Układ Warszawski czyli najlepsza jesień życia

Jakiś czas temu stwierdziłem, że nie napiszę niczego więcej o bieganiu. Bo co może być ciekawego w kolejnym starcie? Dobiegłem albo nie, wiało albo było gorąco. No i kogo to tak naprawdę obchodzi? Świat pędzi jak szalony i każdy ma swoje życie. Nie warto się narzucać innym tylko dlatego, że się gdzieś pobiegło. Taka prawda. Nie czuję żadnej potrzeby dzielenia się swoimi myślami. Wypaliłem się, jesień życia i takie tam… Ale tym razem stało się coś tak niesamowitego, że zmieniłem zdanie, tylko na trochę, no i chyba chciałbym jakoś utrwalić ten stan, zanim za parę godzin sięgnę po dziesięć dni antybiotyków i będę się tępo wpatrywał w monitor, marząc chyba tylko o tym, żeby jakoś przespać ten czas. Znam to aż za dobrze. A raczej źle …

   Ten rok też mi się zaczął chorobą. Trenowałem do wiosennego maratonu i nagle w połowie stycznia, w środku całkiem już dobrej formy, zupełnie straciłem siły. Miało być przemęczenie a był   wyrok –   miesiąc paskudnych, totalnie otępiających prochów i zero nadziei na jakiekolwiek bieganie. Zdemolowało mnie to strasznie. Próbowałem, tłukłem głową w mur cały marzec i kwiecień, dopiero w maju udało mi się pobiec moje pierwsze wolne kilometry. I cały ten czas wprost maniakalnie towarzyszył mi sen o Warszawie… Wyzdrowieję, potrenuję całe lato i w końcu września wystrzelę jak z procy, łamiąc życiówkę i nade wszystko, moje przeróżne warszawskie kompleksy. Bo w szafie mam już dwie koszulki z poprzednich edycji tego maratonu. Dwa lata temu zachorowałem miesiąc przed startem a rok temu strułem się czymś na jeden dzień przed biegiem i dałem radę przebiec tylko połowę trasy, z silnym postanowieniem, że za rok wrócę i mocno skopię tyłek mojemu pechowemu Maratonowi! To był jedyny biegowy cel na ten rok. Odpuścić wszystko, nie dać się ponieść, przyczaić żeby potem z całą mocą rzucić się na tę Wawę i zatriumfować. Bo ja bardzo ale to bardzo nie lubię przegrywać!

12011113_1156194137739237_2618920830489398228_n

I wszystko zaczęło się układać… Wszedłem w rytm, bieganie przestało męczyć, czułem, że uciekam chorobie i staję się mocny. Zaliczałem kilometry i buraki. Światełko w tunelu nie wyglądało już jak nadjeżdżający pociąg, a świat dosłownie oddawał mi wszystko co najlepsze. No wiecie, kobiety, wino, śpiew… to był dobry czas. Tak dobry, że codziennie zastanawiałem się, kiedy mi coś w końcu runie na głowę bo przecież w naturze musi być jakaś równowaga. Jak jest aż tak dobrze to potem musi być źle. Inaczej jest tylko w bajkach. Ale było coraz lepiej. Tempo treningów wciąż rosło, byłem jak nakręcony. Czułem, że tym razem Warszawa będzie moja …

12045467_437806809763731_4088063156871763529_o

   W lipcu trochę się to skomplikowało, zwaliły się na mnie problemy, różne zaniedbania eksplodowały nagle i czułem, że tracę grunt pod nogami ze wszystkim co było na zawsze i na pewno. Bieganie siłą rzeczy, zeszło na dalszy plan ale kiedy było już naprawdę źle to te moje treningi, takie na przymus, postawiły mnie znowu na nogi. Wychodziłem z domu właśnie dlatego, ze chciałem się zapaść w najgłębszą dziurę. I dałem radę. No i schudłem parę kilo,  co dotąd jakoś nigdy nie chciało się udać 🙂 Tłukłem swoje kilometry i było lepiej, coraz lepiej. W sierpniu zadziwiałem samego siebie… Moc czerwonego buraka spłynęła na mnie jak jakiś dar i latałem szybciej niż kiedykolwiek,  bez żadnego wysiłku. Stresy zostały gdzieś z tyłu i znowu było dobrze. Niby wiedziałem, że muszę uważać bo nadwątlonego zdrowia nie da się oszukać ale uwielbiam ten pęd i poczucie wolności chyba dużo bardziej niż rozsądek… Na miesiąc przed Warszawą pobiegłem sobie kontrolnie trudny Półmaraton Wtórpolu. Miało być powoli, na 2 godziny ale oczywiście mnie poniosło i zrobiła się życiówka… Uzyskana tak lekko, że uwierzyłem we wszelkie możliwe cuda. Zamiast trochę odpocząć, rzuciłem się na treningi jak wariat. Jasne, że to się musiało źle skończyć. Rozchorowałem się ponownie !!!

12047021_943455055718497_1162081720751576492_n

Początek września, badania i spodziewany wynik. Nie będzie Warszawy……….

Rozpacz, załamanie i wściekłość nie do opisania…

Co ja sobie k….a wyobrażałem?   Że jestem z żelaza ?

Wszystko czym żyłem całymi miesiącami nagle zostało mi odebrane. A bez żadnej przesady, nie było nawet dnia w którym bym nie myślał o tym starcie. Błagam lekarza, żeby coś wymyślił bo drugi raz w ciągu roku tego nie zniosę. Miesiąc antybiotyków to potem trzy kolejne powolnego dochodzenia do siebie. Pod każdym względem. Wytargowałem tyle, że dostanę tabletki tylko na 10 dni. Bo może to wystarczy. Ale to była marna pociecha. Bo nie będzie mojego tak wyczekiwanego startu…

12006200_1050930638273305_1699069422001469843_n

    Załamany wrzucam na fejsa info, że oddam pakiet. Niech sobie ktoś leci, chociaż tyle. Ale rozczarowanie jest tak wielkie, że nie mogę się pozbierać. I w środku nocy budzi mnie nagła, pozornie szalona myśl… rano idę do lekarza. Mam maraton za dwa tygodnie i co by było gdyby… Najpierw słyszę totalny sprzeciw, w końcu są powody, że dostaję te leki…. Ale tłumaczę jakie to ważne. Najważniejsze. Nawet gdyby to miał być mój ostatni bieg. Determinacja przenosi góry, tak ? No i wreszcie słyszę, że mogę spróbować, powoli, ostrożnie i raczej od tego nie umrę. Ale jestem dorosły i ocena należy do mnie. To mi wystarczy. Jasne, obawiam się tego bardzo ale przynajmniej jest cień nadziei. Nie będzie zwycięstwa ale może nie będzie klęski. Wystartuję, najwyżej zejdę z trasy. Gdzie jak gdzie ale tam na pewno nie zabraknie karetki 🙂 Znowu mam jakiś cel . Już nie 3:49 ale żeby chociaż wbiec na Stadion Narodowy. Albo się doczołgać. W tym roku…

11913240_1028944490458476_9100978210028476703_n

    Dla mnie to proste.  Moja żona z jakichś niezrozumiałych powodów widzi to inaczej. Mamy wojnę, psychicznie cięższą chyba niż sam maraton. Ale daje radę. Tłumaczę, przekonuję cierpliwie   udając rozsądek. Przecież mogę zejść z tej trasy w każdej chwili. W końcu jakoś się rozumiemy. Dostaję carte blanche. Bez ciernia entuzjazmu. Nie czuję się dobrze i nie mam pewności, że ten start w ogóle będzie możliwy. Jak mawiają sportowi sprawozdawcy, zadecyduje dyspozycja dnia. Pewności nie dodaje mi smutny fakt, że nawet pomijając chorobę, tak naprawdę ani trochę nie jestem gotowy na ten maraton. Znajomi oczywiście wiedzą lepiej, jestem w świetnej formie ale fakty są miażdżące: w maju przebiegam 120 km, w czerwcu 129, lipiec miał być mocny ale przychodzi załamanie i w rezultacie tylko 111 km. Sierpień na tym tle wygląda dobrze: aż 228 km, ale przechorowany wrzesień to już tylko 51 km… Z dokładnie stu zaplanowanych treningów opuszczam 42. W tym te najbardziej kluczowe. Czy tak wygląda trening do maratonu? A długie wybiegania? Jedno na 25 km, dwa na 22 km i dwa na 21 ( starty w Radomiu i Skarżysku ). I to wszystko. Bilans jest żałosny. Po jednej stronie wybujałe ambicje i marzenia o Warszawie, po drugiej, totalny brak wybiegania. Jedno jest pewne, bardzo chcę spróbować… W końcu ten start to moja wielka, teraz już chyba jedyna obsesja.

11825936_948701691912090_6984276712992955534_n

    Czas ucieka i nagle robi się tylko tydzień do dnia W. Coś trzeba postanowić, a ja się z każdym dniem bardziej boję. No bo jeśli męczy mnie wchodzenie po schodach na pierwsze piętro to jaki sens ma porywanie się na maraton? Nawet szaleństwo powinno być choć trochę  uzasadnione. Ale w głębi duszy i tak wiem, że pojadę i zmierzę się z Losem. Kopał mnie ostatnio po kostkach i zasłużył na łomot. A żeby trudniej było mi się wycofać, rzucam na fejsa info o swoim starcie… Reakcja znajomych, prawie wyłącznie fanatyków biegania, cieszy i dodaje skrzydeł. Rodzi się spontaniczna   akcja #Andrzejdaszrade .Większość popiera mój szalony plan.  Sił może od tego nie przybywa ale uśmiechu i motywacji mam po przysłowiowe pachy. Jakoś tak ze mną jest, że krytyka albo czyjaś niechęć , potrafią mnie niemal zabić, za to ciepłe słowa niosą taki ładunek dobrej energii, że zaraz się unoszę nad ziemią. Nie za bardzo bo biegowi wyjadacze tonują cały ten optymizm. Odpuść, poczekaj, potrenuj, za rok też jest maraton, bieganie w tej sytuacji nie ma sensu. A ja … zgadzam się z każdą ze stron. Wystartować byłoby fajnie, a odpuścić mądrze… Ale sercem jestem na starcie. Bez żadnych nadziei na metę. Jedno jest pewne, tego dnia na pewno nie zostanę w domu…

12004114_1169480919745197_5321603620130650065_n

Mijają kolejne dni,  jeszcze nie mówię rodzinie czy wyruszamy ale na wszelki wypadek punkt po punkcie odgrywam to całe, tak dobrze znane maratończykom misterium .

Zmniejszam światowe zasoby słodkiej wody o kilka litrów dziennie, a w czwartek zaczynam swoją ulubioną akcję pod nazwą „37 Makaron Warszawski”. Dzieci patrzą przerażone jak pochłaniam całe góry kolanek i muszelek. Żeby nie było monotonnie, nie żałuję ryżu. A na deser misie Haribo. Dwie paczki. Bez tego nie ma biegania! W piątek zaczynam wierzyć , że może mi się jakoś uda. Odstawiam wszystkie leki które sobie dotąd grzecznie brałem i zaczynam myśleć już tylko o biegu. Trasa, profil, taktyka… Odpuszczam negativa, tym razem będę się trzymał zająca na 4:00. Tak długo dopóki się da. Liczę, że do połowy dolecę. A potem się zobaczy. Wiem jak powinno wyglądać moje tętno chyba na każdym kilometrze biegu. To będzie mój hamulec bezpieczeństwa. Jedyna pewna rzecz w stołecznym Morzu Niewiadomego.

10629280_1169486883077934_9075071423094925229_o

Sobota zwala mnie z nóg tępym bólem i osłabieniem. Wcześniej nie czułem się dobrze bo marnie się funkcjonuje z trzytygodniowym bólem głowy i nie tylko. Ale różnica jest ogromna. W jednej chwili wiem, że nie polecę tego maratonu. To nie będzie możliwe. Oczywiście jadę i startuję ale na zimno szacuję, że dam radę pobiec może 5 km. Symbolicznie. Takie moje małe Powstanie Warszawskie i do zobaczenia za rok. Beznadzieja… Czytam na fejsie, że chłopaki zamierzają pobiec na środkach przeciwbólowych i zastanawiam się czy to ma sens. Czy otumaniony organizm nie zabierze wydolności kosztem zmniejszenia bólu? Czy da się tak pobiec? Łykam dwa nurofeny bo i tak nie mam nic do stracenia. Wieczorem kolejne. Mam wrażenie, że jest lepiej. Pakuję plecak i czas do łóżka. Pobudka o 4.30. Pierwszy raz spokojnie przesypiam noc przed maratonem. Może to te tabletki ale chyba i poczucie, że tym razem obejdzie się bez walki…

12006517_1252954018053083_1038573736297969589_o

Poranek przynosi jedną dobrą wiadomość. Przestało lać. Nerwowa krzątanina w półśnie. Ból chyba nie wie, że dziś jest ten dzień. Na śniadanie karmię go Nurofenem i jazda .

Warszawa po ósmej . Wokół Stadionu kolorowy tłum. Atmosfera święta. Dzień o którym myślałem od roku . Nie tak miało być ale nie ma czasu na myślenie. Szybko odbieram swój pakiet od przesympatycznych koleżanek ( Drużyna Bartka sobie pomaga – wielkie dzięki, Beato !!! ). Dziewczyny chyba nie są z Pragi bo w pakiecie niczego nie brakuje 🙂 A mi nagle zaczyna brakować czasu. 8.45 a ja szukam depozytów. Chyba wybrałem złą drogę ale nie mam wyjścia. Ochroniarz coś wrzeszczy, skaczę przez wysoką siatkę i jestem po dobrej stronie. Mało czasu, mało czasu ! Z tego wszystkiego kompletnie zapominam o kremie natłuszczającym, co tylko podnosi poziom mego przerażenia. Biegnę na start, po drodze brutalnie wymuszam pierwszeństwo do toi –toia. Stres i poczucie, że mój pobyt tutaj to kompletne nieporozumienie i katastrofa. Pierwszy raz tego dnia muszę zwolnić tempo . Co ja tutaj w ogóle robię ?

Wbijam się w morze podekscytowanych ludzi, nie wiem nawet czy to start do maratonu czy sztafety. Na szczęście spotykam Karolinę, jej uśmiech zawsze mnie uspokaja no i nie mam nawet czasu być przerażony. Bo tłum mnie porywa. I od początku wszystko jest nie tak. Zegarek nie łapie ani GPS, ani tętna a bez podglądu pulsu jestem skazany na szybką śmierć przez zaskoczenie. Nawet mój walkman , mający mnie otulić szczelną warstwą dobrych dźwięków , wydobywa z siebie tylko krótki warkot. Spięcie. Pozdrawiam Sony. I jeśli wierzę, że warto czasem  obserwować i interpretować znaki jakie nam daje świat, to tym razem staram się je szybko wyprzeć z głowy. Ale i tak wszystko mi mówi , żebym sobie dał spokój. Źle się czuję, robi mi się słabo i najchętniej wróciłbym na start. To nie mój dzień. Nie mój czas. Ludzie wokół cieszą się , rzucają żarty . Ja myślę tylko o tym, żeby nie odpłynąć w niebyt na pierwszym kilometrze. Tlen w płucach robi swoje, trochę się uspokajam… żeby chociaż trzasnąć jakieś 5 kilometrów …

12019868_10200951788313729_7496815983576482887_n

   Myślę o akcji #Andrzejdaszrade… Nikt nie będzie mógł mieć chyba do mnie pretensji. Robiłem co się dało, żeby tu dzisiaj być… Biegowe cudo adidasa dalej mieli ekran nie łapiąc żadnych parametrów, a ja myślę sobie, że ten mój bieg nie ma dziś najmniejszego sensu. Jest gorzej niż sobie wyobrażałem w najczarniejszych wizjach… Krótko przed trzecim kilometrem robię pierwszą mądrą rzecz tego dnia – twardy reset zegarka. Uruchomiony po chwili , włącza się i wszystko działa. Mój maraton zacznie się na 3 km ale przynajmniej mam teraz jakieś dane. Tętno 154 , za wysokie ale to jeszcze nie zgon. Postanawiam za wszelką cenę dotrzeć do piątego kilometra. Pierwszy raz się rozglądam, próbuję ustalić w jakiej jestem strefie. Gdzieś daleko widać baloniki, przyspieszam nieco, żeby mieć punkt odniesienia. Ludzie wokół mijają mnie jakbym stał w miejscu. Zastanawiam się, ile dam dziś radę pobiec. Chory, żałosny facet któremu zachciało się maratonu… Tętno trzyma swój poziom, staram się w tym widzieć jakieś dobre strony. Bo skoro nie rośnie, to może nie jest ze mną aż tak źle. Doganiam zająca, idealnie . Leci na 4:00.

Robi się 5. kilometr. Będę w statystykach. Czy jest sens, dalej toczyć tę nierówną walkę ? Jestem już cały mokry , ten bieg sprawia mi podwójny wysiłek. Ale czepiam się myśli, że każdy z moich startów fatalnie odbieram do 10 kilometra a potem czuję się jakby lepiej… może spróbować ? Tym bardziej, że był deal – dopóki nie padnę to biegnę. Proste.pzu-out-mwa15_01_mtr_20150927_100011.jpg-7604

   Gdyby mnie ktoś zapytał, co wtedy widziałem, czy pamiętam przez jakie dzielnice biegłem  i czy zapamiętałem coś szczególnego, miałbym spory kłopot z odpowiedzią. Pamiętam każdą swoją myśl ale bardzo niewiele wrażeń z trasy. Woda, banany, woda… kilometry klepią się bez entuzjazmu ale powoli opuszcza mnie panika. I to mimo bólu brzucha który znowu się odzywa. Łykam Nurofen, poprawiam smak żelem i mam swój wymarzony dziesiąty kilometr. I chytry plan w głowie, żeby dociągnąć do 15-go. Bo zaraz potem jest mój ulubiony kawałek trasy. Łazienki i Aleja Hopfera. Must see. Chyba, że padnę. Ale nie padam, chwilami robi mi się słabo ale ponieważ to się powtarza któryś raz i mija, wyrzucam to z głowy i zajmuję ją myślami. Mijam 15-tkę i po chwili Łazienki. Ta nazwa budzi we mnie jednoznaczne skojarzenia. Warto by zaliczyć jakiś pit – stop bo sikać chce mi się od początku. Ale trzymam się zająca a moja choroba ma to do siebie, że ta radosna czynność mogłaby potrwać dobre kilka minut. No to wypieram z głowy. Bo straciłbym kontakt z peletonem. Nawiasem mówiąc, toitoiowych spraw bardzo się obawiałem przed tym startem i liczyłem się z koniecznością kilku przymusowych przerw. Lecę dalej, w głowie po raz pierwszy tego dnia kiełkuje mi nieśmiała myśl o ukończeniu tego maratonu. Dolecę do połowy, potem się trochę przejdę a jak się da to znowu kawałek potruchtam. I jakoś to będzie. Myślę o swoich znajomych. Kilka osób na pewno śledzi wyniki online i chyba sprawię im miłą niespodziankę , docierając do połowy dystansu. Biorąc pod uwagę jak czułem się wczoraj, sprawię ją przede wszystkim sobie. Piję i wciągam banany wszędzie gdzie się daje. Przed 20-tką znowu żel i Nurofen. Najpopularniejszy mix dnia. Jestem na połowie biegu. Może lekko się to czyta ale ja byłem już potwornie zmęczony… I zaraz ze sobą zawarłem taki układ warszawski, jak się da to dobiegnę jeszcze do 25 km. A potem się przejdę. To i tak będzie jeszcze 17 km spaceru. Potwornie dużo !!! I zaraz miałem te swoje 25 km. Ależ byłem z siebie dumny! I zdziwiony, bo przecież nie miałem siły od samego startu… Sprawdziłem tętno, trochę ponad 160. Ale to był bardzo dobry, książkowy wynik… Bardzo już mi się nie chciało biec ale nie było racjonalnego powodu żebym przestał. Szybko sobie   wytłumaczyłem, że jak dobiegnę do 30 to zostanie mi mniej do przejścia. Jakie to było proste… 😉 Tylko, że nogi zaczęły się buntować. Od 26 km lewa łydka postanowiła ze mną zerwać,a Nurofen najwyraźniej nie docierał tak nisko… Bolało jak diabli ! Ten fragment trasy to była taka agrafka, biegacze z 26 km mijali po drugiej stronie szczęśliwców będących na 32 km. Nie powiem żeby to na mnie podziałało mobilizująco…

Zrobiło się naprawdę ciężko. Głowa i serce chciały rwać do przodu, nogi miały dosyć. Bo przecież obiecałem spacer.  Postanowiłem wykrzesać z siebie siły jeszcze do 30-go kilometra i potem już na pewno przynajmniej parę kilometrów zaliczyć spacerkiem. Zostanie 12 , lajcik.

Tym bardziej, że gdzieś tam koło 33 km czaił się podobno groźny podbieg na ul. Sanguszki, mający dosłownie zdziesiątkować dzielnych maratończyków. A to budziło respekt. Tymczasem dalej masakrowałem nogi i zrobił się 30 kilometr. Byłem jednocześnie u kresu sił i strasznie dumny, że dotarłem tak daleko, wbrew jakiejkolwiek logice czy planom. To co się działo, zaprzeczało wszystkiemu co dotąd wiedziałem o sobie. Tak bardzo chciałem tego maratonu, że moja wola zaliczenia go tego dnia odcięła mnie chyba zupełnie od świata i chyba nawet od samego siebie. Wiedziałem, że potrafię znosić ból ale tym razem to słowo miało również inne znaczenia. Ja go znosiłem tak bardzo, że przestawał się liczyć   jako istotna przeszkoda w realizacji Celu. Znosić ból , znaczyło wyeliminować, sprowadzić do mało istotnego wymiaru. Zagiąć czasoprzestrzeń siłą woli jak papierową kulkę. Dwa lata temu o wiele mniejszy ból wyeliminował mnie z walki na 38 km Maratonu Poznańskiego. Ale dzięki tamtemu doświadczeniu wiedziałem, że ból łydek czy ud bardzo rzadko się kończy zatrzymaniem akcji serca. A jeśli tak, to na pewno nie był powodem żebym się miał zatrzymać. Proste. I poleciałem dalej.

Po 30 km był wodopój na którym  przez chwilę zabrakło kubków, na króciutkie sekundy musiałem się zatrzymać i przejść kilka kroków. Poczułem wtedy jak bardzo bolą nogi kiedy się idzie , za bardzo. Bieg wydawał się dużo lepszym wyjściem. To było dobre miejsce. Dzieci tam biegały w panice, żeby jak najszybciej nalewać wodę biegaczom, a do mnie bez pośpiechu podszedł mały chłopiec i z uprzejmą miną znudzonego lorda, zapytał : Panie Andrzeju, wody ? 😉

Rozbawił mnie tym do łez i sprowadził na ziemię. Przy takim stopniu zmęczenia pozornie błahe rzeczy nabierają wartości i innego wymiaru. Coś ze mnie z tą wodą spłynęło… Postanowiłem biec dalej. I zaraz był ten wielki podbieg który okazał się marną podróbką, cieniutkim pagórkiem który w naszych górkach musiałby być uznany za idealnie prosty odcinek.

I po nim wiedziałem już, że nie ma mowy o żadnym marszu bo za długo czekałem na ten Stadion i należy mi on tu i teraz, bez względu na wszystko. A potem mogę sobie zdychać. Postanowiłem ignorować ból , ściany i co tam miałoby mi stanąć na drodze. W tym momencie wygrałem sobie ten maraton. To było jeszcze 8 kilometrów ale mogłoby być i 18 . Nie zatrzymałbym się już za nic.   Wokół mnie ludzie padali jak muchy . Bo skończyły się bateryjki , bo to nie ich dzień i inne takie historie. Pomyślałem o tym , ile mnie kosztowało dotarcie do tej chwili, od pierwszych marcowych spacerów ze stopniowym wydłużaniem dystansu od samochodu do murku i z powrotem, o pierwszych przebiegniętych krokach i zawrotach głowy, o wszystkim co musiałem przejść, żeby móc sobie tak po prostu pobiec i coś się ze mną stało. Ja, totalny introwertyk, darłem się na ludzi, motywując do walki bo meta była o kilometry. Plotłem najprzeróżniejsze bzdury – na 39 km wrzeszczałem, że to nasz rewanż za 1939 rok , wtedy w Warszawie przegraliśmy, a dzisiaj wygramy! Jak można się było teraz wycofa? Mam nadzieję, że to komuś pomogło i dobiegł z trójką z przodu. Bo było coraz bliżej… Od dawna w oddali majaczył ten nasz biało-czerwony Everest i stało się jasne, że coś co dla mnie zaczynało się bez wiary w jakikolwiek sukces, z niezrozumiałych powodów skończy się triumfem. W wymiarze sportowym to nie był żaden wyczyn. Ale samo dotarcie do mety było czymś o wiele ważniejszym, na co wcześniej najzupełniej szczerze nie postawiłbym złamanego grosza. Na 41 km znowu spotykam Beatę – ziemia chyba jednak naprawdę jest okrągła J I zaraz był Stadion. Radość i duma, ze dałem radę. Złamałem 4 godziny ( 3:58:35) !!! Zrobiłem coś co logicznie rzecz biorąc nie miało się prawa udać bo to wręcz zaprzeczenie słusznego twierdzenia, że maratony pokonuje się ciężką, systematyczną pracą. U mnie to bardziej była potęga marzeń. Pokonałem swoje  warszawskie kompleksy i chyba gdzieś po drodze, kilka znacznie ważniejszych rzeczy…

Nie umiem racjonalnie tłumaczyć dlaczego to się udało. Potworny strach i adrenalina odcięły mnie tego dnia od rzeczywistości. Kazały ignorować ból i zablokowały wszystko co mogłoby mnie zatrzymać. Piłem wodę na każdym punkcie, wciągałem już nie wiem ile żelów co 5 km a bananami które pożarłem na całym dystansie można by spokojnie obdzielić spore stado małp a mimo to nie skorzystałem z tojki i to jeszcze z godzinę po biegu. Tego dnia nie byłem sobą, jakimś tam Andrzejem. To było dziwne, pozazmysłowe doświadczenie, coś jakby dobra energia wszystkich ludzi którzy mnie wpierali, połączyła się z moją, żebym mógł zrobić to o czym marzyłem tak długo… I dałem radę !!!

Dlaczego o tym piszę ?   Pewnie żeby jakoś podsumować ten zwariowany dzień, a właściwie kilka miesięcy mojego życia. Ale głęboko wierzę, że takie opowieści potrafią czynić cuda. Równe trzy lata temu, kiedy udało mi się jako tako przebiec 10 kilometrów , znalazłem w Internecie relację Bartka Kozłowskiego opisującą start kielczanki, Sylwii która przebiegła Cracovia Maraton w koszulce Korony Kielce. Ukończenie maratonu wtedy wydawało mi się czymś absolutnie poza zasięgiem marzeń  ale ta opowieść zasiała we mnie pragnienie zmierzenia się z niemożliwym. Rzuciłem się na głębokie wody treningu i dokładnie pół roku potem, przebiegłem ten sam krakowski maraton od samego startu aż do mety, ramię w ramię z Sylwią, bohaterką tamtej opowieści. I nic już potem nie było takie samo. Dokonałem niemożliwego po raz pierwszy, a teraz po raz drugi. Nie pogniewałbym się ani trochę gdyby jakiś początkujący biegacz, po przeczytaniu tego tekstu, postanowił zmierzyć się ze sobą i maratonem. Bo tak naprawdę wszystko dzieje w głowie a strach i ból to fikcja…

Nie wiem czy kiedykolwiek jeszcze pobiegnę maraton. Ale cholernie się cieszę, że odstawiając tabletki, udało mi się odstawić taki numer. Biorę pierwszą pigułę. Po tym co zrobiłem , nie będzie już taka gorzka…

A Wy… ? Biegaliście dziś trochę ?

pzu-out-mwa15_14_tlp_20150927_131540.jpg-7604

Author: szuracz

Share This Post On

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: