[Paweł II]Dwójeczka

DSC_3847Prawdopodobnie wielu biegaczy dotyczy pewien krępujący problem. Nie będę wspominał, która (dobrze w Szuraniu znana) Kamila zapoczątkowała temat. Ważne, że spontaniczne zrywanie liści w potrzebie nie jest mi obce i ten fakt daje mi kwalifikacje do opisania sytuacji. Chodzi o nieprzewidzianą potrzebę, tak zwaną dwójeczkę.

Ekscytacja, podwyższone ciśnienie, u niektórych kofeina, wreszcie systematyczne podskoki, kotłowanie kiszek, tyle podczas biegu. Doświadczenia osoby wznawiającej treningi co jakiś czas, by je następnie przerwać, przyzwyczaiło mnie do zmian w metabolizmie. Początki sprawiają, że biegam do ubikacji nawet trzy razy dziennie. Z czasem organizm akceptuje nowe warunki, podobają mu się, bo zaczyna regularnie wypełniać zadanie niczym poranny apel. Podczas biegu sytuacja miewa bardziej dramatyczny przebieg. Pół biedy w lesie. Nawet wśród iglastych drzew doszukałem się materiału godnego moich czterech liter. W liściastym to niemal jak w domowej ubikacji. Inna sprawa, że liściaste lasy są najgorsze do biegania; gęsto obrośnięte, wilgotne, ciemniejsze, bardziej duszne. W moich oczach to i tak sto razy lepiej, niż w ulicznym smogu, pośród miejskiego hałasu. Nic dziwnego, że biegacze w mieście słuchają muzyki. W lesie wpierw uderza cisza, następnie odkrywamy tak dobrze znane z dzieciństwa dźwięki zwierząt, wiatru muskającego liście, szum strumyka i melodyjny warkot ścinanych drzew lub kretynów na „kładach” – sporadycznie na szczęście i tu akurat wybiegłem na chwilkę poza szczenięce wspomnienia. Wracając do tematu, miasto to pułapka. Podczas pętli z dala od domu w tej sytuacji mamy kłopot. Dlatego znajomy, który pokazywał mi ścieżki Lasku Wolskiego, wielokrotny maratończyk, wyznał mi pewną góralską tajemnicę: zawsze miej przy sobie chusteczki. Banał, co? A kto z Was biega z nimi? Gdzie, cholera, upchnąć je mając strój letni?

baloniki_toitoi

fot: www.marcinkargol.pl
czasami nawet doświadczonym „zającom” się przydarzy…

Najprostszym i najskuteczniejszym sposobem jest „na siłę” tuż przed wyjściem. Koncentruję się wtedy na bieganiu. Myślami już frunę przed siebie, z kpiącym spojrzeniem mijam żuli, dresów z piwami i przyklejonymi doń blond damami, baby z zaczepno-obronnymi Jorkami, które miną dają wyraz cierpieniu z powodu konieczności wyprowadzenia tych szczurów. Prawa lewa, prawa lewa, sunę dumnie naprzód. To działa niemal zawsze. Coś jak gwizdanie lub wyobrażanie sobie wodospadu podczas opornego siusiu. Jeśli to nie zadziałało, a podczas biegu zapala się czerwona lampka poziomu ciśnienia w tylnym układzie, Houston, muszę lądować! Szukajcie mi stacji/krzaków/starego, dawno nieodwiedzonego kumpla!

Pamiętajcie o chusteczkach.

Author: szuracz

Share This Post On

1 Comment

  1. Stanę w obronie miasta. McDonaldy, pizzerie, bary, których jest sporo dają lepszy komfort niż krzaki przy polnych drogach. Gdy biegamy w godzinach pracy dochodzą jeszcze urzędy, szkoły itp. Oj byłem kilka razy w tarapatach.
    Bo z „Jedyneczką” to sprawa banalna 😉

    http://www.youtube.com/watch?v=W6I2-YP42rs

    Post a Reply

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: