ULTRAŚledź

Pewnej grudniowej nocy złe myśli ogarnęły moją głowę, a dusza jakby sparciała. Postanowiłam umrzeć.

Przy życiu trzymało mnie jednak to, że zawsze chciałam zostać ultrasem. Biegam  – nie częściej niż raz w tygodniu po niecałe 10 km, czyli bardziej 8. Wyemancypowałam więc, że polegnę w walce o tytuł ultrasa. Zaczęłam szukać ultra biegów w necie. To była chwila. Miłość od pierwszego wejrzenia – ULTRAŚLEDŹ. Pasowało wszystko – nazwa, która mnie wyraża, miejsce biegu – tajemnicze i jak dotąd przeze mnie nie odkryte i kilometraż. 80 km po Puszczy Knyszyńskiej – dlaczego nie?

Zapisałam się w minutę i od tej pory każdego dnia chociaż raz powtarzałam sobie – ROZWALE TO !!! Czułam od początku dobre wibracje  płynące  z tej imprezy –  organizatorzy lansowali ten bieg w niewymuszony sposób. Bez zbędnego nadęcia i dorabiania ideologii i mistycyzmu – bo ja niestety jak biegnę to nie medytuje – a może wszystko przede mną?;). Zapisało się trochę ponad stu biegaczy – chyba niewiele, ale limit był 150 – bo to pierwsza edycja. Często odwiedzałam profil facebookowy, śledząc;) przygotowania.

Miałam trzy miesiące na przygotowanie. Na to żeby zrobić coś, aby mniej bolało. Treningów biegowych  jednak wszczęłam. Dalej raz w tygodniu.  Dalej 8 km i to Gallowayem;). Ale przebiegłam też nocna dychę naszą lubelska w stroju księżniczki biedronki. Uważam ze dużo pomogły  mi kettle – bardzo mi pasuje machanie żeliwnym czajniczkiem. Są minusy – odciski na dłoniach  mam jak  chłop od pługa oderwany. Moje  ręce  pasują więć  do stóp z wybrakowanymi paznokciami. Czyli jednak plus – jakaś konsekwencja w wyglądzie członków.

12 lutego wraz z Koleżanką Jowitą ( wyjątkowo ładna brunetka, szuka męża  – można do mnie pisać w tej sprawie) ruszyłyśmy ku śledziowej przygodzie. Niezawodnym VOLVERONEM  850 – granatową ultra strzałą pognałyśmy do Radzynia Podlaskiego, gdzie poprowadziłam  warsztaty bębniarskie w przedszkolu. Kiedyś  poprosiła mnie o to dziewczynka w Lublinie – żebym odwiedziła jej przedszkole w Radzyniu.  Myślała, ze odmówie;). Podroż do Supraśla na Ultra debiut okazała się okazją do odwiedzin i zrobienia tego za co biorę na co dzień ciężki hajs 😉 zupełnie dla satysfakcji i radochy. Dzieciaki miały frajdę, a paniom opiekunkom opowiadałyśmy o Ultra Śledziu.  Dostałam w podziękowaniu od dzieci i pań notesik hand made, gdzie była dedykacja z życzeniami powodzenia w biegu.

1

Potem kierunek Supraśl ! Podczas trasy spożywałyśmy  dużo batonów, i bombonierki. Jowita próbowała mnie przestraszyć trudnymi pytaniami . Czy wiem ze 80 km to dwa maratony? Czy naprawdę zamierzam to  przebiec?

Niestety nie skłoniła mnie do refleksji. Mimo nieprzygotowania nie czułam żadnego strachu przed biegiem. Nic ! Tylko zdrowe podniecenie. Moja taktyka była skrajnie prosta  – 40 km na sto procent a potem przyspieszać !

A tak poważnie to chciałam tylko znaleźć się na mecie.  Nie ważne jakim sposobem, ale w miarę godnie;).

Na koniec mylimy drogę. Ostatnie kilometry jedziemy przez las. Nagle widzę  żółte szarfy!!!! Oznaczenia trasy ULTRAŚLEDZIA.

2

Wyskakuję z volverona, macam, wącham, robię selfie;). Wtedy po raz  pierwszy zdałam sobie sprawę że to nie żarty. Że będę ultrasem już za niecałą dobę:). Że nic nie przeszkodzi mi już w uczestniczeniu w imprezie lubelskiej ” Pizza dla Ultrasów” ;).

Dojeżdżamy. W ośrodku Bukowisko moja miłość do UŚ staje się jawna i uzasadniona. Wszystko, ale to wszystko jest tak jak trzeba. Od pani z recepcji z niesamowicie abstrakcyjnym poczuciem humoru na biurze zawodów kończąc. Gra muzyczka. Jest przyjazny klimat, wszędzie pachnie śledziem, ludzie są otwarci, tłumaczą mi po 5 razy wszystko. Odbieram pakiet i przemiły człowiek ( znany jako „Biegam z wózkiem”) informuje mnie, że to  on będzie jutro  zamykał punkty kontrolne – i żebym nie robiła mu przykrości, bo nie chciałby mi tego zrobić.

Po odprawie lądujemy na pół godziny w pokoju dwóch całkiem przystojnych biegaczy. Mariusz i Robercik – jeśli to jakimś cudem przeczytacie wiedzcie, że coś się dzieje!!! Mam Wasze zdjęcie i czasem go używam w łazience;).

Z chłopakami trochę pogadaliśmy o planach na następny dzień. Cholernie było wesoło, aż miałam szczękościsk. Jeden z nich spytał:

  • Co najdziwniejszego jedliście w życiu?

Zapadła cisza. Każdy myślał, grzebał w czeluściach pamięci. Niestety wyparowałam ja:

  • Nie wiem co jadłam, ale kiedyś  po ciemku  w nocy poszłam do kuchni i wypiłam rivanol w którym mój ojciec moczył bandaż.

Po tym obwieszczeniu nie było już co zbierać.

Grzecznie żegnamy się z kolegami i udajemy   się  do pokoju.  Jowita dużo mi pomagała. Ja przygotowywałam lanserski strój na ultradebiut, a ona zrobiła mi 7 kanapek z pasztetem.

3

4

Na bieg, mimo, że wiele osób mi odradzało, ja postanowiłam zabrać na 80 km walki to co lubię. A lubię pasztet i białe bułki. Wzięłam też batony energetyczne, dwa żele, lizaki ( ale zgubiłam ), kabanosy z żurawina i coca- colę w puszce. I proszę nie myśleć, ze jestem głupia, ponieważ po pierwsze wiem, że jestem, a po drugie wybór  prowiantu był spowodowany złymi przeżyciami na maratonie w Lizbonie, gdzie pierwszy raz w życiu prawie umarłam z głodu. I karmili tylko tymi słodkimi do porzygu żelami…a ja marzyłam o pasztecie, a na mecie były lody magnum. Nie tknę tego badziewia do końca mojego bagiennego żywota …

Numer startowy – lepiej być nie mogło!!! Jak powszechnie  wiadomo gwarantem sukcesu jest parzysta suma cyfr numeru startowego.  Podziele się dobrą i sprawdzoną radą. Jeśli przydarzy Wam sie nieparzysta suma cyfr należy dopisać na numerze chociażby małą, a nawet mikro jedyneczkę. Moze nie pomoże, na pewno nie zaszkodzi , a głowa bedzie spokojniejsza. Ja mam 077. Szach mat. Kończymy z Jowitą paczkę toffifi i browarki ( po 1,5 tylko było, nie myślcie, ze jesteśmy jakies Chlorelle). Zasypiam po raz ostatni jako NIE ULTRAS. Z raczkami na kołderce. Jowita chyba miała pod.

5

5.00 dzwoni budzik. Tradycyjnie wstaje 5.15 . Patrzę przez okno – pompują scenę – znaczy start;). Delikatnie uchylam okno i drę  się: ULTRAAAAAAA Śleeeeedz!!!!!!!! Chowam sie szybko. Toaleta, wizaż, nowe skarpety – takie fajowe miałam ze stuptutami. Dobrze jest takiego cos nowego sobie założyć w takim wyjątkowym dniu – baby to lubią;).

Ale największym szaleństwem są moje lidżajnsy. W myśl zasady – ” co nie dobiegnę to dowyglądam ” kupiłam przewspaniałe, prima sort sexy naszki.

Wylazłeś  5 minut przed startem ale efekt był spektakularny. Biegaczki od razu sfotografowały i pochwaliły i zapytały gdzie kupiłam. Biegacze też  byli pod ogromnym wrażeniem. W celebrowaniu tego widoku przeszkadzała im tylko unosząca sie nad moim plecakiem woń podlaskiego pasztetu.

Odliczanie! I początek przygody. Biegniemy  pierwszy kilometr po asfaltówce. Zaczynaja pikać  zegarki.

Kumpel rzuca żarcik:

  • Pierwszy  kilometr 6:00 , jest dobrze…

Ja na to z miną kobiety o potędze mądrości siedmiu mężów:

  • Nie  spierdolmy tego;) Hahahahaaaaaaaaaaaa!!!

Pierwsza godzina biegu była dla mnie szokiem. Prawie jej nie pamiętam . Działo sie trochę tak, jakbym była w grze komputerowej. Nie docierało do mnie , ze porwałam sie na 80 – cio kilometrową wycieczkę. Nie do końca czułam, ze to naprawdę biegnę ja. Wiem, że biegnę, widze innych biegaczy, ale jestem jakby w bańce  mydlanej.  Od 7 -ego kilometra biegnę już sama. I jest mi z tym dobrze….ani za zimno, ani za ciepło. Bez muzyki, spokoj , cisza, po prostu sobie truchtam. Jest bardzo malowniczo, nie ma nudy… Piękne tereny i  mój wolny bieg. Kiedy normalnie biegam to strasznie mi sie nudzi. Tu powiedziałam sobie – Sylwuniu, bedziesz dzis biegła cały dzień. I mój mózg i moja sparciała dusza przyjęły to bez problemu. cieszyłam sie tym dniem jak nigdy, mimo ze wiedziałam, ze bedzie bolało.

6

7

8

Na 26 km stawiam sie  ileśtam do limitu.   Bolą mnie kolana ( bardzo ) – bolą mnie od zawsze, ale i tak sie cieszę ze nie zaczęły bolec od razu tylko po 22 km. Wiedziałam, że tak bedzie wiec nie robię scen. Grzecznie proszę o ketonal. Śmieją się i mówią, ze mogą mi dac herbatę i ze jak chce to moge zejść z trasy. Jeszcze grzeczniej odpowiadam, ze chyba ich  Chrystus opuścił.  Ruszam, następny punkt za 11 km.  Po drodze mijam się z Kolezanka Agńieszka. Ona ratuje mi tyłek. Ja wbiegam do lasu zamyślona a ona woła  mnie ze to nie ta droga…

Miałam postawić za to browar….ale sie już nie spotkałyśmy. Może kiedyś…

Dobiegam do 38 km. Jowita , ktora dzięki swej urodzie oraz niebywalemu stylowi bycia wkręciła sie do jazdy karetka na punkty kontrolne biegnie do mnie z moim ukulele. Jestem na punkcie 10 minut przed limitem. Wiec co?????? Siadam przy ognisku, Hahaha!!!

9

10

Wszyscy dookoła dobrze mi życzą i ja czuje jak się stresują tym, ze siedzę zamiast biec. Mówią: „Biegnij już Sylwia. Nie siadaj, bo będzie  Ci potem trudniej”. Ale przecież ja wiem lepiej. Zbyt dosłownie wzięłam sobie  do serca słowa organizatorów z biuletynu :

” na tym punkcie będziecie mogli ogrzać sie przy ognisku”. Ja naprawdę myślałam, ze będziemy tam z biegaczami biesiadować!

Tymczasem biegacze wbiegają na punkt, jedzą, piją i dalej w drogę. A Sylwia? Siedzi, herbatka, zupka, gadka szmatka, rozciąganie…..ale zdobyłam cichaczem ketonal na kolanka. Ludzie!!!!! Jak mi to pomogło, jak mi odpuściło z tym bólem… Posiedziałam na punkcie 20 minut;).

Ruszam! Na następnych 18 km mam niecałe 3 godziny. Phi!!!!!

Byłam pewna, ze jedna nogą już jestem na mecie.

Wspinam się na jakieś psychopodejscie . Pionowo w mordę prawie!!!!!! Biegnę biegnę i na 40 km widze co???? Wieża widokowa. Rozsądek podpowiada – ZOSTAW! Ale silna wola zwycięża!!!!

11

Wchodzę, robię zdjęcia i telefonuje do prezydenta, żeby poinformować ze połowa misji za mną, dopisuje mi humor i wiem już na 100 % że będę ultrasem.

Po zejściu z wieży biegnę swoje złote kilometry…Nie patrzę na zegarek. Jestem uśmiechnięta, spokojna…  Jem kabanosy, zapijam  kolą, ból kolan chwilowo odszedł.  Zdecydowanie czułam się swietnie i zrobiłam sobie wtedy to zdjęcie

12

Zazwyczaj w takich momentach błogostanu  coś musi zwalić się z impetem na łeb. I ja też Was nie zawiodę:).

Postanowiłam pójść na siku. Idę, już sie przysposabiam, już jestem w ogródku, już witam sie z gąską….jedzie kład !!!!! Nosz w mordę. Naciągam pończochy i wybiegam na drogę jakby nigdy nic, macham do kolegi (on patrolował trasę Ultra Śledzia). Pojechał. Idę w krzaki – przecież muszę dowysikać…

Robię co robię, skupiam się żeby nie obsikać buta.  Kiedyś obsikałam na treningu, a potem zapomniałam i jak wyschło  to powąchałam i nakrzyczałam  na kota. Jest dobrze! Wracam na drogę.  Biegnę, biegnę, biegnę….i w sumie nie wiem ile tak biegłam dumna i blada, w stronę sukcesu – jak mi sie wtedy wydawało….śpiewam w myślach, gdy nagle widzę, że nie widzę oznaczeń trasy…..

Próbuję się pocieszać i zachować spokój. Biegnę kawałek w jedną , kawałek w drugą… Nie ma żółtych  szarf…. Dociera  do mnie ze nie jestem na trasie. Zaczynam panicznie patrzeć na zegarek…. Niestety nie wiem jak daleko odbiegłam. Biegnę z powrotem pół kilometra… Zaczynam panikować.

Znowu zawracam….potem zaczynam krzyczeć.

Chcę zadzwonić – pada gejfon ….. Dociera do mnie że kurczy mi się czas…..

ZACZYNAM BECZEĆ…

Moje życie to sinusoida. Jak się cieszę to cała sobą, a jak beczę to jestem kobietą o tysiącu łez. Biegnę i beczę!!!! Wyję na głos – jak wtedy kiedy miałam 9 lat i zdechł mi chomik. Łzy mi tryskają. Wiem, że jestem na końcu, że nikt nie przybiegnie, że ten kład nie przyjedzie, że telefon nie działa, że kur.a nie zdążę!!!! Że po cholerę tam pedziowałam przy tym ognisku!!!! Że po co na tą wieże poszłam !!!!

Biegnę, widzę szarfy! Wiem że straciłam dużo czasu – na moje oko ok. 25 minut. Nogi mi pękają ale biegnę. Po kilku kilometrach dopadam jakiś samochód.

W środku chłopak z dziewczyna. Pukam w szybę i wrzeszczę:

  • Ile  do punktu ?!!!!
  • Obstawiałam 4 km. On mówi, że 7. Płaczę i mówię do niego:
  • Nie zdążę, prawda?!?!?!?!!

On mi na to:

  • Próbuj …Lublin nie wybacza;)

Ta mądrość stawia mnie na nogi…tanio skóry nie sprzedam! Nie po to turlałam sznurowadła przez 5o km, żeby teraz siąść i grzebać wiadomo czym wiadomo gdzie….

Wiec ruszam… 52  – gi km biegnę z prędkością: 5:08. Ja!!!!! Cały czas płaczę, gadam do siebie i lamentuję…kolana mi dymią. Jak jest z górki to zegarek mi wyświetla 4:30;).  W głowie snuję scenariusze…że jak się spóźnię to będę ich błagać na kolanach żeby mnie puścili, że to się nie może tak skończyć przez moja brawurę i głupotę… myślę, i biegnę, biegnę, biegnę…raz myślę, że musi się udać

Za chwile znów wyje, że kiedyś się musiałam przejechać na swoich chorych pomysłach…. Czas jednocześnie mi się dłuży i kurczy – wiem ze to niemożliwe, ale tak było!

W końcu jest – LIPOWY MOST czekają na mnie….zawsze na mnie czekali. Pan od zamykania trasy mówi, że nie skorzystam  już z punktu (najbardziej wypasiony punkt z jedzeniem – a ja sie interesuje jedzeniem) i mam od razu  na następny…ja wycieram łzy. Proszę o wyciagnięcie mi  mojej  kanapki  z pasztetem. Biorę gryza i na następne 7 km mam 55 minut. Do zrobienia nawet  z bułką w ręce!   Jakis Rudy Dobry Wiatr  wieje mi w plecy. Jowita biegnie obok. Jestem już spokojniejsza…

Z letargu wyrywa mnie  5 lub 6 saren które przebiegają mi drogę.

Ucieszyłam  się okropnie, a radość nie zgasła nawet wtedy kiedy okazało się, że to były łosie…

Na punkt odbiegam  dziesięć minut przed czasem.

A człowiek od zamykania  punktu na mój widok mówi:

  • Dziękuje, ze tu jesteś.

Zatkało  mnie. Bo ja wiem, ze Ci ludzie naprawdę chcieli żebym dobiegła do mety. On może nie pamiętać nawet tych słów, a dla mnie mnie była to najbardziej wzruszająca chwila  tego biegu. Żywa w mojej pamięci…Rzucam się na 3 minutki dosłownie na polówkę, ale wszyscy się na mnie drą;).

13

Więc ruszam w ostatnie 17 km ULTRAŚLEDZIA. Jowita decyduje się mi towarzyszyć.

Trochę po torach, trochę lasem. „Biegnę ” po 6:90 na km;)….boli potwornie. .Wiem, że Jowita ma dużo siły, że pewnie jej zimno i chciałaby szybciej….zastanawiam się czy ją drażni, że tak się powoli snuję.

Ona  zamiast mnie opieprzyć włącza mi filmy motywacyjne nagrane specjalne dla mnie przez naszych lubelskich biegaczy. Śmiejemy się, kilometry mijają  dzięki temu szybciej…To cholernie dobre, że ludziom chciało się dla mnie nagrać tych kilka słów…nie zapomnę Wam tego Skurczybyki z Lubelandu!!!!:)

10 km do końca. Boli palec. Siadam na pniu, ściągam skarpetę. Bąbel w drugim palcu – tym obok Jakuba… Naciskam i tryska. Tak powinnam zostawić.Jednak w wyniku szczytowania intelektualnego nakładam na niego nie widzieć po co jałowy opatrunek. Przez następne 1,5 godziny  opatrunek ten szurając o Jakuba wyrwał mi w nim dziurę aż do mięska. O tak to sie prezentowało i baaaardzo bolało.

14

Jest ciemno. Włączam czołówkę, napiżdzam lumenami wilkom po oczach, aż podkulają ogony i uciekają chyłkiem.  Wysyłają po nas samochody…. Wiem, ze jestem ostatnia na trasie..Panowie z karetki proponują nawet podwózkę (” jestes ostatnia, więc tak naprawdę to nie ma znaczenia” – mówią mi). Ale nie ze mną te numery!!! Pokonam to ja – Sylwia Księżniczka Wiatru !!!!

Ostatnie kilometry są spaktakularne. Biegniemy z asekuracją dwóch kładów… Panowie jeździli na nich cały dzień….Tyłki ich bolały jak mnie nogi… A oni cierpliwie za mną po lesie…na koniec po szutrowej drodze…. w końcu po chodniku…. bez poganiania, bez fochów.

Kiedy wiem , że jest kilometr do mety- nie dowierzam. W głowie mam Fixum Dyrdum. To nie jest myśl – zrobiłam to o Jezusie!!! Ja przez sekundę nawet  nie dopuściłam myśli, że może mi się nie udać. Nie było nawet okrucha myśli, żeby zejść z trasy.

To bardziej zdziwienie, że przez 11 godzin dużo się nauczyłam, dużo uśmiechałam, dużo cierpiałam, widziałam, podziwiałam, poznałam i wzięłam udział w biegu, który  będę wspominać do końca życia.

Na mecie czeka na mnie naprawdę dużo ludzi. Na mnie – wariatkę w pończochach – Ostatnią zawodniczkę.

Wybiega po mnie kierownik biegu – Wojtek Mojsak. Razem mijamy metę.

Medal jest na swoim miejscu, a wręcz dzierżę – CHUCH PUSZCZY! Piersioweczka wspaniałego, mocnego alkoholu. Nalewka – 100 % śledzia:). Ku zdziwieniu ludzi łykam to z gwinta.

11 godzin i 38 minut.

Zegarek zanotował 82,5 km. Przebiegłam ponad 83, bo raz go wyłączyłam i zapomniałam włączyć.

22 minuty przed końcem czasu z dziurą w Jakubie i potwornym bólem kolan moja dusza nie była już taka sparciała i wcale nie chciałam już umierać. Byłam  ULTRASEM:).

KONIEC.

15

16

17

PODZIĘKOWANIA ślę:

Organizatorom, Wolontariuszom, Ratownikom – ja Wiem, ze Wy wiecie, ze zrobiliście dobry bieg, dobrą robotę. Ale nie wiem czy wiecie , ze jesteście ludźmi za którymi się tęskni. Ja tęskniłam i byłam tydzień po Śledziu jak na haju.

Jowita – za wszystko- za bycie, za kilometry, za kurtkę, za sandłicze z pasztetem, za film, za trzymanie kierownicy  w lesie wtedy kiedy ja  robiłam zdjęcia jadąc.

WSZYSTKIM biegaczom – autorom filmów motywujących – Doris, Aga, Kamil, Dawid, Greg, Marek, Daniel KoŃ;).

Rudemu Wiatrowi W Plecy

Mojemu Człowiekowi  temu,  który podniósł z ziemi mapę, gdy ją rzuciłam w nerwie na glebę.

Author: szuracz

Share This Post On

20 komentarzy

  1. Masz tę moc!!!
    Wspaniale się czytało,

    Post a Reply
    • Pzebrnąc przez całość to tez takie troche ultra;). Pozdrawiam

      Post a Reply
  2. Wracamy do Was od połowy kwietnia. Na kettle. Do zobaczenia! Uśmiechnąłem się szczerze.

    Post a Reply
    • I to jest wiadomość!!!! 🙂 wypoleruje żeliwo na Wasz powrót.

      Post a Reply
  3. Rzadko czytuję relacje, zwykle katuję innych swoimi, ale tę przeczytałem całą i bardzo mi się podobała. A te sexy „lidżajnsy” szałowe – gdybyś biegła przede mną to chyba bym nie miał sumienia wyprzedzić 😉

    Gratuluję!

    Paweł Antoni, też z lubelskiego.

    Post a Reply
  4. 🙂 Aż sie łezka w oku zakręciła. Sam zaciskałem kciuki. „Panowie z karetki”

    Post a Reply
  5. Co się nie uśmiałem 😀 Prawidłowe podejście do życia i do biegania. Gratuluję ukończenia w pięknym stylu. Co następne? Zapisuję się w ciemno 🙂

    Post a Reply
  6. Już Cię uwielbiam, Kobieto! Czytałam i ryłam. Z riwanolu, z kota, z łosi… Czułam jakbym siedziała Ci w kokardzie i biegła razem z Tobą. 😀

    Post a Reply
  7. Sylwia, jak to Lipowy Most był już niedostępny? Nie powinno tak być, skoro nie minął go ostatni biegacz mieszczący się w limicie! Jako organizator wyrażam swoje ubolewanie i przepraszam.

    Post a Reply
    • Wszystko było jak najbardziej ok!!!Wbiegłam tam dosłownie w ostatnim momencie jak już sie kończył limit. Jakbym zaczęła jeść siadać i korzystać to niestety nie zdążyłabyś na następny.

      Post a Reply
  8. Gratulacje! I za bycie ultraśledziem i za świetny tekst. Naprawdę jedna z lepszych relacji jakie czytałem.

    Post a Reply
  9. Sywia, zaliczyłem przez Ciebie już 3 zejście… 😉 !!! Pierwsze podczas opisanej rozmowy w pokoju ( rywanol, itp… ), drugie po wylukaniu Twoich lidżajnsów ( na starcie ) i trzecie po przeczytaniu relacji! WARIATKA, hehe !!!! „Ludzkie pojęcie przechodzi” – idę poszukać psychoterapeuty 😉 Pozdrów Jowitę i przyjedźcie do Bielska Podlaskiego, na wrześniowy półmaraton. Czekamy !!!!!

    Post a Reply
    • Robciu!!!! A już myslalam, ze tylko mi sie sniliscie!;) dobrze było Was spotkani. Na półmaraton przyjadę na bank. Pewnie z Jowita. A ja zapraszam na Maraton Lubelski. Ale pewnie Wy macie wtedy trzy triatlony i urodziny zony;),

      Post a Reply
    • Ooo Robi!!! Jakeś Ty się tu znalazł? Pozdrawiam również 🙂 Co do Śledzia.. jest jeszcze krótki filmik pt. „Ultras i tajemnicza moc kanapek z pasztetem”… oskarowy z całkiem niezłą obsadą… Doprawdy miło było Was poznać.

      Przyłączam się do zaproszenia Sylwii… 8 maja –> http://www.maraton.lublin.eu/maraton-lubelski/zapisy
      Nie może Was tam zabraknąć!

      Post a Reply
  10. No rewelacja – uśmiałem się po pachy – aż do zdjęcia palucha 😉

    Post a Reply
  11. Chyba najlepszy opis jaki czytałem. Przynajmniej ostatnio. Dalszych sukcesów.

    Post a Reply
  12. Gratulacje Super a ja za prę dni Mnich, napędziłaś mnie.

    Post a Reply

Odpowiedz na „RobcioAnuluj pisanie odpowiedzi

%d bloggers like this: