[Paweł II] Opener’owe szuranie.

DSC_3847Gdyński festiwal muzyczny Opener 2013 rozpoczął się w środę. Zaplanowałem bieg rozeznani owy następnego dnia, nie planowałem zrobić to na kacu :/ Wiele godzin podróży, następnie zakwaterowanie, pierwsze piwko, drugie, następnie koncerty, piwko, piwko i ziuu spać. Ciężkie powieki, ogromny wysiłek, by podnieść głowę, znacie to? Więc wskakuję w biegowy uniform i idę na plażę. Kwaterę mieliśmy 30m od morza. Od portu gdyńskiego rozciąga się plaża i betonowa promenada do Redłowa. Sprawdzałem wcześniej na mapach i rozeznanie potwierdziło, że nie ma twardego połączenia z Gdynią Orłowo 🙁 trzeba będzie wbiec z osiedle i jakoś dostać się do Orłowa. Wracając do biegu, wiecie, jak się biega w stanie wczorajszym.. Miało być jakieś 5-7km, skończyło się na niemal sprincie do końca promenady i z powrotem.

Cel pierwszy osiągnięty, czyli rozejrzałem się. Cel drugi również, bo wypociłem środowe piwska.

Oto mapka pierwszego biegu.

Mając na uwadze ambitne plany na następny dzień, ograniczyłem się do dwóch piw podczas koncertów i „ryżu po tajsku” bez mięsa. Wiem, jakie tam w Tajlandii mięso jedzą, nie będę ryzykował, że podadzą to samo, czym karmię swojego gada Agamę Ferdynanda. Koncerty rewelacja, syty wrażeniami położyłem się spać. Piątek, wszyscy na plażę z piwkami a ja biegać.

Napełniłem bidon, odpaliłem Endo i start wzdłuż promenady. Masa spacerowiczów, trochę rolkarzy, fajna wakacyjna atmosfera, z uśmiechem pokonuję metr za metrem. Musze uspokajać się, by nie biec za szybko.

Promenada się kończy, wbiegam w osiedle i staram się znaleźć sensowną drogę. Zbyt wcześnie skręciłem i pojawił się przede mną park a za nim rezerwat. Jestem w pełni świadomy, jaki teren się w nim kryje. Celowo, by się tam nie ładować, wziąłem buty asfaltówki. I co zrobiłem? Oczywiście wbiegłem w tę wilgotną plątaninę krzaków, liści, powalonych drzew, a przede wszystkim leśnych wąwozów. Góra dół, góra dół, już po kilku minutach przeklinam siebie, że nie wziąłem buty do miękkiego terenu. Pamiętajcie, śliskie liście, błoto, ostre podbiegi i buty na twardy teren to fatalne połączenie. Tu wstawię mapkę, zwróćcie uwagę na różnicę poziomów na wykresach.

Gdy usłyszałem komunikaty z Endo o czasie, załamałem się. Aż przeszło mi przez myśl wyłączyć te powiadomienia. Z tępa 5-6min/km zrobiło się 10, 9min. Rzeźnia. Biegnę i rozglądam się, gdzie to Orłowo, gdzie utwardzona ścieżka przy plaży, park, małe molo? Po wbiegnięciu na kolejne wzniesienie obserwuję masę żaglówek. Zawody jakieś? Ćwiczenia? Widok piękny. Pusto, brak spacerowiczów. Tylko ja, szum wiatru i odgłos mew, bunkry lub inne działa, które wyglądają, jakby spokojnie mogły zrobić ze statków jesień średniowiecza.

dzialo

bunkier

Fajnie, naprawdę. Już nie zwracam uwagi na poplamione obuwie i męczące się nogi. Wtem zbocze coś robi się wyjątkowo strome. Jestem na klifie!

klif

Orłowo! 6. Kilometr bardzo fajnie minął. Na plaży widzę parę młodą i fotografa. W każdym mieście są fajne miejsca do fotografowania młodych par i miejsca noszące znamię kiczu i oklepania. Gdynia ma swoje Orłowo. Za każdym razem, gdy tam jestem, potykam się o jakąś sesję.

sesja

Kreatywny fotograf poprosił asystentkę, by weszła po suknię pani młodej, w ten sposób wypychając ją, coś jak przedłużenie koła. To nic, że jest żarówa, pełne słońce, fotograf wali lampą w parę, która trzyma się za ręce i.. co? Buziaczek 🙂 A wszystko to, bo ciebie yyy mam na tle klifu! Słiit będzie Focia.

Podbieg parkiem w kojący cień rezerwatu. Już nie ma tak dużych różnic poziomów, świetnie poprowadzone ścieżki rowerowo-spacerowe do samego Gdańska.  Na końcu 9. kilometra robię przerwę na przetestowanie żelu energetycznego. Ciekawe, jak działa i czy ja w ogóle mogę takie stosować.

Ta wiedza może się przydać podczas startów w publicznych imprezach. Z góry nie planuję używać je w normalnych treningach. Popijam wodą i po 300m wbiegam na sopocką autostradę dla rowerzystów/biegaczy 🙂 Tuż przed molem czuję, że motorek w tyłku się włączył i dosłownie przeskakuję ponad spacerowiczami, slalomem wyprzedzam innych, ładnie ubranych i uzbrojonych w słuchawki biegaczy (pojawili się wreszcie). Ileż satysfakcji mi sprawiały zdziwione spojrzenia smukłych postaci, gdy wyprzedzał ich cały spocony i (wciąż trochę) grubasek w zabłoconych butach. Czasy 5:10, 5:17 na 10. i 11. kilometrze mówią same za siebie. Klepię ogrodzenia mola i powrót. Może tym razem Aleją Zwycięstwa? Chodnikami, bez ciągłych podbiegów? Tak po ludzku? Nawet podbiegłem niedaleko głównej trasy

łączącej 3 miasta. Eeetam, wracam do Orłowa, tam zobaczymy, co dalej.

Mijam plażę i co widzę? Kolejna para he, he. Zgadnicie, co robią? Cmok cmok a fotograf cyk cyk. Blech.

Postanawiam wbiec na klif a stamtąd odnaleźć ścieżkę na około rezerwatu, aby jakoś dostać się do Gdyni chodnikiem. Znów czasy 9:29 i 9:47.

Mozolnie, drobnymi kroczkami ostro w górę i za chwilę ostro w dół.

Wyprzedza mnie para rowerzystów, biegaczy brak. Sporadycznie zabłąkani spacerowicze. Po wbiegnięciu na kolejny szczyt, z wysokości ok. 30m widzę ścieżkę wzdłuż plaży. Jasna dupa! Za piachem, na łączeniu z lasem jest utwardzona ścieżka a ja tu pomykam po wzniesieniach. Kto nie ma w głowie, ten ma w nogach. Mam dość, wypijam drugą połowę żelu. Po kolejnym zbiegnięciu do wąwozu trafiam na szczątkowy asfalt.  Ta droga musi prowadzić do osiedla! Więc biegnę w lewo (po prawej mam morze). Dłuuugi podbieg do wyjścia z rezerwatu wprost na przystanek autobusowy. Wskakuję na chodnik i z górki osiedlami w kierunku centrum Gdyni. Mijam piękny biurowiec, rozglądam się za krzyżem na Kamiennej Górze blisko portu, ale bloki zasłaniają. Myślę sobie, że trzeba jakoś skręcić w kierunku morza, aby trafić na promenadę. W końcu trasa ma jakieś 21km a ja mam 19 za sobą.

Skręciłem, biegnę na wprost (tak mi się wydawało) w kierunku morza.

Wbiegam do małego parku, z którego wszystkie drogi prowadzą do rezerwatu.

Ok., przecież już niedaleko, jakoś pobiegnę po piachu. Znów rezerwat, bardzo kręte ścieżki, oczy lekko zachodzą mi mgłą. Ile jeszcze? Szukam morza i widzę asfalt. Cholera, jakiś podobny do poprzedniego. Przecież to ten sam rezerwat, ma prawo mieć podobne drogi. Biegnę tym asfaltem w, jak mi się wydaje, kierunku morza. Wyobraźcie sobie moje zdziwienie, gdy po długim podbiegu wychodzę na przystanek autobusowy. Co za przedział?!

Zrobiłem pętlę! Jak to możliwe? Zabłądziłem. Ja?! No nic, teraz obieram drogę od razu w górę, abym lepiej orientował się w terenie. Brak sił, przechodzę w marsz do szczytu. Ludzie się na mnie gapią, bo wcześniej w lesie odlepiły mi się plastry i sutki już zaczęły krwawić. Tą przypadłością zarazili mnie Pawły z Szurania. Wcześniej tego nie znałem 😉 Wiem, ze jestem w Redłowie, a więc bardzo blisko. Pytam ludzi, którędy do plaży. Wbiegam w znany mały park, w rezerwat, w asfaltową drogę (już 3 a nawet 4 raz!), ale tym razem biegnę w stronę morza bagatela 150m! Co za osioł ze mnie poprzednim razem, że źle skręciłem lub jak to mawia moja żona „źle pomyliłem” 😀 Teraz biegnę wzdłuż plaży wąską ścieżką obfitą w 2-4m podbiegi i zbiegi do miejsca, gdzie nie ma przejścia. Muszę biec plażą. Dobiegam do linii wody licząc na cokolwiek twardsze podłoże.

Niestety. Kolejna rzeźnia. Nie wiem, co gorsze; podbiegi czy bieganie po piachu. Do tego plażowicze gapiący się na zakrwawioną koszulkę. Na duchu podnosi widok portu na horyzoncie. Dobiegam do betonu i ostatkami sił prę naprzód. Już niedaleko, do końca latarni. Za chwilę okazuje się, że drzewo zasłoniło dalszy ciąg latarni, a więc jest jeszcze dalej. Rany, ale zmęczony. Dobiegam mokry do ostatniej nitki. Nie mogłem wyłączyć telefon totalnie przemoczony. Poprosiłem turystkę, aby stuknęła w ekran, bo ma suche palce. Ta stała sparaliżowana gapiąc się to na mnie to na sutki. Mam ją chlasnąć w twarz? Na szczęście przebudziła się i jakoś wspólnie włączyliśmy pauzę.

Ostatnia minuta to próby wyłączenia Endo. Czas 2g49m nie powala, ale.. To nie asfalt lub chodnik i to nie amsterdamski placek, a ok. 1800m w górę i dół. Następnym razem zrobię trasę Aleją Zwycięstwa do Orłowskiej, dalej ścieżkami do Sopotu i właśnie tę trasę gorąco Wam polecam. Jeśli znajdzie się świr, który wybierze te moją, z chęcią zaproszę na trasę Skocznia – Telegraf – Sitkówka. O tym w następnym opisie.

Żródło zdjęć Internet.

Pozdrawiam

Paweł Trzeci

Author: szuracz

Share This Post On

1 Comment

  1. Gratuluję siły woli 🙂 Ja zwykle na festiwalach odpuszczam i po prostu się bawię. Chociaż w zeszłym roku podczas tygodniowych wakacji na Sardynii dwa razy biegałam po plaży – było tak pięknie, że nie mogłam odpuścić 🙂

    Post a Reply

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: