[Łukasz] Mój pierwszy półmaraton

Bez tytułuOj dawno nie pisałem o szuraniu. Bardzo dawno. Ale doszedłem do wniosku, że po nieudanym starcie w maratonie lubelskim muszę się jakoś odkuć i dopiero wtedy będę mógł coś skrobnąć. I tak właśnie zapisałem się na półmaraton Wtórpolu, z którego fotogalerię kilka dni temu wrzucił Paweł, a ja dziś skrobnę parę słów jak to wyglądało z perspektywy biegacza.

A wyglądało… bardzo dobrze! Świetna organizacja, ciekawa – choć trudna – trasa i dość spora liczba uczestników. No i jeszcze piękna, słoneczna pogoda. To wszystko razem sprawiło, że swój pierwszy w życiu półmaraton będę wspominał bardzo dobrze.

Zanim wyruszyliśmy na trasę, szybki rzut oka, na to jak ona się układa. Dla miejscowych (w tym dla mnie) sprawa była jasna – czekają nas cztery bardzo trudne i bardzo długie podbiegi, ale za to finisz będzie wymarzony, z górki. Plan był zatem prosty, biec równo przez 18 kilometrów, a później ile fabryka dała.

IMG_6321

I tu muszę się pochwalić, że chyba po raz pierwszy w historii moich startów udało mi się zrealizować misternie układane przedstartowe założenia w 100%. Pierwsze kilometry pokonywałem w dość spokojnym tempie, bo około 5:30 na kilometr, by tę ostatnią trójkę przebiec ile tylko sił.

Ale żeby nie było, że tak się przechwalam i było tak łatwo i przyjemnie, to przyznaję bez bicia, że trzeci podbieg dał mi się mocno we znaki i gdyby nie bezustanne wbijanie sobie do głowy, że następna górka jest tą ostatnią, a za nią, to już jest przecież meta (no bo co to jest 3 kaemy z górki, prawda? ;)), to pewnie drastycznie bym zwolnił.

Problem był tylko jeden… Po wbiegnięciu sprintem na linię mety zauważyłem, że to wcale nie jest koniec trasy i tak naprawdę, to trzeba zrobić jeszcze małe kółeczko, tak około 300 metrów, żeby bieg ukończyć. Wypompowany, zaskoczony i zdenerwowany swoim gapiostwem doszedłem do wniosku, że nie ma co szybko biec i spokojny truchtem doczłapałem do mety. Czas: 1:54:12, czyli taki, który w pełni mnie satysfakcjonował.

IMG_6323

tuż przed metą w towarzystwie mojej siostry – Małgosi

Później tylko odebranie medalu, łyk zwykłej wody, pączek, piwko, łyk magicznej wody i powrót do domu. Teraz czas na zmianę priorytetów treningowych, przerzucenie się na częstsze, ale krótsze dystanse z większą liczbą sprintów i wyleczenie kontuzji achillesa, która towarzyszy mi nieustannie od początku roku.

Jakby kogoś zaintrygowało pojęcie magicznej wody, to szybko tłumaczę i polecam wszystkim biegaczom-szuraczom. Otóż magiczna woda, to nic innego jak: woda + glukoza + sok z cytryny + szczypta soli. Idealna mieszanka do wypicia po bieganiu!

Author: szuracz

Share This Post On

2 komentarze

  1. Gratuluję wyniku.
    Ja też czasami piję magiczną wodę, ale zamiast glukozy dodaję miód.

    Post a Reply
  2. Gratulacje, a co do mety – no tak bywa, zawsze biegniemy do końca 🙂 a nie myślimy gdzie jest koniec

    Post a Reply

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: