Wyjątkowy dzień na szuranie. Nowy Rok.

Początki zawsze bywają trudne. Pierwsze kroki, pierwsze czynności, pierwsze godziny po urlopie, poniedziałek – pierwszy dzień tygodnia, czy wreszcie pierwsze metry/kilometry biegu. Czy pierwszy dzień nowego roku też jest trudny dla szuraczy? Nie. Zdecydowanie NIE! To, przynajmniej dla mnie, jeden z najfajniejszych dni w roku. Podobnie było i w tym, 2013.

Pierwsze szuranie zostało trochę wymuszone czynnościami dnia poprzedniego, ale skrzętnie zaplanowanymi. Sylwester spędzałem u znajomych w towarzystwie m.in. moich czteroletnich diabłów. Wybraliśmy się do nich samochodem. Grzecznie zaparkowałem pomiędzy innymi autami sąsiadów, żegnając się powiedziałem mu, jutro po Ciebie wrócę:) No i nie było wyjścia.

10.00

Na zegarku godzina podczas której większość hucznie żegnających stary i witających nowy rok jeszcze smacznie śpi, bądź – są pewni i tacy – dopiero zamierza odpoczywać. Za oknami pogoda marzenie! 0 stopni, piękne słońce, ludzi póki co tyle ile w „lany poniedziałek” przed południem. Czyli podobnie jak stopni na termometrze – ZERO. Ciuchy na siebie i w drogę. Na KSM nie jest daleko, co więcej większość raczej z górki, są co prawda światła (chyba ze trzy razy) ale postanowiłem, że będzie szybko. W głowie jeszcze wczorajsza Cytryna z Lublina pomieszana z CinCinem bąbelkowanym się przewraca, ale mus to mus. W drogę.

Nowy Rok to magiczny dzień przede wszystkim dlatego, iż wszystkie zazwyczaj zakorkowane ulice są puste. I to nie, że jest mało samochodów. Ich poprostu NIE MA WCALE! Miasto wygląda jakby na nie kilka godzin wcześniej zrzucono jakieś trucizny, które załatwiły całe społeczeństwo. A Ci, którzy zostali wyglądają na mooocno zatrutych. Kilku wracających, pewnie z balu:), w papierowych czapeczkach na głowach (panowie), podartych rajtuzach (panie), widziałem przy Galerii Echo. Biedacy – mieli pod górę.

tak wyglądała Al. Solidarności – zwykle jest tutaj sznur aut od „góry do dołu”

„Normalnych” ludzi zauważyłem dopiero w centrum, pewnie szli z kościoła. Też jednak nie były to ilości powalające.

Doszurałem do auta w 20 minut, przeszurałem 3,59 km. Gdyby nie ostatnie światła było by jeszcze szybciej. Cała Cytrynówka wypocona:)

14:00

W domu szybki prysznic, dzieci do auta i w drogę za miasto (choć po prawdzie, to jeszcze Kielce). Biegało mi się tak fantastycznie rano, że chciałem jeszcze:) Dzieciaki zostawiłem pod czujnym okiem babci i w drogę, tym razem po polach. Drugi raz w ostatnim czasie towarzyszyła mi szanowna małżonka, stąd i tempo tego szurania było okropnie niskie. Stwierdzam, że takie mega wolne szuranie, podskakiwanie bardziej w miejscu, bardzo mnie męczy. Tempo w okolicach 7 – 7:30 jest dla mnie zabójcze. Najbardziej cierpią na tym stawy skokowe, które od wczoraj wariują (szczególnie w lewej nodze). No ale siła wyższa:) Wyszuraliśmy 6,44km w czasie 47:10 (7:20/km). Trasa jedna z moich ulubionych, od ul. Ślazy w kierunku Białogonu obok ogródków działkowych, na które jako kilku letni jeszcze nie siwy wtedy brzdąc, przywożony byłem żółtą Skodzianą przez zaprzyjaźnionych z naszymi dziadkami wujków.

 Tu prawie 30 lat temu „działkowałem”

Warunki cały czas znakomite, doszuraliśmy do mostu przy Fabryce Pomp. Powrót do teściów jeszcze spokojniejszy:)

moje noworoczne towarzystwo

okoliczności przyrody cudowne:)

Podsumowując – BAJKA. Pierwsze szuranie zaliczone, w sumie 10 km i oby tak dalej.

Author: szuracz

Share This Post On

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: