O krosie po Białogonie i kretyńskim kierowcy autobusu nr 28

Tydzień się opieprzałem. Noo 6 dni. Przyznaję się bez bicia, że ilość śniegu oraz sposób odśnieżania chodników skutecznie odwiodły mnie od szurania po sięgającej kostek brei. Tym bardziej, że moje szurańcze obuwie zaliczane jest raczej do lekkich letnich, niż zimowych. W niedzielę, wyruszyłem jednak na podbój Białogońskich tras.IMG_0319


Wyszedłem trochę za późno, bo grubo po 14.00. Planowałem wrócić ulicą, a że nie posiadam niestety żadnych świecących elektrycznie cudeniek, dlatego musiałem zaplanować szybko trasę tak, aby na mecie być jeszcze przez zapadnięciem zmroku. Trasa początkowo biegła znanymi mi już ścieżkami, Janów, Dobromyśl, dawny zbiornik wodny w Białogonie, następnie w lewo przed stadionem Polonii Białogon. Tam właśnie tydzień temu pomyliłem trasę i dotarłem w czarną…dziurę. Tym razem skręciłem odpowiednio w prawo za lasem. Droga fatalna, zryta przez jakieś kombajny czy inne usrojstwa ciągnące wielgachne bale ściętego chyba niedawno drzewa. Ogólnie dramat wielki, zastanawiałem się nawet już czy nie zawrócić, bo noga co trochę uciekała i bałem się, że nie skończy się to dobrze.

IMG_0317

Jakoś jednak przetrwałem, siła biegowa zrobiona przy tym znakomicie. Sporo 50 – 80 metrowych podbiegów. Ogólnie – trudno, ale fajnie:) Może to już masochizm, ale przecież cały czas asfalty to była by, jak to mówią moje dzieci, nuuuda:)

IMG_0318

krzyż znaleziony w lesie…

Powrót tak jak planowałem właśnie asfaltem, i tu muszę przyznać, że kierowcy w 90% zachowują się super. Podobnie jak przy jeździe rowerem, nie biegnę po krawężniku, czy tuż przy nim. Staram się utrzymać kilkanaście/dziesiąt centymetrów odległości, aby wymóc właśnie na kierowcy przynajmniej zwolnienie i wyminięcie mnie większym łukiem. Tak tak było i tym razem do pewnego momentu. Przebiegając przez wiadukt (brak chodników i pobocza) mając odgarnięty śnieg po lewej stronie zauważyłem autobus MZK jadący z naprzeciwka. Na milion procent nie jechał przepisowe 50kmh. Było dużo dużo więcej, mimo, że zbliżał się coraz bardziej nie myślał zwolnić. Minął mnie dosłownie o centymetry (nie miałem gdzie uciec, bo to wiadukt) przejeżdżając prawie po moich palcach. Nie zwolnił nawet na sekundę i nie wykonał najmniejszego ruchu kierownicą. NIC. KRETYN I DEBIL. Nie zapamiętałem niestety bocznego numeru. Dodam tylko, że było widno, padał śnieg jednak było wszystko widać dokładnie. Dodatkowo mam bardzo jaskrawą niebieską bluzę. Musiałem być widoczny.

Tyle się mówi o tym, że piesi są najczęstszymi ofiarami wypadków, że są nieostrożni, często pijani, źle oznaczeni itd. Tymczasem wydawało by się fachowiec, zawodowiec wielkim autobusem mógł zakończyć mój żywot. Ale oczywiście to wielkie panisko w wielkim wozie jest panem szosy. DEBIL I PROSTAK! Tyle w tym temacie.

Dalej delikatnie poddenerwowany poszurałem w kierunku mety. Padający coraz gęstszy śnieg na pewno tego nie ułatwiał, ale się udało. W sumie 10,57 km w 1:07:00

w trakcie przedzierania się przez zawalone leśne ścieżki królował dziś Creed!

Author: szuracz

Share This Post On

3 komentarze

  1. wiem wiem, że jesteście. Nigdy się tak wcześnie nie mogę zebrać:) Ale kiedyś przybędę! A na facebooku śledzę Was już bardzo długo

    Post a Reply
  2. było go dogonić na przystanku i nastukać bęcków 🙂

    Post a Reply

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: