[Marcin] To ja wygrałem!

marcin_hotBiegam, od 11 stycznia tego roku. Lubelski, miał być trzecim moim maratonem w tym roku, po Orlenie i Cracovii w kwietniu. Niby trzecim, ale ze względu na to że w moim Lublinie najważniejszym. Tymczasem ostatnie dwa tygodnie przed maratonem, moje bieganie legło w gruzach, rozpoczęły się upały i udawało mi się przebiec… 10-15km, przestraszony nie wiedziałem co się stało. Zastanawiałem się, czy nie odpuścić sobie „Lubelskiego”, z obawy, że mogę u siebie „dać ciała”.

Ostateczna próba była we wtorek przed sobotnim maratonem, wieczorne bieganie 30kilo, było ok! Wtedy uznałem – biegnę w „Lubelskim”! Celowałem w tysięczny numer startowy, trafiłem w 988. Pakiet startowy odebrany z fantastyczną, chyba najładniejszą koszulka techniczna Nike.

Piątek pasta party, i oczekiwanie na sobotę.

Codziennie sprawdzałem prognozy pogody, wiedziałem że jak będzie gorąco, mogę nie dać rady, prognozy były w miarę optymistyczne, ciepło wprawdzie, ale deszczowo.

Wstaje sobota, godzina 5.30, wychodzę na balkon i…..piękne słoneczko i błękitne niebo, myślę sobie bedzię gorąco! Dobra, trudno, owsianka z bananami, adrenalina już na podwyższonym poziomie. Nie zakładałem jakiejś taktyki biegu, moja dotychczasowa życiówka z Krakowa to 4:27:07, tak więc jedyny cel to aby nie było gorzej.

O godz. 8.00 ruszyłem na miejsce startu, biegnę Krakowskim Przedmieściem, i już to czuje, już czuje! To fantastyczne mrowienie na głowie, już wiem że hormony pracują! Brama Krakowska start o 9.00, jestem 30min wcześniej, jest po prostu zajebista atmosfera, przyjąłem jeszcze BCAA, zapiłem kofeiną o odpowiedniej dawce i byłem już gotowy! Lubelscy notable z ministrą:) Muchą i Prezydentem Żukiem na czele, dali znak do startu. Ruszyliśmy, pierwsza prosta z górki Lubartowską, gorąco jak cholera, ale czuje się świetnie, po 1kilo, stwierdzam że mi gorąco w czapeczce rzucam koledze co jedzie rowerem obok.

Od początku świetna organizacja, ale o tym później.

Pierwsza dycha podczas zawodów zawsze mija mi tak samo, emocje związane ze startem, są tak duże, że nawet nie czuje za bardzo jak i gdzie biegnę, jakieś górki, pod koniec 7-8kilo jestem już totalnie mokry, ale to u mnie norma, zawsze tak mam, na pierwszej dyszce. Oddech się wyrównuje, znaczy dobiegam do 10go kilo, czas 58:53min. Moje tempo, zacząłem drugą dychę.

Druga dziesiątka to moja ulubiona w bieganiu maratonów, oddech już uspokojony, mniej się pocę, zaczynam swoją wewnętrzną rozmowę, po prostu odpływam, a kilometry płyną. Nigdy z nikim nie rozmawiam, staram się biec samemu, nie lubię jak mi ktoś przeszkadza w mojej rozmowie z samym sobą. Nim się orientuje jest 20ty kilo, druga dycha czas 56:35min!

Trzecia Dycha się zaczyna, ogarniam się z tego fantastycznego letargu drugiej dychy, ogarniam endomondo i uznaje że idzie mi nieźle, i mam dużo pary! Jest szansa na dobry wynik, chodź upał niemiłosierny, wbiegamy obok Zalewu, słyszę karetki, biegnę nie zwracam na nic uwagi, i nagle widzę jak przy karetce w trawie leży biegacz i mu sanitariusze pomagają, trochę mnie „wzięło” ten widok, ale myślę takie życie, trzeba biec dalej. Woda, banany, izotonik, i cisnę kilometr po kilometrze.

Kończę Trzecią Dychę, z czasem 55:45min! Oznacza to że tym tempem biegnę na złamanie 4 godzin!!! To moje marzenie, myślę jest świetnie!

Czwarta Dycha, do 32go kilo biegnę super, na złamanie 4h, i wtedy się zaczęło, duży podbieg przy Dąbrowie, czuje że nogi odmawiają posłuszeństwa, koszulka cała mokra, czuje jakby ważyła tyle co worek ziemniaków, fuck, co sie dzieje??? Odezwał sie „mały człowieczek” w głowie: – daj spokój, jest upał, masz jeszcze 10kilo, nie dasz rady, zejdź z trasy, nogi masz jak z ołowiu, po co ci to. Ja go słucham i słucham, jest źle, jest kryzys. Myślę, żeby stanąć, walnąć się w krzaki.

Nagle drze ryja „duży człowieczek”: – co ty pier…sz, jakie stanąć, jakie zejść z trasy, nie marz się, nie bądź ciota! Otrzeźwiałem, cukier, banan, izotonik, i biegnę dalej. Wyjmuje moje BlackBerry z endomondo…całe zalane, potem, wodą, nie rejestruje już kilometrów, trudno. Wiem, że już 4 godzin nie złamię, ale biegnę, a raczej powłóczę nogami próbując biec, ale nie staje! Wbiegam w Krochmalna, wiem że już blisko, kurwa jakie blisko!!?? jeszcze 3-4kilo. Unii Lubelskie, i już czuje że to ostatnia długa prosta, i jak przystało na maratończyka-szpanera trzeba na koniec przyspieszyć, żeby pokazać, ile to jeszcze mam sił:) Wbiegam pod Zamek, bandy, kibice, słyszę bębny i moją „Królową”…We are the champions! I znowu to cudowne uczucie mrowienia na głowie, to hormony się uwalniają! Meta, medal, pytam jaki czas: 4:07:32! To o prawie 20min lepiej niż w Krakowie!

Na mecie jak zwykle odczuwam euforie, endorfiny poszły w kable!, kocham cały świat!, wszystko mi sie podoba, zdjecia dla fotoreporterów, autografy,…nie,nie autografów nie było..:-) Bylo cudownie, pięknie nakurwiałem, sobie pomyslałem!!!

Teraz o organizacji, pare zdań, była na najwyższym poziomie, pod każdym względem! Punkty z wodą, izotonikami, bananami, cukrem…Boże ostatni raz biały cukier jadłem w czystej postaci chyba z 5lat temu:-). Oznaczenia na trasie, rewelacja, co kilometr, tak jak trzeba. Doping super, meta rewelacja, bębny, We are the champions! Jedyne co mi zabrakło, to zegarów z czasem na mecie i po każdej 10ce. Trasa była bardzo trudna, dużo podbiegów, pogoda upalna, organizacja fantastyczna! Byłem z siebie dumny, i ze swojego miasta, że zorganizowali Pierwszy Maraton na tak wysokim poziomie, gratulację dla Olka Kurczewskiego – Dyrektora Maratonu, kolegi jeszcze z czasów Polkomtela.

To była fantastyczna impreza, a wieczorem była lubelska „Noc Kultury”, paradowanie w wypranej na biegu koszulce i z medalem, budziło podziw, respect i gratulacje, tym bardziej że na rewersie była….1 (Pierwszy Maraton), i znajomym mówiłem, że to za zajęcie 1 miejsca:-) Tak, bo dla mnie, to ja byłem właśnie zwycięzcą!!!

0498

ja po lewej – wygrałem to!
po prawej Wojciech Grabowski z Tender Paco Lublin

Author: szuracz

Share This Post On

6 komentarzy

  1. Uwielbiam czytać twoje wpisy niesamowite ile w nich emocji

    Post a Reply
    • to miło, bo życie jest pełne emocji!
      ale to mój pierwszy wpis na szuranie.pl….:-)

      Post a Reply
  2. Niesamowicie czyta się takie przeżycia. W przyszłym roku spróbuję przebiec Maraton Lubelski.
    Pozdrawiam i życzę kolejnych sukcesów

    Post a Reply
  3. Biegaj, biegaj, przed komornikiem nie uciekniesz:)

    Post a Reply
    • „…bo to zła kobieta była,
      …głupia……”

      Post a Reply

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: