HuntRun – Polowanie na Szuraczy.

1-IMG_6255Kiedy jakieś trzy lata temu wychodziłem na swoje pierwsze szuraniowe kilometry nie myślałem, że przeżyje coś takiego. Znałem relacje z podobnych „biegów” z Telexpressu czy innej Panoramy, które pokazywane były w miejscu gdzie pokazuje się zazwyczaj jakieś dziwactwa. Kobieta z brodą, pies który miauczy zamiast szczeka oraz biegacze, którzy taplają się błocie i przechodzą przez drogę kanałem ściekowym, zamiast normalnie, jak ludzie, asfaltem. Wzrok to przykuwało i powodowało zarazem myśli w głowie, których nie będę jednak cytował…bo sam siebie musiał bym obrażać:)

 


 

Kilka miesięcy temu gdzieś przypadkowo trafiłem na jutubowy filmik na którym umorusani, ale uśmiechnięci ludzie biegną przez 10 km by z jeszcze większym uśmiechem wpaść na metę. Może to nie takie głupie pomyślałem wtedy i zacząłem szukać więcej i więcej. Ostatecznie udało się nawet spotkać z Adamem, szefem całego zamieszania i spowodować, aby szuranie.pl było wśród oficjalnych partnerów imprezy. Imprezy która okazała się jedną z najlepszych jaką miałem okazję, ale po kolei.

Byliśmy częścią Drużyny Bartka (wpisaną w protokół jako szuranie.pl) wszyscy w koszulkach mocy z magicznym napisem Biegnę, żeby Bartek mógł Biegać – (więcej o akcji w której pomagamy 3 letniemu Bartkowi można przeczytać tutaj – www.naszmaraton.pl).

1-IMG_5683

Drużyna Bartka przed Hunt Run’em

Idąc już na miejsce startu trochę strachu wzbudził mostek i drabinka – Eeee, tu na pewno nie będziecie włazić z wody. Przecież to trochę niebezpiecznie, jakby ktoś spadł? Eee na pewno nie będziecie tędy wchodzić… – powiedział wtedy mój przyjaciel Mariusz, który pełnił rolę nadwornego fotografa. Później okazało się, że nie miał racji:) Przyglądając się wodzie do której za moment mieliśmy wejść zauważyliśmy, że nie będziemy w niej sami… choć kilka organizmów jeszcze niedawno żywych niestety nie doczekało naszej wizyty i pływało brzuchami do góry zachęcająco:) to były i takie które czekały na nas! 🙂 Wyglądały tak:

1-IMG_5671Wiadomo, że Zaskroniec krzywdy nie zrobi jednak pojawiło się, szczególnie u naszych kobiet lekkie, że tak powiem…zaskoczenie. Na to chyba nie liczyły:) No ale, przyjechaliśmy kawał drogi, wszystkim powiedzieliśmy, że startujemy, głupio było by wracać nie próbując. Zresztą zgodnie twierdziliśmy, że pierwsi biegacze, z kategorii Elita na pewno podobne żyjątka przestraszą i na nas nic już czaić się nie będzie. A jak nie wystraszą to zjedzą…bo niektórzy wyglądali groźnie:) W ogóle stojąc w kolejce (malutkiej) do Biura Zawodów po odbiór pakietów czułem się jak rekrut:) jakieś 80% osób stojących przede mną wyglądało yyy…no wygładało na takich co podobne biegi kończy raz w tygodniu, pod poduszką trzymają Kałasznikowa, budzą się z nożem w zębach, a zamiast do Tesco wychodzą na „zakupy” do lasu po zwierzynę.

 

Wśród nich, my…:) Ja, na którego mój serdeczny przyjaciel mówi – „starszy, siwi pan z brzuszkiem”, żona moja, matka dwójki dzieci – 50 kg żywej wagi, Paweł też raczej do sportowców, a żołnierzy tym bardziej nie należący i jego żona Kamila Regina z usportowieniem Lary Kroft też nie wiele mająca wspólnego. No i takim składem bojowym postanowiliśmy to pokonać. Cel? Dobra zabawa!

Dzięki Danielowi mogliśmy skorzystać z magicznej srebrnej taśmy 3M, którą każdy z nas przykleił sobie buty do nóg:) Miałem nadzieję, że w ten sposób nie zgubię moich starych wysłużonych Adaśków.

1-IMG_5695

Cel się powiódł, a kto tego nie zrobił to…biegł jak Janek Brzeziński w jednym bucie przez ponad 9 km. Mimo braków w obuwiu Janek dobiegł w czasie godzinę i 41 minut!

Buty zabezpieczone, no to 3…2…1 i start. Świeca dymna tuż nad brzegiem śmierdzącej wody do której trzeba było się wpakować (tej od Zaskrońca i zdechłych okoni) spowodowała, że lądowało się jeden na drugim, bo nic nie było widać, a i z oddychaniem nie najłatwiej. Woda, która jeszcze niedawno wydawała nam się wielką przeszkodą po jakimś czasie okazało się, że była NIJAKĄ przeprawą.

1-IMG_5779To co działo się dalej w lesie, to był HUNTRUN! Błoto, noo taka namiastka błota. Można było polecieć troszkę boczkiem i zanurzyć się tylko po kostki, ale można było walnąć środkiem. A co!

1-IMG_5834Wtedy jeszcze myślałem – O jak to takie mają być przeszkody, to nie ma strachu. – Baaaardzo szybko organizatorzy wyprowadzili mnie z błędu. Zaczęły się schody, a raczej właśnie brak schodów. Prawie pionowo w górę, za pomocą lin, które raczej mało pomagały, albo raczej to my nie potrafiliśmy z nich korzystać. Tutaj tworzyły się kolejki, co trochę jakiś „maruder” postanowił utknąć na ścianie i ani w jedną, ani w drugą stronę nie dał się ruszyć. Każdy taki postój to raj. Raj dla…komarów! Setek, tysięcy małych brzęczących, albo atakujących po cichu skurczysynów. Efekty ich działań widać teraz po dwóch dniach. Nogi to jeden wielki swędzący bąbel.

1-IMG_5893

Trochę wspinania, drobne błotka, ścianki z glinki (bardzo ciekawie by to wyglądało w deszczu, moim zdaniem jakby padało to trasa nie do przejścia dla zwykłego szuracza). Pędzimy przez las, a tu…wyciąg narciarski, jego szczyt i wieeeeelka zjeżdżalnia w postaci kilkudziesięciu(set) metrów folii, na górze siedzi zadowolony ktoś i polewa to wszystko wielką ilością wody.

1-IMG_5904

Długo nie trzeba było czekać, dziewczyny przodem, potem Suchy i ja na końcu. Jakoś tak się to dziwnie ułożyło, że z folii się zjeżdża gdzieś w połowie i dalej szoruje po trawie.

1-IMG_5905Nie muszę dodawać, że jestem najcięższy z całego naszego towarzystwa, na fizyce za bardzo nie uważałem, ale chyba ma to wpływ na to w jaki sposób przyciąganie działa na ciało swobodnie poruszające się w dół. No i zadziałało. W momencie kiedy pozostali już hamowali, ja leciałem na złamanie karku w dół. Minąłem wszystkich i wylądowałem na plecach jak żuk gnojarz w wieelkim błocie.

1-IMG_5911Ta przeszkoda spowodowała zdecydowanie najwięcej frajdy i gdyby nie to, że była na wieeelkiej górze, to zjechałbym jeszcze raz. Ale wyciąg nieczynny, trzeba było się wspinać na butach. Było ciężko. Podbiegi, a raczej podejścia jak dla mnie kosmicznie trudne, te w środku lasu, w gęstwinach czasami bardzo trudne, zejścia po linach, gałęziach na pierwszy rzut oka nie do przejścia. No ale jakoś się to udawało. Powolutku i do przodu. Mijali nas wszyscy, albo prawie wszyscy, bo byli i tacy, których my minęliśmy:).

1-IMG_5926

Dogonili nas nawet Ci, którzy wystartowali w następnych seriach. No ale cóż, miało być szuranie, to było. Miało być drużynowo, to było. Byliśmy drużyną, wspólnie jeden(jedna) po drugim, po plecach, po głowie przechodziliśmy przez ścianki, jakoś tam wspieraliśmy się przy przeprawie nad wąwozem po pniu drzewa. Jakoś razem przebrnęliśmy przez HuntRunowe SPA, czyli takie wielkie bagna na jakie nawet patrzeć jest nieprzyjemnie. Nie mamy stamtąd zdjęcia, bo mam wrażenie, że to było gdzieś na końcu świata, a nie w cywilizowanym kraju. Bagna to zdecydowanie miejsce gdzie było najbardziej strasznie i ciężko. Smród ogromny, bagno czasami do szyi, zatopione jakieś gałęzie, które powodowały, że raz za razem ktoś leżał twarzą w śmierdzącej brei. No i wszystko wokół żyło:) Pijawki, dziwne wielki ślimaki w wielkich czarnych skorupach…było tam wszystko. Szło się tam i szło, końca nie było widać. Pomyślałem wtedy o tej wodzie, pierwszej przeszkodzie, z tym zaskrońcem. Chciałem wtedy tam być! 🙂

Na zakończenie, już po wyjściu na w miarę twardą ścieżkę zaliczyłem klasycznego orła z nogami w górze. To wszystko co ze wszystkich biegaczy, którzy byli przed nami opadło na ziemie powodowało, że ślizgawica była taka jak w Central Parku w grudniowe święta. Ręka wytrzymała, tyłek bolał, przez oblepiające błoto ważyłem jakieś 15 kg więcej, ale w drogę. Dalej wielkie wąwozy, drzewa, w dół i w górę. Cały czas w dół i w górę. Cały czas!!! Wejścia, podejścia i podbiegi naprawdę ciężkie, przynajmniej dla mnie. Spotkaliśmy gdzieś w środku lasu na mocno wyślizganej górce młode dziewcze, zrezygnowane – pier…le, nie podejdę tu. Ku…a mać! – mniej więcej tak mówiła:), brudna, zmęczona kilkakrotnymi próbami była wyczerpana. Jakoś wspólnymi siłami, przy pomocy gałęzi udało się ją wciągnąć na górę. Weszliśmy wszyscy i dalej w kierunku mety. W miejscu gdzie cywilizacji było już więcej każde przejście przez ulice było poprowadzone…kanałem ściekowym. Czyli nie szliśmy jak ludzie asfaltem, tylko dziurą pod drogą, było w miarę sucho.

Końcówka już w Bałtowie wśród wypacykowanych, w białych koszulach, turystów z dzieciakami oglądającymi dinozaury to w większości odcinek wodny. Woda, nie mylić z wodą, była koloru…yyy…no smród raczej. Czarna, ciemna, raczej nie do picia:) Raz w górę, na mostek, pod mostkiem, tu trzeba było zanurkować, tam przejść pod prehistorycznym ptakiem. W te i we wte, przez płotek, przez mostek. A turyści patrzą zdziwieni i pukają się w czoło:)

1-IMG_6031Ostatnie kilkaset (przynajmniej wydawało się, że to daleko)metrów znowu w wodzie. Dzięki temu troszkę się przemyliśmy 🙂 , choć woda nadal tego samego koloru, z zaskrońcami i śniętymi rybami:)

1-IMG_6252

No ale chociaż to zaschnięte błoto odpadło. Zimna za to bardzo, nogi cierpły i było coraz bliżej do…drabinki o której to Mariusz na początku mówił, że niemożliwe aby trasa prowadziła „przez nią”. Otóż prowadziła:) Jedna osoba trzymała na dole aby było łatwiej i następna wchodziła i tak w kółko. Nie było nawet najgorzej, w porównaniu z tym co w lesie, to pikuś. Pan Pikuś!

1-IMG_6307

Jeszcze tylko kilka metrów i meta. Wbiegliśmy razem, w czwórkę. Bez napinki i z uśmiechami na ustach.

1-IMG_6349

Brudnych, śmierdzących, ba cuchnących ustach. META!

1-IMG_6361

Pyszne zielone picie, na początku myślałem, że to jakiś podstęp. Ale było dobre! Bardzo dobre, nie wiem co to, nie chcę wiedzieć. Smakowało wybornie!

1-IMG_6382Jaka to była impreza? Zdecydowanie jedna z lepszych w jakich wziąłem udział. W jej trakcie mówiliśmy sobie, że w przyszłym roku nieeee ma szans. Na pewno nie będziemy mieli czasu:) Ale teraz, po kilku dniach… jestem już zdecydowany! Tym bardziej, że rozmawiałem dzisiaj przez telefon z Adamem, i zapewnił, że będzie jeszcze lepiej i trudniej! I o to chodzi. Jesteśmy zwycięzcami!

1-IMG_6428-001Dodam, jeszcze bo dumni jesteśmy, że jeden z członków naszej Drużyny Bartka, Marcin (na zdjęciu pierwszy z lewej) zajął w klasyfikacji głównej TRZECIE MIEJSCE! BRAWO!!! Czas, godzina i 14 minut…KOSMOS! BRAWO!

Próbowaliśmy jakoś zmyć z siebie śmierdzące wszystko, ale do pryszniców kolejka spora zatem wybraliśmy „bramkę nr 2” strażaka. Strażak, zadowolony ogromnie polewał wszystkich którzy chcieli wodą prosto ze strażackiego węża. Cieszył się jak dziecko, twierdził, że przez 30 lat służby nie miał takiej akcji, żeby pod jego sikawkę pchały się kobity! 🙂 Woda zimna, ale czysta! Było miło. I już w miarę na czysto na hamburgery (kupony były w pakiecie startowym). Smaczne. Zresztą po takich przygodach wszystko chyba smakuje wybornie!

Na zakończenie jeszcze kilka słów. To, że bieganie ma łączyć, a nie dzielić wiemy, to, że w większości tak jest dowiadujemy się raczej na biegowych imprezach, na co dzień jest z tym różnie. Ale HuntRun jest pięknym przykładem tego jak wygląda biegowa rodzina. Nie wiem jak było w Elicie, na początku, ale u nas w środku, czy pod koniec stawki atmosfera była genialna! Każdy każdemu pomagał, każdy każdego przepuścił na trasie, podpowiedział, przybił piątkę czy zostawił łyk wody. Moją żonę jacyś nieznani mi sprawcy 🙂 wyciągnęli z bagna gdy zaczęło jej zabierać nogi:), gdzieś tam kogoś ktoś podprowadził, tu ktoś kogoś wciągnął, tu dał stanąć sobie na plecach aby przejść ściankę. O to chodzi! I nie było żadnego (mam nadzieję) oszukiwania. Wspomniana napotkana w lesie dziewczyna, która nie mogła wejść pod śliską górę, nie oszukała, nie przeszła kilkadziesiąt metrów dalej gdzie było by jej łatwiej. Darła się, ale dała radę tędy co wszyscy! O to chodzi! Super impreza!
Adam, dziękujemy za wszystko, jesteśmy za rok, ale wydaje mi się, że będzie nas duuuużo duuużo więcej!

Poniżej galeria zdjęć z Hunt Run Polowanie na Biegaczy – Bałtów 29.06.2014

 

Author: szuracz

Share This Post On

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: