szuranie w duecie z Krzysiem

Niedziela nie wyglądała dobrze jeśli chodzi o pogodę. Ale skoro był to trzeci dzień bez szurania – nie było wyjścia… Smutne, deszczowe niedzielne szuranie zapowidało się inaczej niż zwykle. A to za sprawą towarzysza. Krzyś bo o nim mowa, z ruchem miał do czynienia ostatnio tyle, że był na ruchu, a raczej Ruchu. Chorzów:) Jeździ do pracy rowerem, jednak nie dość, że blisko to jeszcze z górki. Po kilku (choć po raz pierwszy odgrażał się już w zeszłym roku) prośbach i namowach wreszcie udało się go wyciągnąć z domu. Spotkaliśmy się po moim rozgrzewkowym kilometrze i poszuraliśmy – dosłownie – przed siebie. Tempo, masakrycznie wolne, ale tak miało być. Ilość przystanków (przejść do marszu) dawno nie widziana – ale tak miało być. Szczerze myślałem, że Krzyś zrezygnuje po 10, 15 minutach. Ku mojemu zaskoczeniu zrobił ze mną moją standardową pętle (ok. 5km) i jeszcze musiał doszurać do domu, czyli pewnie wyszło mu w okolicach 6 kaemów. Wiem, że jak na pierwszy raz to za dużo, wiem, że pewnie w domu cierpiał katusze. Ale mam nadzieję, że się nie zniechęci, a i o żadnej długotrwałej dolegliwości nie będzie mowy. Dzięki takiemu akurat wybieganiu pękła mi pierwsza godzina treningu, po raz pierwszy:) W sumie wyszło:

D: 7,7 km

C: 1:01:22

Zdziwiony też byłem tym, iż robiąc częste przejścia do marszu – raczej tego nie stosowałem – można przebiec ostatecznie wielkie (jak dla mnie odległości). Po tym treningu nie czułem praktycznie nic, i gdyby nie to, że najzwyczajniej w świecie zmarzłem i musiałem kupić do domu mleko:) to spokojnie mógłbym zrobić jeszcze drugie tyle. W tym, bądź szybszym tempie. Wypróbuje to następnym razem.

A tymczasem do mojego pierwszego oficjalnego biegu zostało: 13 dni…

polecam: www.kieleckadycha.pl

tutaj cała traska:

historia:

run-log.com

 

Author: szuracz

Share This Post On

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: