Jestem kretynem!

DSC_7530Kurcze, rzadko się pojawiam. Kurcze, czasu ostatnio jak na lekarstwo. Kurcze, może właśnie lekarstwo na głupotę by się przydało jakieś. Na receptę! Ale po kolei. Tydzień temu było wielkie święto, największy bieg w historii naszego pięknego kraju raju, czyli Półmaraton Warszawski. Bieg, który rok temu mroził mi krew w żyłach, odległość do pokonania się od 2013 roku nie zmieniła i tym razem poszło łatwiej. Lepiej o ponad 10 minut, ale przede wszystkim bez napinki. Plan był taki aby potraktować to treningowo, jako niedzielne wybieganie, czas nie był najważniejszy, a planując tempo celowałem w dwie godziny. Wyszło 2:01. czyli znośnie. Jeśli chodzi o sam bieg, faaaajno. Super pogoda, chociaż jak dla mnie aż za super, zdecydowanie wolę biegać jak jest 5, a nie 20 stopni na plusie, ale nie ma co narzekać. Zastanawiam się tylko, skoro mnie było gorąco, a biegłem „na krótko” na dole i w chłodnej technicznej górze jak przeżyli ludzi, którzy biegli w ciepłych gatkach i kurtkach, bluzach itd. Masakra! Ale może takie zbijanie wagi:) Podziwiam.

Wracając do imprezy, pół godziny przed startem dzięki zamieszczonemu dzień wcześniej na „fejsbuku” anonsowi, udało się zebrać prawie całą Bartkową brać, biegającą w Koszulkach Mocy, lub im sympatyzującym.

DSC_7389

Później okazało się oczywiście, że ktoś tam nie zdążył, a ktoś inny (Rafał Słoń) był w tym samym czasie, w tym samym miejscu, a jednak go nie ma na zdjęciu:)))

Tak czy siak, moc było czuć od samego początku. Ja osobiście cieszę się także, że udało mi się spotkać z Piotrem. Piotrek jest z Wrocławia i kiedyś sto lat temu, na początku działania Szurania napisał coś tam, i tak zostało. Mam wrażenie, że znam chłopa od lat, a jednak po raz pierwszy widzieliśmy się na żywo dopiero teraz, w Warszawie. Dzięki przy okazji Piotrek za odebrania pakietów startowych dla mnie i dla Bambosha. A pamiątkowa fota wygląda tak:)

IMG_3681

od lewej: Piotrek Bednarski zwany Bamboshem, Piotrek Twardoń z Wrocławia i gruby ja

Pogoda dużo lepsza niż w zeszłym roku, kibiców przy trasie setki, a może i tysiące, fajna atmosfera wśród biegaczy, świetny klimat w tunelu – krzyki i ten zespół…miazga! Sporo osób, które widząc „szuranie” na koszulce i mojego ryjka klepnęło dając sygnał, że „zna i czyta”. Dzięki!

Mimo tego, że tempo porównując do znajomych…dramatyczne, to biegło mi się ciężko, chyba jednak temperatura i mocne przeziębienie, które powaliło mnie na dwa dni do łóżka, trzy dni przed biegiem, dały o sobie znać. Wyszło jak wyszło i dało mi dużo do myślenia na temat tego co będzie działo się 13 kwietnia w Wiedniu. Na mecie oczywiście był uśmiech, zdjęcia i dalsze spotkania „znajomych – nieznajomych”. Spotkałem, a raczej to on mnie spotkał, mega KOZAKA. Pisałem kiedyś o człowieku, który biega ot tak, zwyczajnie 140 km jednej nocy. STO CZTERDZIEŚCI! (tutaj w linku) Jacek Będkowski, o nim mowa. Miło było spotkać, a pamiątkowa fotka, na której znalazł się też Marcin Wikło wygląda tak:

jacek

od lewej: Marcin Wikło, gruby ja, i Jacek Będkowski

Wracając jeszcze do samego biegu, dużo strachu wszystkim napędziła Agrykola, nie będę strugał cwaniaka i mówił, że jej nie zauważyłem – zauważyłem, a i owszem. Ale dupska nie urwała, wbiegłem całą:) Ogólnie w Łazienkach fajnie, chociaż pawia ani wiewiórki, choćby jednej – nie widziałem. A i osobne gratulacje należą się jeszcze Panu Wujkowi Eugeniuszowi! Pisałem o nim gdzieś tam wcześniej, facet lat 56, biega od roku…i w Półmaratonie Warszawskim w tyle zostawił swojego syna…! Brawo!
pzu-out-pwa14_01_rkl_20160330_113352_2.jpg-PAWEŁ

Na mecie, łapki w górę, kilka fotek i…

2

DSC_7526

od lewej: Darek Michalski, Piotrek Bednarski, Mateusz Chrabąszcz, gruby ja, Pan Wujek Eugeniusz i jego syn Paweł Dudek.

i oczekiwania na to co będzie działo się w Wiedniu. Tak sobie myślę, zastanawiam się i dochodzę do wniosku, że jestem niezłym kretynem. Tak kretynem, bo BPM, czyli Brak Poprawnego Myślenia można mieć, może się to zdarzyć jeśli chodzi o dystans 21 km. Ale tam jest dwa razy tyle. Szczerze, nie potrafię sobie tego jeszcze wyobrazić jak to zrobić, jak dobiec do 35, a później do następnych kilometrów. A meta…? 42 km? Kosmos jakiś! Tydzień został, świadomość mam oczywiście, że nic już zmienić się nie da, nie da się nic poprawić. Dzisiaj wyszedłem na lekkie roztruchtanie i się przeraziłem. Nogi drewniane, w ogóle „nie podają”. Tak wiem, długo się zawsze regeneruje, ale że aż tak. Nie wiem szczerze jaki jest limit czasu w Wiedniu, ale może się w nim zmieszczę. Póki co nie potrafię sobie tego wyobrazić. Dobrze chociaż, że będę miał towarzystwo. Do stolicy Austrii z żoną własną oraz Piotrkiem Bamboshem wyruszamy koło 4 rano w piątek. Jako, że nigdy nasze nogi tam nie były, to będzie okazja troszkę pozwiedzać, pooglądać to i owo, a skoro już będziemy to pierdykniemy te 42 km w niedzielę! A CO! Może wrócę, przeżyję…to coś napisze o tym jak było…

Paweł.

Author: szuracz

Share This Post On

4 komentarze

  1. Trzymam kciuki!
    Moja życiówka w połówce to niewiele poniżej 2:02
    Zadebiutowałam w Barcelonie, plan był ukończyć maraton z bananem na ustach!!
    Mąż przygotował plan treningowy… i sam bieg był FANTASTYCZNY a plan treningowy męża sprawił że biegłam ciesząc się że biegnę!!!! Pomijając 28 w cieniu 😀 którym nas uraczyła Barcelona akurat w weekend maratonu.
    Na mecie banana nie było, były łzy…. łzy RADOŚCI 😀
    Pozdrowienia 🙂

    Post a Reply
  2. Nie pękaj!
    Trzymam kciuki. Jak nie dobiegniesz to dopełzniesz. Nie nogami to głową.
    Dasz radę, bo „Polak potrafi”. 🙂
    Czekam na relację.

    Post a Reply
  3. Jak nie będziesz mógł biec to pójdziesz pieszo , jak nie będzie mógł iść zaczniesz pełzać na czworakach ! Tak czy siak met będzie Twoja 🙂

    Post a Reply
  4. Rozwalisz to! ja sie na tym znam….Śniłeś mi sie na mecie i jeszcze miałes siłę na jednego kiloska;).

    Post a Reply

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: