[Marcin] Jestem uzależniony – Półmaraton Chmielakowy w Krasnymstawie

DSC_2014Od maratonu lubelskiego nie biegałem w żadnych oficjalnych zawodach. Zaczęło mi to doskwierać, wprawdzie biegałem dużo, nawet za dużo, to brakowało mi atmosfery zawodów.
Zastanawiałem się czego tak naprawdę mi brakuje. Teraz już po Chmielakowym wiem, bieganie stało się dla mnie czymś więcej niż samym bieganiem. Pisanie o uzależnieniu, jest obecnie już trochę truizmem, ale zawsze interesowało mnie co dzieje się z organizmem po dostarczeniu mu określonych substancji chemicznych. Zawsze chłonąłem artykuły prof. Vetulaniego o istocie uzależnienia, i z całą pewnością mogę stwierdzić, że uzależniłem się od biegania. Czy wcześniej byłem od czegoś uzależniony, lista pewnie byłaby długa, ale jak ostatnio gdzieś  przeczytałem słowa Lily Tomlin: „ćwiczenia fizyczne są dla tych, którzy nie mogą pić i ćpać”. Więc ja jako osoba ze skłonnością do uzależnień, wole dostarczać do swojego mózgu „dragi” produkowane przez własny organizm, na pewno wychodzi taniej.
Ale do sedna: padło postanowienie w sierpniu biegnę w Półmaratonie Chmielakowym w Krasnymstawie. Niby żadna rewelacja, plan był inny miałem biec 100kilometrowy Bieg Dzieci Zamojszczyzny na moim ulubionym Roztoczu, ale bieg z powodu braku chętnych był odwołany. No dobra, został Krasnystaw, nikogo nie obrażając, „dziura po prostu dziura” ale Chmielaki na pewno dodają pewnego uroku temu miasteczku.

DSC_1987
Jak już wspominałem, bieganie, wyrwało mi się spod kontroli, zacząłem biegać codziennie, chodź wiedziałem że dobrze mi to robi tylko na głowę, a na pewno nie na nogi, mięśnie i samo bieganie. Biegałem tak do środy, a półmaraton był w sobotę. Ale zauważyłem, że mimo że biegałem za dużo (100kilo/tydz), o dziwo zacząłem biegać szybciej, szybciej jak na mnie, tj. w tempie 5:15-5:30min/km. Czwartek / piątek przemęczyłem się jakoś bez biegania, chodź głowa już się domagała endorfin. Piątek wieczór już czułem pozytywne podniecenie, nagle pojawił się dobry nastrój.
Sobota, zerwałem się standardowo, przed 5. Owsianka, plusz aktiv forte podwójny, poranny standard. Wychodzę na balkon, chłodno, więc rewelacja jeżeli chodzi o bieganie. Od razu pierwsze mrowienie na głowie już czuje, więc chemia w organizmie zaczyna buzować. Rach ciach w samochód, i cisnę do Krasnego, po drodze jeszcze jakieś niedobitki wracają z piątkowej libacji do domów. Nastrój już wyśmienity, głośny rock, pusta droga, jakby cięższa noga, i policja w Łopienniku, na szczęście byli już zatrzymani. Po drodze jeszcze „okienko’ – czekolada ulubiona, żeby węgla nie zabrakło w biegu.

Krasnystaw, plan, pobić życiówkę w półmaratonie z Rzeszowa: 01:54:48.
Obiór zestawów startowych, no i pierwszy zonk: koszulka bawełniana, ale pacze dalej…Tyskie:-) Co tam koszulka, wziąłem dwie inne techniczne. Myślę robi się ciepło, jak zostawię to Tyskie, to się pewnie zgrzeje w tym samochodzie, i potem to już będzie popij wodą. Więc, tak trochę dla kurażu, uzupełniłem poziom elektrolitów w organizmie.

chmielak 2
Start, dużo uczestników jak na taki kameralny półmaraton, ponad 600 osób. Endomondo odpalone, ruszyliśmy. Na biegach zaczynam spotykać, coraz więcej starych znajomych, kiedyś byliśmy koksami na siłowni, z wagą dobrze powyżej 100kilo, a teraz wszyscy jacyś drobniejsi, normalniejsi:-)
Pierwsza „piątka” bez historii, ale słyszę z Endo,że bardzo dobre tempo, trochę ponad 5min średnio. Jedyne co zapamiętałem to śliczny „ass”, za którym biegłem ze 3kilo, ale potem mi gdzieś uciekł. W pewnym momencie wpadamy w las, co za uczucie, mam mocno wyczulony zmysł węchu, często zapamiętuje zapach, szczególnie kobiet:-), lepiej niż innymi zmysłami. Zapach lasu, drewna, z automatu poczułem Roztocze, więc mój nastrój znowu poszybował wysoko w te sosenki krasnystawskie.

DSC_1995

Więc biegnę w świetnym nastroju i dobrym tempem, nastrój trochę psują mi biegacze, czymś na co mam pewną fobię: robią „noski” i plują. Wiem, wiem, że to taki rytuał biegacza, ale mi się zbiera wtedy na wymioty.
Półmetek czas 51:27min, noo jest dobrze myślę sobie.  Zjadłem banana, całkiem dobrze mi zrobił. Druga „dycha”, no to jest dla mnie bajka, ulubiona „druga dycha”. Generalnie, już wtedy na nikogo nie zwracam uwagi, noski itp mi nie przeszkadzają, „gubię się w swoich myślach”, to jedno z najbardziej przyjemnych elementów biegania, ta monotonia kilometrów, sprawia, ze nie zwracasz już na to uwagi, tylko odpływasz gdzieś daleko. To trochę jak ze snem, potem nie za bardzo pamiętasz o czym myślałeś, ale było to bardzo przyjemne. Endomondo mnie co jakiś czas tylko wybudzało, i to pozytywnie, bo zacząłem schodzić ładnie poniżej 5min/km.  Ostatnie kilometry skupiłem już się tylko na biegu, było świetnie, gdzieś w międzyczasie minąłem biegaczkę ze ślicznym „ass”, potem widziałem ją jeszcze w szatni, ale numeru nie zapamiętałem, lepszy węch niż wzrok..
I coś na 20kilometrze się mi poplątało z kilometrami, zaczął się ostatni podbieg, o ile poprzednie, podobno były, ale ja „spałem” jak biegłem, o tyle ten ostatni poczułem nieźle w łydkach i udach. Kilometr, był albo źle oznaczony, albo mi się coś pomyliło. Nieważne, ostatnie kilkaset metrów pocisnąłem, i czas…01:44:04 !
Jak na moje bieganie rewelacja, średnie tempo 4:50min/km, nigdy tak nie biegałem. To tempo ala Usain Bolt!

I na mecie, to dlaczego już wiem dlaczego biegam, i dlaczego tak lubię zawody. Mrowienie na głowie, endorfiny poszły w kable, ze zdwojoną intensywnością. Na zawodach wydziela ich się dużo więcej, niż na takich zwykłych przebieżkach.
Więc moje odczucia po biegu, mogą być mało adekwatne do rzeczywistości, nie do końca obiektywne,  ale mi się wszystko podobało: organizacja, kibice, leśnicy, policja na drodze (normalnie mam uraz!), „sweet ass biegaczki”, medal, ….i Cornelius grejfrutowy na mecie:-) Jak mógł smakować, zresztą wiecie jak smakuje piwo na mecie…:-)
Zapomniałbym, na mecie czekał dumny  Rafał, kolega, którego zaraziłem trochę bieganiem, był lepszy tego dnia! Oj, trochę mu odpuściłem, w końcu przyjechał tam nie sam, tylko ze swoim pięknym kibicem. Ścigać to my się będziemy 29.09. w Warszawie:-)

IMG_0688
No i tak, zaliczyłem Półmaraton Chmielakowy, było miło i przyjemnie, i poznałem znowu trochę więcej siebie i swoje uzależnienie od biegania. ….

P.S. W niedzielę oczywiście biegałem, znalazłem sobie wymówkę, stwierdziłem, no zobaczę co się dzieje nad Zalewem i na ścieżce, no i  16 kilo poszło w kable!

Marcin

Author: szuracz

Share This Post On

3 komentarze

  1. „…jako osoba ze skłonnością do uzależnień, wole dostarczać do swojego mózgu „dragi” produkowane przez własny organizm…” – He, he, he. Mam tak podobnie!

    Post a Reply
  2. Gratuluję świetnego wyniku.
    Ostatnie kilometry chyba faktycznie były źle oznaczone. Ja w końcówce biegu myślałem że mój endomondo miał jakąś zawiechę i źle pokazuję dystans.

    Post a Reply
  3. W 2013 większość oznaczeń kilometrów była od czapy. Drobna uwaga: krasnostawskie a nie krasnystawskie. Pozdrawiam.

    Post a Reply

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: