Niby fajnie, ale…Bieg Niepodległości w Kielcach

12186822_918650768184149_358786984040239917_oJeszcze jakiś czas temu o takich biegach, a już o takiej frekwencji można było pomarzyć. Teraz wiadomo, biegają wszyscy, a nawet jeśli nie biegają to przeróżnymi sposobami biegać próbują. I to jest super! Biegi takie jak ten o którym za moment będzie więcej często są pierwszymi „poważnymi” sprawdzianami dla osób chcących coś ze sobą zrobić pożytecznego. Każdy z nas tak zaczynał, jedni tu, inni gdzie indziej. W niedzielę w Kielcach była cudowna okazja aby zrobić krok wyżej i zaliczyć pierwszy poważny bieg i dostać na mecie medal. Swoją drogą to pamiętam jak jechałem specjalnie do Warszawy na 10km bieg aby na mecie otrzymać ten kawałek żelastwa (w tamtych czasach…nie było jeszcze w Kielcach biegów z medalami:)

Pogoda idealna, a nawet aż za ciepło, troszkę wiało, ale też bez przesady – nie piździło jak w kieleckim:). Było tak, że nikt marudzić nie mógł, a jeśli już to na to, że jest za ciepło. Organizatorzy kieleckiego Biegu Niepodległości umożliwili odbiór pakietów startowych (numer i agrafki) dzień przed biegiem zatem w niedzielę można było spokojnie udać się na start bez denerwowania się i stania w kolejce. Byłem troszkę wcześniej aby spotkać się ze znajomymi i na spokojnie przygotować się do biegu. Znajomych tysiąc trzysta:) Co chwilę ktoś podchodził, śmiechów i radochy nie było końca.

Start zaplanowany był na godz. 11:11, kilka chwil wcześniej z głośników popłynął Mazurek Dąbrowskiego, chciało by się rzec – nareszcie, bo w zeszłym roku ktoś chyba o tym zapomniał… 10..9..3, 2, 1 START.

Ponad 800 osób ruszyło na 10 km, atestowaną trasę 8. Kieleckiego Biegu Niepodległości. I tutaj zacznę marudzić. Odrazu zaznaczę, że nie chciałbym być źle zrozumiany, z założenia jestem mocno pozytywną osobą szukającą raczej dobrych rzeczy i za bardzo nie wydziwiającą na rzeczy złe. Jednak w pewnych kwestiach jestem też może nie idealistą, ale na pewno osobą, która wymagania ma wysokie. Szczególnie jeśli chodzi o organizację imprez, bo w pewien sposób jest to moja praca od prawie 15. lat. A dodatkowo też (tu już całkiem amatorsko i hobbystycznie) bawimy się też w organizację różnych mniejszych i większych wydarzeń (aby nie mówić korpogadką eventów) biegowych. Chciałbym też aby osoby organizujące to wydarzenie mnie źle nie zrozumiały i potraktowały poniższy tekst jako pomoc na przyszłość, a nie atak.

12182440_918647458184480_1099432114235000965_o

Trasa biegu była atestowana, czyli wymierzona specjalnym rowerem z magicznym urzędzeniem przez fachowca, który skasował za ten fakt organizatora na ładnych kilka stówek. I co robi organizator? Już pierwszy zakręt ze Staszica w Sienkiewicza 80% ludzi biegnie nie po tej stronie barierek. Wiadomo, że biegacze też dołożyli tu swoje kilka groszy, bo trasa to trasa i powinni wiedzieć, ale nie wiedzieli, albo nie chcieli wiedzieć, a tak naprawdę to fatalnie to było zabezpieczone, a w sumie nie było. Ustawienie samej barierki niczego nie załatwia, jak się da przebiec obok to ludzie przebiegną. Ale to nie był jakiś tam wielki problem – szkoda tylko tego atestu.

Trasa biegu była atestowana, czyli według wszelkich prawideł i przepisów powinna być oznaczona przynajmniej oznakowaniem pionowym co 1km, czyli powinny być tabliczki 1 – 2 – 3 km i tak co tysiąc metrów, aż do mety. Nie była, czyli po co ten atest? W przepisach stoi jasno, brak oznaczenia = brak atestu.

Dalej wszystko super, mnóstwo znajomych twarzy, pełno uśmiechów, tempo nie najgorsze, sporo kibiców szczególnie przy ul. Jana Pawła, biegło się super. Skręcając z nowego ronda koło pływalni na Krakowskiej niespodzianka, na środku trasy leżała przewrócona bariera ze znakiem zakaz wjazdu. Prawdopodobnie przygotowana była wcześniej aby zamknąć ruch, wiało mocno to i się przewróciła. Ale dlaczego leżała tam nadal tarasując 80% szerokości drogi w trakcie biegu? Nie mam pojęcia. Biegaczy było nadal sporo, a kontakt jednego z nich z tą przeszkodą o mało co nie skończył się na asfalcie. Trasa dalej cudowna, Aleja Legionów jesienią jest piękna, spadające liście, kolorowi ludzie i zbliżający się podbieg. Było wiadomo, że będzie bolało. Wtedy też zaczęła się moja „przygoda” z którą nie spotkałem się nigdy wcześniej w swoim szuraniowym życiu. Kolka. Na początek delikatna z prawej strony, później coraz mocniejsza i mocniejsza na tyle, że chyba aż mnie poskręcało. Musiałem wyglądać słabo:) Dodatkowo ten podbieg, który przecież pokonywałem dziesiątki razy i owszem daje popalić, ale nie jest jakimś wielkim wyzwaniem. Tego dnia jednak był… Dodatkowo było ciepło, bardzo ciepło choć na szczęście ubrany byłem „na krótko”. Ogromne zdziwienie budzili we mnie ludzie ubrani jakby było -10. Widziałem chłopaka w grubej kurtce, ciepłych narciarskich czarnych rękawicach i wełnianej czapce. Szacunek! Ale może „robił wagę”. Nie wiem, podziwiam:) Te dwa kilometry pod górkę i ta pieprzona kolka spowodowała, że już na górze musiałem zbiec na chwilę w krzaki i…obejrzałem ponownie moje śniadanie. Czułem się fatalnie. To było w okolicy 5 km czyli pewnie za chwilę będzie punkt z wodą. Jednak nic z tego. Był punkt pomiaru czasu jednak nie było wody, ani tutaj ani nigdzie dalej.

Brak punktu z wodą uważam za ogromne niedopatrzenie (pisząc bardzo delikatnie) ze strony organizatora. Mimo iż na 99% moich 10km biegów nie korzystam z punktów z piciem to tym razem czekałem na niego jak na zbawienie. Dziwię się ogromnie, że nie było takiego punktu, dla mnie jest to niewytłumaczalne. Czołówka pewnie nawet tego nie zauważyła, choć biorąc pod uwagę temperaturę, podbieg za nami aż prosiło się aby postawić zwykły stolik z kubkami wypełnionymi zwykła mokrą wodą. Tym bardziej, że takie biegi o czym pisałem wyżej często są biegami debiutantów, ludzi w kurtkach, czapkach i rękawicach, którzy pewnie też o takiej wodzie marzyli, a jej brak mógł spowodować spore problemy w ich organizmach. I nie przyswajam totalnie do siebie informacji, że bieg był darmowy to nie wystarczyło funduszy na napoje. W mojej ocenie można zrezygnować z drogich medali, drogiego pomiaru czasu, ograniczyć liczbę biegaczy ale 400 zł na wodę musi się znaleźć. Albo to było niedopatrzenie, albo totalna głupota. Tak czy inaczej stało się źle i krecha za to jest ogromna.

Kolejne km to już z górki, jednak mimo to idzie mi fatalnie, około minutę na km gorzej niż podczas każdego innego biegania na tej trasie. Bardzo źle, zwalniam na zbiegu… Dalej jeszcze jedna górka przy Kadzielni, tu już kolkę gdzieś zostawiłem, choć czuję się nadal źle. Do mety niecałe dwa kilometry. Spotykam Krzysztofa i dzięki temu mam takie oto zdjęcie:)

12189196_737129899754237_3805108413916953250_o

Skręcając z ul. Spacerowej w „alejki” nas Silnicą organizacja trasy już nie istniała. Ani jednej osoby pokazującej kierunek biegu. Biegło się na zasadzie, tak jak ten przede mną tak i ja. Ogólnie na całej trasie praktycznie nie zauważyłem wolontariuszy (bylli oczywiście policjanci na skrzyżowaniach) było to o tyle dziwne, że właśnie tacy ludzie – jedni z ważniejszych na wszystkich imprezach biegowych – dbają przede wszystkim o bezpieczeństwo zabezpieczając wyjazdy z posesji. Tu tego brakło, dzięki temu mieliśmy auto jadące w przeciwnym kierunku do biegu w okolicy liceum przy ul. Gagarina. Na szczęście kierowca był rozsądny i jechał wolno. Ale jakby nie był…? No właśnie. Trasę znałem, wiedziałem którędy biec, ale jak to zrobili Ci, którzy biegli na końcu nie widząc biegaczy przed sobą? Nie wiem.

Końcóweczka bardzo fajna, dużo kibiców choć też wielki chaos, część po chodniku, część po ulicy. Strefa mety fatalna. Kibiców było sporo i to było super, jednak brakło jakiegokolwiek zabezpieczenia, barierek, czy chociażby zwykłej taśmy oddzielającej dopingujące osoby od biegaczy. Efekt taki, że na ostatnich metrach panował mocny bałagan, za metą także. Ciasno, bardzo ciasno. Naprawdę niewiele trzeba aby strefa mety, nawet w tak trudnych warunkach – bo ul. Zamkowa jest bardzo trudna do jej organizacji – wyglądała fajnie. Barierki, taśma i wolontariusze, ale zabrakło niestety wszystkich tych trzech rzeczy. Szkoda.

Dobiegłem, czas 55:30 dupki nie urywa, ale jak na takie przygody:) to nie mogę być niezadowolony. Dobrze, że dotarłem do mety, a nie zostałem w tych krzakach przy hotelu 365…:)

1921126_918650764850816_694988281556395254_o

Podsumowując, Kielecki Bieg Niepodległości jest imprezą z ogromnym potencjałem. Bieg jest przede wszystkim darmowy i to jest ogromny plus. Jak dla mnie osobiście totalnie nie ma znaczenia, że nie było koszulki czy jakichś innych gadżetów, nie po to biegam. Wymagam jednak od organizatora aby zapewnił to minimum, bez którego zwyczajnie nie przystoi organizować imprez biegowych. Przede wszystkim bezpieczeństwo i komfort biegaczy musi być priorytetem.

PS. Czy już pisałem kiedyś, że należę do najlepszej Drużyny na świecie? Drużyny BARTKA!

12194867_755881807867212_7684502613050508601_o

Za piękne zdjęcia dziękuje Krzysztofowi z Run4Fun – Biegam w mieście oraz Dariuszowi z DSz-Foto

Author: szuracz

Share This Post On

7 komentarzy

  1. I jeszcze te wyniki brutto.

    Post a Reply
  2. BARDZO dobrze napisane 🙂 też myślałem że jak minę górkę na stadionie to będzie woda… no i kalsyfikacja po czasie brutto… też nie najlepszym pomysłem była.

    Post a Reply
  3. A ja dodam ze swojej strony, że dobiegając jako jedna z ostatnich, nie miałam wody nawet na mecie. To był mój pierwszy bieg jako biegacza, a nie kibica (w takiej roli uczestniczyłam wielokrotnie) i brak wody na mecie był niemiłą niespodzianką.

    Post a Reply
  4. Mnie zdziwił checkpoint na 5,5km. Rozumiem, że miał być na szczycie podbiegu. Spojrzałem na zegarek myśląc, że to półmetek, a biegnę wolniej niż na treningach. Trochę mi to zespuło motywację na przyciśnięcie w drugiej połowie, Jeszcze większy bałągan był na Datasport gdzie checkpoint pokazywali na 6km.

    Post a Reply
  5. O i masz. Ja biegam od kwietnia br., brałam udział w kilku imprezach, takich na 5, 10 i więcej km i to naprawdę była pierwsza gdzie nie było łyka wody na trasie. Szok. I dodam, że ja zazwyczaj też nie łapie picia na trasie choćby z tego względu, że wybija z rytmu, ale tym razem mój organizm był jakiś rozstrojony. Od 5km zaczęła mi się robić skorupa na ustach, a w buzi jeden wielki lep. Efekt był taki, że przy ósmym km miałam drętwienia buzi jakieś dziwne, tak jakbym miała zaraz zemdleć. Doleciałam jakoś, ale umordowałam się niesamowicie.

    Post a Reply
  6. Panie Pawle, garść cennych uwag dla organizatora, oby nie zostało to tradycyjnie, po kielecku, potraktowane jako „nie pasuje to wyp… sam se zrób lepiej” 🙂

    Jako w miarę doświadczony biegacz nie spotkałem się jeszcze na żadnej z piątek/dyszek ze stoiskiem z wodą, a startowałem w ok. 15 masówkach w Warszawie i Poznaniu. Myślałem, że zwyczaj ustawiania stanowisk z wodą i ew. jedzonkiem jest od półmaratonów wzwyż, ale jak widać nie jest to sztywna norma.

    Post a Reply
    • Biegnij Warszawo , Bieg Oshe na 10 km w ramach Orlen Warsaw Marathon zawsze jest bufet na trasie

      Post a Reply

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: