[Łukasz] O. Jak obibok…

Bez tytułuNie wiem ile razy zabierałem się za napisanie relacji z maratonu lubelskiego. Sześć, siedem, dziesięć? Nie mam pojęcia. Wiem, że powstały trzy wersje, a ta, którą czytacie jest czwarta. Z poprzednich nie byłem zadowolony, więc wylądowały w koszu.

Dlaczego nie byłem zadowolony? Bo były zakłamane. Ciężko pisać o swoich porażkach. Ciężko przyznać się przed samym sobą, że coś zrobiło się źle i, że to ja, a nie cały świat – jak próbowałem sobie tłumaczyć – jestem odpowiedzialny za to, że nie dobiegłem do mety.

Owszem ostatnio zebrało mi się na głowie kilka różnych, ważniejszych od biegania, obowiązków, ale to wcale nie znaczy, że nie mogłem się lepiej przygotować. Jasne, że mogłem. Praca, studia, sesja plus przygotowania do maratonu, to naprawdę sporo. A przecież kiedyś trzeba jeszcze spać. No, ale jak się powiedziało A, to wypadałoby dojść do końca alfabetu.

Ja zatrzymałem się gdzieś na O. Jak obibok.

Zamiast po powrocie z pracy założyć buty i grzecznie poszurać, to ja kładłem się spać. Zamiast wstać wcześnie rano, wolałem zdrzemnąć się kilka minut dłużej. Zamiast wieczorem, korzystając ze sprzyjających warunków poszurać nocą po pustych chodnikach – odpalałem serial, naiwnie mówiąc sobie – nadrobię jutro.

Nie nadrobiłem.

Szczerze mówiąc byłem przygotowany na 32-34 kilometry walki. Myślałem, że później jakoś to będzie. Tu kilometr przejdę, tam wskoczę komuś na barana, później trochę potruchtam, a na metę się wczołgam. Taki miałem plan. W mojej głowie nawet przez chwilę nie pojawiła się myśl – przebiegniesz całość. I to też był błąd, może nawet największy, bo maraton rozgrywa się w głowie. Tam zapadają najważniejsze decyzje, tam rodzą się wszystkie dramatyczne decyzje. Ja nie brałem pod uwagę tego, że przebiegnę cały maraton i tak się właśnie stało. Nie przebiegłem. Proste jak drut.

Pewnie doszurałbym do tego 34 kilometra (nie wiem jak byłoby dalej) gdyby nie kontuzja, która – jak na złość – postanowiła się odnowić. Ból ścięgna Achillesa towarzyszy mi od stycznia. Od pewnego czasu żyjemy nawet w pewnej symbiozie. To znaczy – noga mnie boli, a ja na to nie zwracam uwagi, nie przeklinam jej, a ona w podzięce czasem boli mniej. Na maratonie jednak do zaprzyjaźnionego bólu w okolicach prawej pięty doszedł ból lewego kolana. Od 15 km próbowałem sobie wmawiać, że to nic takiego i zaraz przejdzie.

Nie przeszło.

W pewnym momencie uznałem, że jeżeli nie chcę, aby maraton lubelski był tym ostatnim w perspektywie następnych dwóch, trzech lat, to muszę odpuścić. Zszedłem z trasy średnio, jak na maraton, zmęczony i mocno zdenerwowany. Załamany.

Z perspektywy czasu uważam, że zrobiłem dobrze, ale niedosyt pozostał. Jedno jest pewne, mam pewne rachunki do wyrównania z maratonem lubelskim i mam nadzieję, że za rok podobna impreza znów się tam odbędzie i będę mógł pokonać 42 km 195 m.

Teraz, w punktach kilka spostrzeżeń z trasy:

1.      Ogromna wpadka organizatorów. Na trasie zabrakło kubków na wodę, dla osób, które biegły na czas 4h15min i więcej. Przy temperaturze plus 30 i zerowym wietrze, to naprawdę spore utrudnienie. Woda co prawda była, ale trzeba było ją nabierać na ręce i w ten sposób pić. Dopiero około po 10 km wszystko wróciło do normy i wszyscy (chyba) kubeczki już mieli.

2.       Trasa była trudna (sporo podbiegów), ale ciekawa.

3.      Specjalne pozdrowienia dla pani, która na 21 km wyszła przed dom ze zgrzewką zimnej wody i rozdawała „biednym maratończykom”. Bardzo miły obrazek.

Bardzo fajne koszulki. W porównaniu do tych z maratonu warszawskiego AD 2012 – koszulkowa ekstraklasa.

***

I na koniec dwa słowa o aktualnym szuraniu. Jedną z pierwszych rzeczy jakie zrobiłem po nieszczęsnym maratonie lubelskim było zarejestrowanie się na maraton warszawski. Podrażniona ambicja biegacza wzięła górę.

Teraz spokojnie walczę z Achillesem, grzecznie się rozciągam, spokojnie biegam i póki co nie myślę o tym, że w październiku kolejny raz przyjdzie mi się zmierzyć z tym morderczym dystansem.

O i takie moje ostatnie odkrycie. Wyrzućcie stopery. Biegajcie bez mierzenia czasu, albo chociaż spróbujcie raz na jakiś czas takiego rozwiązania. Fajna odskocznia.

Author: szuracz

Share This Post On

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: