Nie chciało się biegać w zimę? To teraz cierp

Bez tytułuW swoim ostatnim wpisie obiecałem, że wrzucę swoją relację, którą napisałem świeżo po Maratonie Warszawskim. Słowa dziś dotrzymuję i tekst ląduje na blogu. Nie zmieniałem w nim zupełnie nic, bo to nie miałoby sensu. Wydaje mi się, że zabiłoby cały klimat tej relacji, bo pisałem ją skrajnie wyczerpany, ale i skrajnie szczęśliwy – kilka godzin po przebiegnięciu linii mety. Jak ktoś będzie chciał, to zapraszam do lektury.


***

A teraz dwa słowa o tym, co dzieje się w szuraniowej części mojego życia. No, to chyba mogę powiedzieć, że nie jest tak źle jak myślałem. Dziś wiem, że przebiegłbym półmaraton, a przecież czasu, żeby zbudować formę na następne 21 km jeszcze trochę jest. Wszystko przyjdzie z czasem.

Problem tylko w tym, że intensywność treningów zaczyna mi troszkę wychodzić bokiem. Nadrabianie straconego, z powodu tej wrednej, długiej zimy, czasu – bo przecież moje lenistwo nie miało z tym nic wspólnego – jest delikatnie mówiąc, męczące.

Właściwie to codziennie rano przeprowadzam w myślach taki dialog: – No siema kolano, to jak dziś chodzimy normalnie, czy gwiazdorzysz?

– Wiesz co, dziś troszkę odpuszczę, ale gadałem z achillesem i mówi, że on dziś coś gorzej się czuje.

Ale cóż, jak się nie chciało walczyć z zaspami, to trzeba walczyć z zakwasami i bólem. Proste.

To jest moment, w którym odsyłam Was do moich maratońskich wspominek.

***

Dziś zaliczyłem swój debiut w maratonie. Pierwsza myśl po przekroczeniu mety na Stadionie Narodowym: za rok też biegnę. Ta euforia po przebiegnięciu linii mety w pełni wynagradza ponad 42 kilometry męczarni.

W ogóle nie wiedziałem czego mam się po maratonie spodziewać. Wiedziałem właściwie jedno – będzie ciężko. Czytałem też o kryzysie, który przychodzi gdzieś około 30 kilometra, ale nie zdawałem sobie sprawy z tego, jak on wygląda. Niby wcześniej biegałem kilka razy po 30 kaemów, ale świadomość tego, że zostało jeszcze 12… to nie jest wcale miła perspektywa.

Serio.

Zresztą swój maraton podzieliłbym na cztery etapy:

1. Ja zrobię, zrobię jeszcze więcej metrów!

Tak około dziesiątego kilometra w moich uszach łódzki raper Zeus pełnym energii głosem nawinął, że zrobi jeszcze więcej bitów, napisze jeszcze więcej tekstów. Myślę sobie – fajnie. Czuję się dobrze, 1/4 trasy za mną a ja nawet nie czuję się zmęczony, więc tak jak w tym utworze – zrobię jeszcze więcej!

No i tak sobie radośnie biegłem dalej w tempie nieco szybszym niż przedmaratonowe założenia. Błąd. Ale do tego jeszcze dojdę.

2. Master of Puppets

25 kilometr. Pierwszy poważny podbieg. Jeszcze rozpiera mnie energia, w uszach James Hetfield, wokalista Metalliki, co rusz wykrzykuje: Master! Master! w rytm jednego z najbardziej rozpoznawalnych utworów jego zespołu, a ja sobie myślę – tak James, dokładnie tak. Jestem Master! Jest już ładny kawałek za półmetkiem, a ja całkiem rześko podbiegam pod górę.

Wciąż rozpiera mnie energia. Niestety – już niedługo.

Pięć kilometrów dalej zaczyna mnie łapać kryzys. Pojawia się myśl: po co ja to właściwie robię? Ten chłop co biegł w starożytności przynajmniej miał w tym jakiś cel. A ja? Przecież nie biegnę nikogo ostrzec, ani ratować. Bezsens. Jakby tego było mało James mi nie pomaga. W słuchawkach instrumentalny Orion, który denerwuje mnie po raz pierwszy w życiu.

Gdzie jesteś James? Czemu nie krzyczysz mi do ucha?

3. Nicość

Pomiędzy wspomnianym już 30-stym, a 36-stym kilometrem w mojej głowie rozgrywał się mały dramat. Jedna cząstka mojej osobowości chciała rzucić to wszystko w kąt i zejść z trasy, druga chciała walczyć. Nie pamiętam za wiele z tego odcinka. Oprócz tego, że chciałem po prostu odpocząć.

4. This is who we are!

Nie wiem jak to działa, ale od 37 kilometra – mimo coraz częstszych skurczy – biegło mi się całkiem nieźle. Największego kopa dał mi widok Stadionu Narodowego, który wyłonił się zza zakrętu i niczym magnes ciągnął moje zmęczone nogi w swoją stronę. Przyspieszyłem.

Miałem szczęście do tych piosenek na trasie, bo na ostatnim kilometrze, kiedy już wiedziałem, że dobiegnę, z mojego mp3 rozbrzmiały dźwięki potężnego kawałka Machine Head – Who we are.

Kiedy Robert Flynn ryknął po raz pierwszy: This is who we are! – aż się uśmiechnąłem. Rozejrzałem się dookoła i zobaczyłem tych wszystkich zmęczonych ludzi dookoła mnie, którzy za chwilę mieli skończyć tą morderczą walkę. Tak jest koledzy i koleżanki, this is who we are: Maratończycy!

Czas na mecie: 4h 16 min.

Chciałbym pogratulować wszystkim, absolutnie wszystkim, którzy ten maraton ukończyli. Jesteście niesamowici!

Author: szuracz

Share This Post On

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: