: „Noooo…Na szczęście nie wszyscy chyba dziś biegają”… Jakoś mi to nie podeszło – ale może się czepiam.

Oto dobiegam do punktu kulminacyjnego – ul. Jana Pawła. Czyli ponad 4 km podbiegu, który był szeroko komentowany przezd maratonem. To TU mieliśmy umierać i rozpocząć piesze wycieczki;). A ja sobie mówie – NIE!!! Przebiegnę na sam szczyt i się nie zatrzymam. I się zawzięłam jak Adamek na Babę z Brodą! Nie szłam ani metra. Wbiegłam na SZCZYT JANA PAWŁA;). Nie był to zbyt ładny technicznie bieg – wyglądałam na nagraniach jak paralityk, ale ważne, że biegłam.
Ul. Jana Pawła to był dla mnie najśmieszniejszy moment trasy. Spotkałam wielu znajomych, śmiałam się sama do siebie. Sił dodawało mi to, że wiedziałam, że jest ze mną „chu…owo, ale stabilnie” i, że zagoszczę już niebawem na mecie.

Na przedostaniej prostej – czyli ul. Kraśnickiej podejmuje decyzję, że chcę dobieć na 4:45. Może to głupie – bo niby co to za różnica – 4:45 czy 4:48, ale wtedy wydało mi się to istotne. Próbuję przyspieszać, wydłużyć krok. Piję wodę i idę przez chwilę , ale odkrywam, że chodzenie boli mnie już tak samo jak bieg. Więc biegnę. Realizuję takie krótkie plany – np. że na kolejnym przystanku mam być o godz. 13.30. I udaje się:).

W Radiu zaczynają męczyć spotem wyborczym emitowanym trzy razy pod rząd. To mnie wykańcza. Zrywam słuchawki z uszu… Ale bieg bez muzyki mnie drażni… Stresuje mnie moje własne sapanie i dźwięk kłapiących nóg. Takie zmęczone, monotonne – człap , człap. Zatrzymuję się i drżącą ręką zmieniam stację. JEB! W słuchawkach ryczy „Kiedy patrzę tak na Ciebie jesteś fajnaaaaaaaa, dla mnie masz stajla!!!” . HAHAHA! Lepiej trafić nie mogłam . Ruszam pędem;). Gęba mi się śmieje… Telefon mi dzwoni (dzwonili do mnie chyba z 15 razy podczas maratonu). Ostatni kilometr – nic już nie boli, ludzie klaszczą. Oto i on – wspomniany wczesniej kolega w czarnym szlafroku. Spotkaliśmy sie na pierwszym i otatnim kilometrze maratonu. Znów użył talentu aktorskiego przedrzeźniając mój nieudolny bieg… Mam ochote go znokautować, ale mi się spieszy.

Z daleka widzę, że mąż czeka na mnie z Dziećmi przed metą. Chwytam Blankę za rękę i razem ciśniemy po zielonym dywanie… Blanka krzyczy : Szybciej , Mamo, szybciej, wygramy!!!
Mam ciary i naprawdę łzy mi płyną do oczu – ale powstrzymuję, gdyż nie chcę by coś załamało opinię TWARDEJ DAMY LUBELSKIEJ PIOSENKI;).

sylwia_lublin_maraton003

Meta!!! Są koledzy i koleżanki (z tajnej grupy fejsbukowej Szmaty – nie zrozumcie mnie źle – my po prostu wymieniamy się ubraniami;)). Jest ekipa z Polsatu, są wywiady, zdjęcia. Jednym słowem – czuć prestiż.

JEST MEDAL!
I konwalie – ale zabiera je szybko córka.

Czas netto – 4:43:48

To był bezwzględnie udany dzień!!!
Dziękuję Wszystkim , którzy dopingowali mi – w realu i wirtualnie:). Jestem teraz całkiem poważna – to mi duuużo dało! I Dorotce, że mnie podciągnęła za sobą do 20 kilometra:).

sylwia_lublin_maraton004

P. S. – Straciłam tylko 1 paznokieć ( w tamtym roku 4 )

P.S.2 Mam mocne postanowienie poprawy. Będę więcej szurać, żeby po maratonie nie być wrakiem.

W poniedziałek miałam takie zakwasy, że schodziłam tyłem po schodach… Ku uciesze przedszkolaków, które pytały dlaczego tak idę. Odpowiedziałam, że mnie nogi bardzo bolą. One – dlaczego? Na moje wyjaśnienie, że przebiegłam maraton ryknęły chórem : Ja teeeeż!!!. Brały udział w biegu na 42 metry 195 cm;). Dla nich to bez różnicy…I weź tu człowieku zaimponuj….

Author: szuracz

Share This Post On

4 komentarze

  1. Super się czytało:) bardzo fajna relacja. Gratuluję biegu i pozdrawiam 🙂

    Post a Reply
  2. Gratuluję biegu i tekstu! A przy większej ilości trenigu wcale nie będziesz większym wrakiem, po prostu wcześniej zaczniesz to odczuwać (trochę treningu i pół godziny wcześniej:) )

    Post a Reply

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: