Wiosna!

Bez tytułuNajważniejsze wiadomości ostatnich dni dla biegaczy są dwie: 1) stopniał śnieg 2) wreszcie pokazało się słońce. To wydarzenia naprawdę ogromnej rangi, bo ułatwiają nam życie. Bez śniegu przecież biega się bezpieczniej – trudniej o kontuzje – a ze słońcem jest i cieplej i przyjemniej. Nie pozostało więc nic innego jak założyć buty, wyjść z domu i szurać.

 

Tym bardziej, że kalendarz jest bezlitosny. Do ósmego czerwca, czyli maratonu lubelskiego, pozostało już niespełna trzy miesiące, a forma, delikatnie mówiąc, daleka od optymalnej. Królewski dystans to nie przelewki, więc do ciężkiej pracy trzeba się zebrać jak najszybciej.

No więc wróciłem do treningów… chyba po raz trzeci w przeciągu ostatniego miesiąca. Od mojego ostatniego wpisu wydarzyło się wiele np. złapałem kontuzję (a właściwie nie zaleczyłem starej), potem dopadło mnie choróbsko, a później przez 4 dni wypadłem z treningów ze względów na drobną wycieczkę. I w ten sposób dwa tygodnie poszły w las. Chociaż chyba w przypadku szurania lepiej napisać poszły spać.

Ale wystarczyło jedno szybkie spojrzenie w kalendarz i jeszcze szybsza refleksja by oprzytomnieć. Czasu naprawdę jest już niewiele i to ostatni dzwonek, żeby jako tako przygotować się do, zbliżającego się wielkimi krokami, drugiego maratonu w moim życiu. Teraz nie ma już miejsca i czasu na odpuszczanie szurania, bo później takie obijanie się może mieć negatywne skutki. Bardzo negatywne.

Na szczęście aura ułatwiła mi powrót do treningów. Zacząłem lekko od 30-sto minutowego biegania, którego głównym celem było rozruszanie mięśni, a właściwie przypomnienie im, że jest coś takiego jak trening. Bez narzucania dużego tempa, spokojnie ze słuchawkami w uszach i słońcem świecącym prosto w twarz, wyruszyłem warszawskimi chodnikami na pierwszy wiosenny trening. I muszę przyznać, że było fantastycznie. Serio. Słońce całkowicie zmienia obraz biegania. Jeżeli dorzucimy do tego brak śniegu i suche podłoże, to uzyskamy idealne warunki do szurania.

DSC00011

Oprócz tego, że wzrasta przyjemność jaką czerpie się z biegania w takich warunkach, to ważna dla mnie jest jeszcze jedna rzecz – wreszcie mogę wrócić do odbicia z palców, o które tak mocno walczyłem w poprzednim sezonie. Ciężko jest się przerzucić z pięty na palce, ale jak już człowiek to zrobi, to biega mu się zdecydowanie lepiej. W zimę co prawda podejmowałem próby biegania z palców, ale nie miało to większego sensu, bo ukryty pod warstwą białego puchu lód tylko czyhał by przyprawić mnie o kolejny uraz.

No i jest jeszcze druga rzecz. Zmiana obuwia na letnie. Lubię moje buty, w których biegam zimą, bo są to moje pierwsze biegówki (dodam, że niezniszczalne – działają już 4 rok), ale są jednak odrobinę za ciężkie. A przynajmniej takie się stały od momentu, w którym zakupiłem sobie drugie buty, w których przemierzam świat wzdłuż i wszerz.

DSC00012

Po tym krótkim półgodzinnym rozbieganiu, trzeba było przejść do poważniejszego treningu i szurnąć godzinkę. I właściwie wszystko byłoby fajnie, gdyby nie fakt, że od 50 min zacząłem odczuwać zmęczenie. Ale tak właściwie nie mogę się dziwić, skoro w przeciągu ostatnich pięciu miesięcy podobny dystans pokonywałem może pięć razy. To nie jest imponująca statystyka.

Dlatego marzec potraktuję jako miesiąc, w który będę się starał poprawić swoją kondycję i dojść do 20 km bez zadyszki. Jak już jestem przy 20 km, to z żalem muszę przyznać, że podjąłem decyzję o odpuszczeniu w Półmaratonu Warszawskiego. Po prostu nie zdążę się przygotować. 8.06.2013 to priorytetowa data w moim kalendarzu biegowym na bieżący rok i postaram się do maratonu lubelskiego przygotować tak, by zejść poniżej magicznych 4h.

Czy się uda? Zobaczymy. Składam taką deklarację tutaj, żeby później nie mieć wymówek.

Author: szuracz

Share This Post On

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: