Dzieńdobry. Tu Łukasz

Ekipa szuranie.pl powiększa się z dnia na dzień! Z wielką przyjemnością przedstawiam kolejnego szuracza-blogacza, który dołączył do nas. Interesujące historie Łukasza będziecie mogli śledzić tutaj oraz w zakładce Wasze Blogi w górnym menu. Zapraszam na szuranie !

Kultura wymaga się przedstawić, więc na początek dwa słowa o mnie. Łukasz lat 23, no prawie 24, amator szurania od lat pięciu, zamieszkały w Suchedniowie (woj. Świętokrzyskie), student Uniwersytetu Warszawskiego.

Bez tytułu


Te pięć lat może robić wrażanie, ale muszę jednak zaznaczyć, że miałem dość spore problemy z regularnością swojego biegania, co sprawiło, że tak naprawdę dopiero w tym roku udało mi się jako tako przetrenować zimę (wcześniej biegałem systemem wiosna/lato – pół roku przerwy). Ale jak mawia stare polskie przysłowie – lepiej późno niż wcale. Jeżeli chodzi o moje „osiągnięcia”, to mam za sobą już kilka startów w biegach na 10 km i jeden maraton.

Tyle tytułem wstępu.

Wspomniałem wcześniej, że to moja pierwsza, tu cytat, „jako tako przetrenowana zima”, słowo klucz – jako tako. Przyznaję się bez bicia, że od maratonu warszawskiego, czyli 30.09.2012, wyrzuciłem w kąt stoper, przestałem sprawdzać ile przebiegłem kilometrów, w kalendarzu biegowym nie było miejsca dla szybkich, intensywnych treningów, interwałów, długich wybiegań itd. Ot szurałem dla czystej przyjemności. Co przez to rozumiem? Ano nudne jednostajne truchtanie po obrytych na pamięć trasach, byle tylko zrobić trening i byleby nie był za długi – maks godzinka i do domu (najczęściej kończyło się w przedziale 30-45 min).

I tak szczerze mówiąc, było super. Nie oszukujmy się, zima to nie jest najlepsza pora do trenowania, nawet takiego amatorskiego. Mój ambitny cel ograniczał się więc do jednego – trzy, cztery razy w tygodniu miałem wyjść poszurać. Wyjść. Nic więcej. Żaden z góry ustalony dystans, czy tempo nie wchodziły w grę.

Przychodzi jednak taki moment, w którym taka monotonia i luz zaczyna przeszkadzać. Męczyć. Dopadło i mnie. Zebrałem się w sobie, zerknąłem w kalendarz imprez i wybrałem trzy, w których chcę wziąć udział. Najpierw zacznę lekko, od ostatniej, czwartej, „lubelskiej dychy”, by później ósmego czerwca wziąć udział w pierwszym maratonie organizowanym przez to miasto. Numerkiem trzy jest Maraton Warszawski, z którym chcę się zmierzyć po raz drugi.

Plan ambitny, zobaczymy czy uda się go zrealizować.

Żeby jednak mieć jakiekolwiek szanse na zrealizowanie powyższych założeń, trzeba zmienić podejście do treningów. I kiedy tak się zastanawiałem nad tym, co by tu wykombinować, żeby urozmaicić swoje szuranie, zadzwonił telefon. Odbieram – No siema Łukasz, jesteś dziś w domu?

– No jestem, jestem. Co tam?

– A dzisiaj chłopaki mają trening biegowy (koledzy grają amatorsko w A klasie przyp. ŁG) może się przejdziemy? Wiesz trochę startów, rozciąganie etc.

– No spoko dobry pomysł. O której to?

– 19-sta

– No to lecimy

Odłożyłem słuchawkę i od razu zacząłem się zastanawiać czy przez przypadek nikt nie wpadnie na pomysł biegania po lesie w całkowitych ciemnościach w towarzystwie pułapek z lodu, błota i tysiąca kałuż.

Właściwie było to pytanie retoryczne. Jasne, że wpadli.

– Dobra panowie zaczynamy trening, jedziemy na początek małe kółeczko truchtem (około 3 km), potem lecimy na polankę i tam zrobimy trzy górki po 10 razy.

– Czyli łącznie 30 podbiegów? – rzucił ktoś z grupy.

– Brawo, świetnie liczysz. Jedziemy.

IMG_0348

tu szuraliśmy na początku treningu

30 podbiegów, tak na 80% tego co „fabryka dała” –  świetnie. Pewnie w środku lata, w dobrej formie, stwierdziłbym, że jakoś dam radę. Wczoraj mnie ta wiadomość nie ucieszyła. Po prawie półrocznej przerwie od robienia jakichkolwiek podbiegów, perspektywa zrobienia takiej ilości wzbudzała we mnie, może nie tyle strach, co poważne wątpliwości i po raz pierwszy od maratonu urodziło się w mojej głowie pytanie – czy dam radę?

Zanim jednak dobiegliśmy do rzeczonych górek, to trzeba było poszurać po lesie. Ciemnym lesie. Uwierzcie mi, że to nie był najprzyjemniejszy bieg w życiu, ale każdemu polecam takie szuranie. Człowiek musi być w pełni skupiony, by:

a) nie wpaść w jakąś ogromną kałużę

b) nie poślizgnąć się

c) nie wbiec w kolegę, który jest metr przed Tobą, a Ty go zupełnie nie widzisz

Jednym słowem: koncentracja przede wszystkim.

Szczęśliwie udało nam się dobiec na rzeczoną polankę (tak nazywa się suchedniowskie boisko treningowe w środku lasu przyp. ŁG) gdzie miał się rozpocząć gwóźdź programu wczorajszego treningu – górki.

No to jedziemy, pierwsza, choć długa i dość stroma, to jednak betonowe podłoże (swoją drogą nie wiem kto wpadł na pomysł wyłożenia betonowymi płytami pagórka w lesie, ale wczoraj byłem mu za to wdzięczny) dawało niezłą przyczepność i spokojnie można było powalczyć. Dziesięć powtórzeń w górę i w dół poszło dość szybko i sprawnie, chociaż nogi zaczynały już czuć obciążenie. Chwila rozciągania i przejście na pagórek numer dwa.

IMG_0349

górka numer 1

Numer dwa był zabójcą.

Nie dość, że stromo, to jeszcze piach. Nogi grzęzły, a każdy kolejny podbieg wiązał się z coraz częstszymi zapytaniami o skrócenie treningu na tej górce do pięciu, no chociaż sześciu powtórzeń. Przebiegliśmy regulaminowe 10.

Ale chyba tylko dlatego, że od szóstego czy siódmego podbiegu wszystko było nam już obojętne. Nogi poruszały się „z automatu”, oddech robił się cięższy, ale walczyliśmy zdając sobie sprawę, że taki wysiłek przyniesie później odpowiedni efekt.

IMG_0351

górka numer 2

Został jeszcze eksponat numer trzy. Ostatni podbieg był chyba najłatwiejszy. Piszę chyba, bo nie wiem czy zadziałał efekt „zmęczonych nóg”, które niosą szuracza same, czy po prostu ta górka rzeczywiście była taka łatwa.

Najważniejsze jednak było to, że daliśmy radę. Wszyscy. Każdy był zmęczony, ale zadowolony. Każdy zdawał sobie sprawę, że wykonał kawał dobrej roboty, a zmęczenie, które czuliśmy w nogach, dawało nam olbrzymią satysfakcję.

Późniejsze szuranie do domu (około 2km) było w zasadzie czystą formalnością. Po takiej dawce wbiegania pod piaszczyste górki, moje nogi na płaskim podłożu właściwie nie czuły żadnego obciążenia. To niesamowita sprawa. Polecam każdemu.

I tak właśnie zakończyła się moja laba i luźne treningi. Stopera wciąż co prawda nie założyłem, ale chyba muszę się z nim przeprosić, bo do czerwca wcale nie jest tak dużo czasu…

PS. Zdjęcia zrobiłem na następny dzień po treningu. Górki zdążył zasypać śnieg…

Author: szuracz

Share This Post On

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: