Dyszka na minusie!

4 lata temu wymyśliłem swoje szuranie, ponieważ niebezpiecznie zbliżałem się do trzycyfrowej liczby, którą obserwowałem od czasu do czasu na wadze. Jako, że moje bieganie to szuranie, często mocno nieregularne, przeplatane kontuzjami większymi lub mniejszymi, letnim niechciejstwem, lenistwem pomaratonowym i ogólnym takim nijactwem to z tą wagą było różnie. Różnie było też przede wszystkim dlatego, że bieganie – bieganiem, a słoiki z majonezem i butelki coca-coli opróżniane były w trybie mocno przyspieszonym. W dniach tzw. roboczych (choć u mnie w sumie tylko takie) często pierwszy posiłek pojawiał się w okolicach godziny 17:00, i nie była to sałatka z rukoli, czy ciemne pieczywo. Parówy, fastfoody i inne gównożarcie na szybko. Od czasu do czasu jakiaś jadłodajnia i to też prędzej z frytkami niż z ryżem:)

Rok 2015 był w moim wykonaniu najgorszym rokiem biegowym odkąd ruszyłem grube dupsko do szurania. Nie licząc mega wydarzenia jakim dla mnie był maraton w Paryżu to później była dupa wielka, dosłownie. Ciężko mi było zmotywować się do czegokolwiek po 42 km we Francji, nie licząc Półmaratonu w Radomiu w którym zającowałem na 2:15 :), to już chyba nic poważnego nie zaliczyłem. Dodatkowo jak to zwykle bardzo słabo mi się zmobilizować jak jest więcej niż 20 stopni na termometrze.  Do tego wszystko doszła poważna przeprowadzka, koniec budowy no i klops. Dzieci do szkoły, wszyscy na maratonach czy przynajmniej połówkach, a ja w lesie, i to też dosłownie bo nowa chata wuja jonia pod lasem stoi:) Czyli nic się nie działo, brzuch rósł, tętno na zwykłym szuraniu szalało, a waga znowu w górę. 2015 rok był (nie licząc maratonu) rokiem w którym nie padła żadna życiówka, a przecież one wcale wygórowane nie są.

Przyszedł listopad, miesiąc w którym miałem (tak przynajmniej myślałem rok temu) próbować bić życiówkę na 10 km w Warszawie na Biegu Niepodległości. Trasa łatwa, prosto, można lecieć. Marzyło mi się zawsze, aby mieć „czwórkę” z przodu, tak chociażby 49:59. Było by super. Ale…nawet nie wystartowałem.

Grudzień. Znalazłem w Kielcach „coś”, które wydawało mi się będzie wybawieniem jeśli chodzi o walkę ze zbędnymi kilogramami. Pudełka! Fresh Diet! – Codzienne jedzenie, dowożone rano pod drzwi, pięć posiłków o określonej kaloryczności. Chciałem spróbować… Widziałem, że przy takim bieganiu (szuraniu) jakie ja stosuje, ciężko tymi kilkudziesięcioma kilometrami miesięcznie i śmieciowym żarciem pozbyć się zbędnych kilogramów, jednocześnie jedząc tyle lat tak, a nie inaczej obawiałem się jak to będzie. 1 grudnia waga pokazywała 99,1 kg…

Początki były straszne. Robiłem dobrą minę, ale…większość jedzenia jest zielona, nigdzie nie ma majonezu, sporo rzeczy nazywa się tak, że nie wiedziałem nawet, że to się je. No i te kasze… Największy mój dramat z przedszkola:) Kasza. Masakra. Dodatkowo odpuściłem zupełnie cocacolę. Nie wiem nawet co było wyzwaniem większym, jedzenie czy picie, a dokładnie jego brak.

Wybrałem 1500 kcal dziennie, wiedząc, że jest to sporo za mało jak na takiego chłopa, ale zostawiłem sobie tym samy delikatną furtkę na jakieś tam „dojadanie” delikatne.

Na początku zmierzyłem się z czymś mocno dziwnym, czymś czego totalnie się nie spodziewałem. Odkąd pamiętam słodkie napoje były stałymi gośćmi w moim domu, szczególnie Coca-Cola. Potrafiłem wypijać dziennie ponad litr, a często nawet dużo więcej. Bez wątpienia można powiedzieć, że byłem/jestem nałogowym pijaczem coli. Po dwóch/trzech dniach od „odstawienia” złapał mnie kac gigant, przepotężny ból głowy, nudności. Coś co pamiętałem ze starych studenckich czasów:) teraz zupełnie mi obce. Fatalne uczucie, ale podobno to normalne. To tylko pokazuje, że uzależnienie musiało być potężne.

Oprócz zmiany trybu jedzenia, dorzuciłem też regularne wizyty w fitness klubie. Nie dźwigałem wielkich ciężarów, nie miałem na celu posiadania wielkiej klaty:) czy szerokich pleców. Wręcz przeciwnie, poszukałem, poczytałem i bawię się małymi obciążeniami na maszynach dorzucając do tego na rozgrzewkę kilka km na bieżni i jakieś 15 minut na dużym obciążeniu (15-16) na orbitreku, bez rąk, raczej na palcach. Na zakończenie brzuchy na ławeczce (dochodzę już do 15o :), w seriach po 10). W ten sposób staram się spędzać 3-4 poranki w tygodniu.

Grudzień to bardzo trudny miesiąc na zmianę żywienia z powodu…Świąt Bożego Narodzenia. Pierwsze trzy tygodnie były etapem wdrożenia, a później przyszedł etap próby. Próba chyba udana, wiadomo, że podjadłem sałatkę z majonezem:) czy jakiś pasztecik, ale bez przesady. Na początku stycznia waga pokazywała 3 kg mniej, po dwóch miesiącach 7 kg mniej! Spadek trochę za duży ale tak wyszło:) Wiedziałem też, że nie będzie tak cały czas, kiedyś waga musi przestać lecieć. Na początku lutego było 11 kg mniej w stosunku do wagi z pierwszego grudnia 2015. Po raz pierwszy od niepamiętnych czasów miałem „8” z przodu. Aktualnie (połowa marca) jest w okolicach 87 kg, czyli 12 kg mniej. Jakie to ma przełożenie na normalne czynności codzienne? Ogromne! Niby to tylko 12 kg, ale jednak można np. łatwo (łatwiej) zawiązać buty:) no i można biegać w zupełnie inny sposób. Nigdy nie biegałem szybko, co więcej chyba nigdy tak biegał nie będę, daleko mi do życiówek moich biegowych koleżanek i kolegów, no bo 24 min na 5 km, 51 min na 10km, czy 1:51 na 21km to nie są porażające wyniki. W końcu to jest SZURANIE 🙂 Nigdy też jakoś za życiówkami specjalnie nie goniłem (pewnie dlatego, że było mi o nie ciężko…) i nie one były celem, ale jak każdy oczywiście chciałbym kiedyś je poprawić. W 2015 roku nic się nie udało, aż przyszedł pierwszy bieg w tym roku, bieg do którego w żaden specjalny sposób się nie przygotowywałem, ot zwykłe szuranie w tygodniu, częściej po górkach niż po płaskim, no i ten fitness klub.

Na Bieg Pamięci Żołnierzy Wyklętych celu określonego nie miałem, chciałem spróbować pobiec na początku poniżej 5min/km i zobaczyć co będzie. Trasa tego biegu w Kielcach jest trudna, sporo pod górkę, ogólnie raczej nie jest to „życiówkowa” trasa. Był to też mój pierwszy bieg w którym startowałem z wagą poniżej 90kg. Pierwsze cztery kilometry są pod górę, weszły wyjątkowo lekko mimo tempa które mój zegarek widział po raz pierwszy w swoim czteroletnim życiu:) (1 km: 4:45, 2km: 4:39, 3km: 4:51, 4km: 4:48). Wtedy wpadło mi do głowy, że może uda się mieć tą „czwórkę” z przodu, tym bardziej, że do mety najtrudniejszy odcinek trasy już za mną. Następne kilometry znikały poniżej 5 min/km, 6 km w 4:32. Z matematyki orłem nigdy nie byłem, ale zacząłem przeliczać to wszystko w głowie, wiedziałem, że tylko jakaś tragedia może przeszkodzić w osiągnięciu celu do którego dążyłem od kilku lat. Na mecie zameldowałem się w 47:19 ! Czyli życiówka pękła o ponad 4 minuty! To chyba niezły wynik. Zadowolenie ogromne. Co by było jakbym musiał biec ważąc 11 kg więcej? Było by ciężej. Zdecydowanie! Aaa cały bieg pokonałem z kamerą… poniżej tego efekt.

Podsumowując, te 11-12 kg dawniej też się dało szurać, ale teraz jest zdecydowanie lepiej, łatwiej. Tętno podczas spokojnego wybiegania nie szaleje, jest możliwość utrzymania fajnego tempa i co ważniejsze długo trwającego w odpowiedniej strefie i palić tłuszcze dalej:)

Wracając do diety. Dostaję od Was mnóstwo pytań na temat tego mojego pudełkowego żarcia. Co to jest Fresh Diet? Czy smakuje, ile kosztuje itd. Otóż najprościej mówiąc to super sprawa dla leniwych osób, tak jak ja, nie dbających za bardzo o siebie szczególnie jeśli chodzi o temat żywienia. Codziennie rano (ja zrezygnowałem ze względów zawodowych z weekendów) dostajemy kompletne całodzienne wyżywienie: śniadanie, drugie śniadanie, obiad, podwieczorek i kolację. Całość kosztuje w zależności od kaloryczności około 33 zł/dziennie. Pierwsze wrażenie, że „to drogo”. Pewnie tak, ale… Jeszcze w listopadzie zrobiłem sobie kilkudniowy test, liczyłem na co i ile wydaje pieniędzy. Wyszło zdecydowanie więcej. Zwykły obiad w najzwyklejszej jadłodajni to około 20 zł (można oczywiście drożej), do tego śniadanie, kolacja. A to dopiero trzy posiłki. Dorzucając nawet jakieś owoce pomiędzy  głównymi posiłkami wychodziło mi więcej niż 30 zł. Dużo więcej. To oczywiście tylko jedna strona, można też gotować w domu, najlepiej na kilka osób, umiejętnie rozporządzać zakupami itd. I pewnie można to ogarnąć dużo taniej. Na pewno się da! Ale trzeba mieć taką możliwość, ja ze względu na moje zawodowe życie nie potrafię tego zrobić, być może też mi się nie chce i wolę „wolny” czas spożytkować na coś zupełnie innego. Dlatego nie ma tu jasnej odpowiedzi czy to dużo, czy mało. Jedna osoba powie tak i będzie miała rację, druga inaczej i też się nie pomyli. Tak jak pisałem wyżej to raczej dla zapracowanych leniuchów:) którzy w ten sposób mogą zdjąć z siebie jeden z obowiązków.

Czy smakuje? Tak jak pisałem wyżej, na początku było ciężko, bardzo ciężko. Z czasem potrafiłem się przyzwyczaić, polubiłem nawet kasze:) Bardzo mało posiłków jest takich które totalnie mi nie smakują i które zostawiam nietknięte. Choć są i takie, osobiście ogromnie nie przepadam np. za miętą…która czasami pojawia się szczególnie w drugim śniadaniu (np. dzisiaj „koktajl ogórkowo – miętowy”, wiem, że nie tknę:))) Ale w 95% jedzenie jest naprawdę smaczne, nawet dla takiego „smakosza” jak ja. Mam też swoją wewnętrzną listę przebojów, bo pojawiają się często dania prawie z kosmosu! Np. pyszne burgery, noo jeden burger…:( czy galaretki z jogurtem. Cudo! Ale naprawdę wszystko pozostałe smaczne i można jeść spokojnie bez zmuszania się. Jeśli tylko zachowany odpowiednie godziny posiłków, zjadamy to wszystko tak jak zalecają ludzie z Fresh Diet, to naprawdę walka ze zbędnymi kilogramami nie będzie trudna i nudna, a wręcz przeciwnie. Będzie smaczna i w miarę łatwa.

I co najważniejsze, nie jestem żadnym ortodoksem, nie podchodzę do tego w jakichś wyjątkowo napięty sposób, nie głodzę się, nie zmuszam. Jeśli raz na jakiś czas mam ochotę nawet na parówki, to je poprostu zjadam, nawet z majonezem:) Jeśli po jakimś ciężkim bieganiu chce mi się buły z kurczakiem z firmy na trzy litery to ją kupuje i zjadam. Jeśli po wyczerpującym treningu w fitness klubie mam ochotę na puszkę coli to też uważam, że nic złego z tego powodu mi się nie stanie. W weekendy często pracuję, często podróżuje po Polsce, w trasie szczególnie w jakichś chorych godzinach ciężko o dobre jedzenie, dlatego zdarza się i hotdog na stacji i nawet jakieś gównożarcie spod złotych łuków. No ale taka robota…

Podchodzę do całości naprawdę zdroworozsądkowo, bez przesady i bez zbędnej napinki. Według mnie najważniejsza jest regularność, czyli te pięć posiłków, trzymanie w miarę ilości kalorii i…nie wariowanie na tym punkcie, bo jeśli przestanie nam to sprawiać przyjemność to wiem to po sobie, że przestanę to robić. A tego nie chcę.

Więcej informacji na temat sprawcy całego wagowego zamieszania TUTAJ, jeśli powołacie się na szuranie.pl przy zamawianiu to obiecuję zniżkę! Czyli będzie jeszcze taniej!

A poniżej kilka wybranych, przykładowych fotek tego co aktualnie zjadam. Smacznego! 🙂

12747864_1863463980547042_7120968321370100310_o 12698323_935011813248018_6848239451836901281_o 12493668_925568197525713_4252513502572245213_o 10648357_918420998240433_5627492226574167778_o

Author: szuracz

Share This Post On

1 Comment

  1. O żesz. Nie sądziłem, że przeczytam o sobie. Podobna waga startowa, taki sam problem z Colą u mnie jeszcze słodycze dochodziły. Dopiszę jeszcze, że duuużo wody piję. Colowy kac jest mega problemem. Przychodziły takie dni, że bardzo, ale to bardzo chciało mi się łyknąć. Wiedząc jedna, że na jednym łyku się nie kończy nie próbowałem nawet.
    Raz dałem się skusić i wiecie co? Była niedobra, mega ale to mega słodka. Na szczęście na jednym łyku się skończyło.

    Post a Reply

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: