5 kg w plecaku…czyli Półmaraton Szerpa.
Gru15

5 kg w plecaku…czyli Półmaraton Szerpa.

3 minuty do startu. Ogłoszenia przedstartowe, że karetka, że trzy pętle po 7 kilometrów, że Półmaraton Szerpa to bieg ekstremalny, na trasie nie ma bufetu….. 3..2..1.. start. Pierwszy kilometr to istna męczarnia. Radość z biegu? A co to jest? Ledwo zaczęliśmy, a tu już podbieg. Patrz pod nogi, patrz pod nogi! Pierwsi poszli do przodu. Patrząc na nich na starcie jedno mogę powiedzieć – nie przyjechali się tu bawić. 5.52min/km Drugi kilometr – wbiegamy coraz głębiej w las. Jeszcze mocniej patrz pod nogi. Nie goń za czołówką. Truchtaj swoje, to że ktoś cię wyprzedził nie znaczy, że musisz go od razu łapać. Kipa do pasa daje o sobie znać. Piszczele pieką, a przecież się rozciągałem. Pewno górka zrobiła swoje. Damy radę. 5.56min/km Trzeci kilometr – dam radę brzmi coraz mocniej jak pytanie. Skoro już na 3 kilometrze dopadają mnie takie myśli to co ja tu robię? 5 kg w plecaku jeszcze nie przeszkadza, nie podskakuje, nie obija się o plecy. Trasa w lesie kręci jak poseł Hofman. Kilkadziesiąt metrów w dół, to znów kilkadziesiąt metrów w górę. 6.19min/km Czwarty kilometr – las nie wybacza, kolejny podbieg, kolejny zbieg w dół. Ktoś mnie wyprzedza, podziwiam. Patrzę na jego plecak, chyba ma więcej bagażu niż ja. Wyprzedza mnie dwóch chłopaków z kamerami. Truchtam swoje, ból piszczeli odpuszcza, kostki łapią wymarzony luz i giętkość. Patrzę na pulsometr – średni puls 168. Coraz częściej górki staram się szybko wchodzić zamiast wbiegać. 6.19min/km Piąty kilometr – nareszcie płasko, wyprzedzam „kameruńczków”, robię swoje i mam tego efekty, staram się unormować oddech, dociera do mnie już mocno na co się porwałem. Las daje mi nauczkę, nauczkę codziennego truchtania po płaskim, gdzie największą różnicą poziomów jest krzywo położona kostka. Zahaczam nogą o korzeń i plecak z 5 kilogramami grawitacyjnie ciągnie mnie do ziemi. 5.45min/km Szósty kilometr – wybiegamy z lasu, polana, paśniki. Płasko i przejrzyście, przebija się słońce. Jest pięknie. Truchtanie sprawia mi radość, widzę kogoś za mną. Gość utrzymuję bezpieczną odległość, ale co spojrzę ta bezpieczna odległość staje się coraz mniejsza. 5.59min/km Siódmy kilometr – droga w lesie, miękka, trochę śliska, widzę gdzie komuś omsknęła się noga. Omijam większe kałużę, poprawiam plecak. Od startu ściągnąłem paski o dobrych kilka centymetrów. Pogoda sprzyja, słońce świeci, wiatru nie czuć – oby tak dalej, niech się nie schrzani, niech się utrzyma. Nie lubię zbiegać, wolę podbiec. Nawet podejść, ale mniej obciążyć stawy. Niestety siódmy kilometr kończy się ostrym zbiegnięciem. Staram się go trawersować, ale nic z tego. Euforia robi swoje. Przebiegam linię sędziego. To był najszybszy kilometr tego dnia: 5.36min/km Jeszcze „tylko” dwie pętle. Autor powyższych wypocin wypacał się przez 2 godziny 14 minut 56 sekund pokonując dystans III...

Read More
%d bloggers like this: