Jak Rocky Balboa – tak się czułem

tomek_headGdy w 2009 roku zacząłem swoją przygodę z bieganiem, Piotrek, mój osobisty trener (a bliżej prawdy – bezcenny doradca) zasugerował: zacznij pisać o tym bloga. Temat oczywiście przemyślałem, ale dość szybko odpuściłem. Uznałem, że to zupełnie niepotrzebne.

Kilka tygodni temu Paweł zaproponował: napisz coś o swoim bieganiu na szuranie.pl. W pierwszej chwili podziękowałem. Potem jednak przypomniałem sobie o pomyśle sprzed trzech lat. I zmieniłem zdanie. Bo dzisiaj w sumie żałuję, że wtedy się na to nie zdecydowałem. Teraz fantastycznie byłoby powspominać tamtą przemianę.


Po tylu miesiącach sporo szczegółów już nie pamiętam, niektóre sytuacje z pewnością uleciały z mojej głowy. Wciąż jednak wydaje mi się, że mam coś ciekawego do powiedzenia na ten temat. Szkoda zmarnować taką szansę po raz drugi.

Nigdy nie biegałem dla rekordów, maratonów, półmaratonów czy choćby nawet „dyszek”. Chociaż – podkreślę to – byłem gotów wystartować na 20 km. Miałem jednak zupełnie inny cel. Schudnąć.

Jeszcze cztery lata temu z hakiem ważyłem 100 kg (no, prawie – dokładnie 99,5). Dzisiaj jest to 81, a to i tak negatywny pikuś. W najlepszym etapie moich treningów, czyli gdzieś około września 2010, waga pokazywała już 77 kg.

Od tego czasu jednak nieco się zaniedbałem – biegałem sporadycznie, pozostała tylko piłka nożna (w miarę regularnie, raz na tydzień) i siłownia (zrywami). Prawdziwa katastrofa pojawiła się w ostatnich miesiącach. Praca w radiu, CKsporcie, dodatkowe fuchy, które pozwalają mi na większą swobodę finansową, a do tego przede wszystkim chęć obronienia w końcu magistra – to wypełniało moje dni od rana do późnej nocy.

W styczniu obiecałem sobie, że gdy tylko postawię kropkę nad „i” na swojej uczelni, wtedy w końcu wezmę się za siebie. A to oznaczać mogło tylko jedno – powrócenie do biegania.

15 marca magistra obroniłem, potem chwilę poczekałem na lepszą aurę i wróciłem. Za mną dwa tygodnie regularnych treningów, biegam co dwa dni około 7-10 km.

Można powiedzieć, że rozpoczynam swoją batalię na nowo. Batalię, która jest męcząca (musi być!), ale sprawia niesamowitą frajdę.

Moja historia oczywiście wpłynie na charakter tego bloga. Często będę odnosił się do przeszłości. Do czasów, gdy na początku wytrzymywałem maksymalnie kilka minut biegu non stop, niczym Rocky Balboa walczyłem sam ze sobą i zimową aurą, by potem znikać, znikać, znikać… 23 kg ubyło Porębskiego – aż trudno w to uwierzyć.

Dlaczego Rocky? O tym jeszcze napiszę. Póki co tylko wspomnę, że swoje treningi rozpocząłem w styczniu, przy pełnym śniegu i minusowej temperaturze.

Chciałbym, żeby ten blog zachęcił tych, którzy ważą dużo za dużo, ale może brakuje im tej jednej, dodatkowej motywacji (lekcji?) do tego, żeby ruszyć tyłek. Bo tutaj każdy może to zrobić, każdy może osiągnąć rewelacyjne efekty, jeśli tylko tego chce.

Udowodnię to Wam.

Witajcie i do zobaczenia na biegowym szlaku!

Tomek

Author: szuracz

Share This Post On

9 komentarzy

  1. he he – podobne mam doświadczenia – zacząłem od 101kg (przekroczona magiczna wartość), zszedłem do 74kg, a od mniej więcej pół roku waga utrzymuje się w okolicach 77kg

    Post a Reply
    • a tak z ciekawości ile czasu Ci to zajęło i z jaką intensywnością biegania bo właśnie zaczynam biegać

      Post a Reply
  2. Rozpocząłem treningi na przełomie stycznia/lutego, a na koniec sierpnia doszedłem do najniższej wagi. Biegałem co dwa dni – uważam, że w takim przypadku, jak mój, dzień przerwy jest niezbędny! Przy czym termin „co dwa dni” był realizowany sumiennie – czy śnieg, deszcz, wichura lub gradobicie, ja zawsze wychodziłem na trening 🙂

    Post a Reply
  3. Ja zacząłem na początku kwietnia tego roku i biegam cztery razy w tygodniu wt-czw wieczorem, sob-nd rano przed sniadaniem. Startuję od 96 kg. Zobaczymy jak mi pójdzie

    Post a Reply
    • Na jakim dystansie biegasz, zwłaszcza w weekendy?

      Post a Reply
  4. teraz to ciężko nawet o bieganiu mówić. Musze przyzwyczaić organizm do jakiegokolwiek wysiłku a zwłaszcza nogi. Staram się raczej rozliczać to czasem niż dystansem. Zaczynałem od 1min bieg 1 min marsz – 7 powtórzeń i z każdym tygodniem zwiększam czas biegu i stopniowo zmniejszam ilość powtórzeń. Średnio dystans wychodzi początkowo koło 2 km ale się zwiększa

    Post a Reply
    • Super! Bardziej pytałem o długość ze względu na częstotliwość właśnie 🙂 Jak już napisałem, jestem zwolennikiem robienia jednego dnia przerwy – bieganie dzień po dniu (jak to robisz w weekendy) nigdy mi nie służyło. Nogi wymagają odpoczynku.

      Post a Reply
  5. Od dwóch tygodni biegam 4 razy w tygodniu po 30 min średnio 5km i zastanawiam sie czy powinnam biegać wieksze dystansy ? 🙂

    Post a Reply
  6. Jeżeli tylko czujesz się na siłach, oczywiście tak! Dystans trzeba zwiększać! Podobno tkankę tłuszczową spala się dopiero po 20 minutach biegu, więc to dobra motywacja, żeby biegać dłużej, nawet jeśli oznacza to wolniejsze tempo 🙂

    Post a Reply

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: