Rzeźnia na raty
Cze10

Rzeźnia na raty

Od czego by tu zacząć? Decyzję o starcie w tej trzydniowej etapówce w sercu Bieszczad podjąłem z bratem Darkiem i kolegą Piotrkiem. Ponieważ pracuję w soboty i święta, nie było szans na tegorocznego Rzeźnika, więc dobre i to. Z resztą na raty powinno być łatwiej – tak pomyśleliśmy. Na jakieś specjalne przygotowania nie było czasu. To Marzanna, to Skała, Orlen, Cross w Sielpi, wreszcie najlepsza połówka na świecie Siebiega. Maraton w Sielpi miał być treningiem tempowym a wyszło jak zawsze. Na tygodniu lub w niedziele wolne od startów w zawodach śmigaliśmy bardzo spokojnie po górkach. Szybkich treningów technicznych zabrakło. Musiała nam wystarczyć forma całą zimę budowana w Górach Świętokrzyskich. Podpytywałem wielu kolegów o taktykę, praktyczne rady, i co najważniejsze, o trasę. Generalnie sugerowali zdrowy rozsądek, czyli pierwszy dzień spokojnie biec, później próbować walczyć o lepszą pozycję. Od początku nie zgadzałem się. Wiedziałem, że co ambitniejsi polecą ostro i jak tu nadrobić straty? Przecież doskonale wiem, jak się czuję nawet po spokojnych 33km z 1400m przewyższeń i nigdy nie jest to stan błogi, zachęcający do kolejnego treningu o podobnej intensywności. Skoro i tak będę cierpiał, skoro inni również będą cierpieli, trzeba postawić wszystkie żetony na regenerację i jakoś to przeżyć. Wyprawa w Bieszczady była nie lada wyzwaniem. Brat z żoną Aldoną i córką Wiką, Piotrek z żoną Eweliną i ciężkim plecakiem foto oraz masa jedzenia, bo wynajęliśmy domek w Polańczyku, na koniec ja z własną małżowiną Agnieszką i niemal czteromiesięczną córą Gabrysią. Aby ogarnąć podróż w rozsądnych ramach czasowych i zdążyć na odprawę, wszyscy musieliśmy zrezygnować z Piątki dla Bartka, tak fajnego święta w towarzystwie rodziny biegowej. Wracając do regeneracji i góry jedzenia, wspólnie ustaliliśmy dietę: po biegu izotoniki, batony białkowe, piwo, stek wołowy z grilla, piwo, jeszcze jedno piwo. Na kolację makaron z imbirem (który brat zapomniał zabrać) i pesto. Śniadanie jak kto lubi przed zawodami. Przed trzecim dniem zrezygnowaliśmy z makaronu (spokojnie, nie z piwa) a w zamian zjedliśmy tradycyjny obiad, czyli ziemniaki, kurczak i warzywka.   Dzień pierwszy. Witaj przygodo! Ziewająca rozgrzewka po 4 rano lub (m.in. dla mnie) w nocy. Trasa zaczyna się 6,5km odcinkiem asfaltowo-szutrowym ze wzniesieniami i spadkami. Wystartowaliśmy z pierwszej linii, ale w miarę zachowawczo. Po kilkuset metrach było przed nami czterech zawodników. Pierwszego doszliśmy dość szybko, trzech mieliśmy w zasięgu wzroku. Jest całkiem przyjemnie, tempo odcinka wyszło 4:23min/km. To tyle, jeśli chodzi o intuicyjną trasę. Widziałem w którym miejscu skręcił na szlak zawodnik przede mną. Piotrek, który odłączył się ciut wcześniej, pobiegł za mną, ale Darek już się gubił. Musiał z innymi stanąć, rozejrzeć się i zaryzykować. Brzmi niegroźnie? Dodam więc, że ekipa City Trail Team, którzy zajęli drugie miejsce open w...

Read More
[PawełII] Czy wszyscy musimy być maratończykami?
Lip21

[PawełII] Czy wszyscy musimy być maratończykami?

Czy bieganie maratonu dłużej niż cztery godziny – w przypadku kobiet i biegaczy powyżej pięćdziesiątki (strzelam) cztery i pół godziny – ma sens? Nasz Naczelny w poprzednim poście poruszył temat swojego rodzaju dyskryminacji biegaczy o mniejszych ambicjach. Obierając osobiście jeden z komentarzy na Twarzaku spłodził bardzo piękny, emocjonalny tekst w obronie uciśnionych. I super. Ponieważ kij został wbity, ja go przekręcę i mocniej zamieszam w mrowisku. Weźmy pod rozwagę sprawę limitu czasu biegu maratońskiego. Zdewaluowana wartość wyczynu, jakim jest przebiegnięcie maratonu, Konsekwencje zdrowotne osób bez odpowiedniego przygotowania, będących w długotrwałym wysiłku, Logistyczny aspekt czyli miejscowego sparaliżowania ruchu w mieście, Dlaczego organizatorzy największych biegów z chęcią ustalają limit 6,5godz? W obecnych czasach maraton może przebiec niemal każdy po zaledwie trzech miesiącach, odkąd zaczął biegać. Co prawda biegu będzie łącznie 10-15km, reszta szybszym marszem,  ale biegacz w limicie się mieści. Maratończyk? Owszem. Każdy z Nas przez to przechodził, gdy na początku maraton wydawał się jak Mont Everest dla zdobywcy zaledwie Kasprowego. Wszyscy, którzy ukończyliśmy te zawody, znamy doskonale smak bólu i cierpienia na drodze do sukcesu. Nie ważne, z jakim czasem ukończyliśmy. To był wyczyn. A jak to widzą osoby postronne? O, Krzysiek, Tomek, gruba Justyna i ten patyk Paulina przebiegli maraton. Phi, skoro oni mogli, to ja też, gdybym tylko zaczął biegać. Z resztą ponieważ wszyscy ten maraton przebieli, stało się wręcz modne posiadanie medalu o wartości dyplomu zawodów przedszkolnych, poszukam bardziej ambitnych celów. Skąd się biorą moje wnioski? Oto sytuacja: -cześć, biegałeś ostatnio w jakiś zawodach? -owszem, zrobiłem 1:28:07 w półmaratonie, -super, a ile to? 10? 15km? -21097,5m. -to sporo. A wiesz, mój szwagier też przebiegł. Pewnie trochę dłużej, bo biega od trzech tygodni, ale też przebiegł. Równie popularne pytanie; to ile miał ten maraton? 20? 30? Oczywiście nie wymagam, aby osoby niezainteresowane posiadały wiedzę o dystansach zawodów biegowych. To utwierdza mnie w przekonaniu, że marka maratonu upadła bardzo nisko i stała się dobrem ogólnodostępnym przy teoretycznie niewielkim wysiłku. Aspekt zdrowotny. Jeśli nie przystosowaliśmy organizmu do wielu godzin wysiłku, konsekwencje można odczuwać nawet dziesięć dni po ukończonym maratonie. Im krócej się biegnie, tym lepiej to zniesie Nasze ciało. Czy jest sens wydłużać zawody, by biegacze mieli szanse ukończyć jakkolwiek? Powiedzmy sobie szczerze, bieganie dłuższe niż dwie i pół godziny szkodzi. Szczególnie osobom nieprzygotowanym. Utrudnienia w ruchu. Jeśli skrócimy zawody o dwie godziny, w mniejszy sposób ingerujemy w życie osób nie mających nic wspólnego z bieganiem. Co mają powiedzieć osoby, które utknęły na dwie godziny w korku a mają pilną potrzebę czegokolwiek?  Są skazane tolerować osoby za wszelką cenę muszące dojść do mety po medal biegowych zawodów. Ostatnie zagadnienie to czysta komercja. Zawody nie zwrócą się jedynie z opłat startowych...

Read More
[Paweł] Półmaraton, pierwszy i ostatni?
Cze28

[Paweł] Półmaraton, pierwszy i ostatni?

Stało się!! Za mną mój pierwszy półmaraton. Padło na Radom, pierwsza edycja no i niedaleko. Prowodyrem był oczywiście szuracz/autor bloga – Paweł. Szybka decyzja, bo tak najlepiej i już jestem na liście startowej. I Półmaraton Radomskiego Czerwca `76 czyli inaczej I Półmaraton Szuraczowego Pawła `86. Znalazłem i zmodyfikowałem pod siebie pewien plan treningowy, który nie do końca z różnych względów udało się zrealizować. Cel był taki, by trochę podciągnąć się kondycyjnie. W ostatnich dniach pobiegałem też z Pawłem – tym nowym 😉 Powiem szczerze harpagan i mistrz wytyczania ciekawych tras. Bieganie, gadanie i nawet nie czułem jak leciały kilometry. Udało się go zwerbować do szuraniowej ekipy. Szybko zapisał się też na radomską połówkę. Ze względu na słoneczną pogodę która utrzymywała się parę dni przed startem, trochę obawialiśmy się, upału. Czy będzie grzało? Pogoda czasem nie pozwalała spokojnie przebiec dychy, a co dopiero ponad 21 kilometrów. No ale zawsze można ten dystans przespacerować 😉 podziwiając słoneczny Radom. 7 rano, podjeżdżamy z Kamilą, która towarzyszyła nam jako dobry duch i fotograf , po Pawła tamtego-nowego. Ten wymęczony po pracy wsiada do samochodu wraz z miską i kończy śniadanie. Wyjeżdżamy z Kielc. Cała drogę zamiast tego czego sie obawialiśmy czyli słońca, deszcz. No pada okropnie. Momentami, aż ciężko było jechać. Teraz obawy były inne. Czy nie zaleje trasy i czy będzie dało się wystartować? Meldujemy się wraz z deszczem w Radomiu. Dojeżdżamy na jeden ze wcześniej wskazanych na stronie półmaratonu parking. Pusto raptem 3 samochody. Leje dalej, czekamy w samochodzie. Lekko ustaje, wyciągamy parasole i idziemy po pakiety startowe. Kolejka niewielka idzie nam sprawnie i dowiadujemy się ze start zostaje opóźniony o minimum godzinę. Niestety podtopiło ulice na trasie. Zwiedzamy stadion. W miedzy czasie dojeżdża Paweł ten pierwszy ;). Wyszykowani, pełni optymizmu czekamy, rozmawiamy, jest fajnie. Przed startem fotka pamiątkowa z drużyną Biegam Bo Muszę i Drużyną Bartka. Warto wspomnieć, że tego dnia pierwszy swój bieg zaliczył właśnie Bartek dla którego biegliśmy w Kielcach piątkę. Wystartował w biegu przedszkolaków. Pawły w liczbie trzech już na starcie. Odśpiewany Hymn i ruszyliśmy. Na początek z górki. Trzeba było znaleźć swoje miejsce i swój rytm. Miałem startować zaraz za balonikami 2:15. Jednak poszedłem do przodu razem z Pawłami, których zgubiłem po paru kilometrach. Nie chciałem szaleć. Zaraz na początku wywala mi odtwarzać z muzyką. Próbuje to jakoś ogarnąć, nic nie wychodzi. Przełączam się na jakaś pierwsza z brzegu stację radiową i szuram dalej. Biegło się fajnie lecz nie bez kłopotów. Do 8 kilometra miałem lekkie problemy żołądkowe, które ciut mi przeszkadzały. Na trasie zespoły, sceny, dzieciaki, gra muzyka. Wszyscy bardzo nas dopingowali. Przybijanie piątek z przechodniami. Bardzo fajna atmosfera. Jednak znalazły się czarne owce. Niektórzy...

Read More
[Paweł] Szuraliśmy dla Bartka!
Maj28

[Paweł] Szuraliśmy dla Bartka!

W niedziele odbył się zapowiadany od jakiegoś czasu bieg charytatywny „V-tka dla Bartka”. Jako, że Paweł wezwał mnie do tablicy z reprymendą (nie napisałem słowa z Orlen Warsaw Marathon – biegliśmy tam na 10 km) czym prędzej chcę się z wami podzielić przeżyciami z kieleckiego biegu. Wrażenia? Mega, mega, mega pozytywne. Cieszę się ogromnie, że mogłem uczestniczyć w tej imprezie. Nawet jeśli ktoś zapewnił by mi, że w tym dniu gdzieś w innym biegu pokonałbym maraton z niesamowitym czasem to i tak nie zrezygnowałbym z „naszej piątki”. Celowo użyłem słowa „naszej” bo chyba każdy kto był może tak powiedzieć. Atmosfera biegu rodzinna, kameralna i zarazem niepowtarzalna. Nie była to kolejna masówka jakich dużo. Dało się wyczuć, że społeczność biegaczy w Kielcach to coś więcej niż zwykła grupa. To ludzie z pasją, na których naprawdę można liczyć. Ale od początku… Oczywiście usiedzieć w domu nie mogłem więc już chwilę po ósmej stawiam się na stadionie lekkoatletycznym. Przy start/mecie krzątają się organizatorzy i wolontariusze, są też już pierwsi biegacze odbierający numery startowe. Szybciutko odbieram swój numer magiczny – 18 🙂 . Dostrzegam Damiana, tatę małego Bartka, dla którego był ten bieg. Zamieniamy parę słów, chyba jeszcze nie przeczuwał jak pozytywnie będzie wyglądał dzisiejszy dzień. Biegaczy przybywa. Mnóstwo znajomych, nawet tych dawno nie widzianych. Można było porozmawiać, pośmiać się, powspominać. Fajnie, że grono najbliższych mi znajomych zaczyna biegać coraz częściej. Tworzy się z nas spora grupka. Tak jak to było zapowiadane, rozgrzewkę przed biegiem poprowadziła Iwona Wenta. Potem chwilka rozbiegania i ustawiamy się przed linia startu. Oczywiście z pierwszym numerem Bartek wygodnie ułożony w wózku, a wraz z nim rodzice. Strzał z pistoletu startowego i poszli… Teraz zaczęło się moje szuranie. Chciałem dziś powalczyć ale ze sobą samym i przede wszystkim bez dużego ciśnienia. Aaa i nie popełniać błędu z biegu w kieleckim parku gdzie wystartowaliśmy równo z chłopakami z KKL-u i później zabrakło już sił. Robiąc pierwsze metry na bieżni stadionu wymiana zdań z Krzysiem. On ma dwa cele na dziś, żeby nie zabrakło sił i… żeby ptak na niego nie narobił. Tu muszę wyjaśnić, że był to żart w moją stronę. Gdy biegłem dychę w Warszawie na prawie 10 tysięcy biegaczy jakiś podstępny gołąb bądź inny stwór latający trafił akurat we mnie. Tak więc od 4 km szurałem nie tylko z zapachem potu 😉 Wracamy jednak do Kielc… po parudziesięciu metrach gdy peleton lekko się rozciąga, zaczynam „walkę”, żegnam się z Krzysiem i szuuuuram. Do 3 km podbieg, który osobiście dość nieźle odczułem. I przełożyło się to na czas trzeciego kilometra – 6.14. Potem z górki. Dopiero po całym biegu doszedłem do wniosku, że mogłem tam ciut bardziej się rozpędzić....

Read More
Przed pierwszą dychą na Orlen Warsaw Marathon
Kwi20

Przed pierwszą dychą na Orlen Warsaw Marathon

Naszą przygodę w X Biegu o Grand Prix Mosir opisał już Paweł i nawet film przedstawił. Były to tak naprawdę moje pierwsze zawody. Bieg mocny, o czym wiedzieliśmy już przed. Niby nic wielkiego lekko ponad 40 uczestników jednak nerwówka była. Organizacyjnie już temat wyczerpał w swoim wpisie Paweł miejmy nadzieję,że w Kielcach idzie ku lepszemu i będziemy mogli coraz częściej szurać w oficjalnych zawodach. Co do samego biegu, popełniony błąd na początku dał się we znaki w późniejszej fazie. Za szybki start i sił nie starczyło. Ale to już za nami w efekcie dobiegłem do mety lekko przed 30 minuta. Cieszy sam start i przyjemność szurania. Tak to wyglądało na zdjeciach:   Dziś jest sobota dzień przed moją pierwszą dychą. 10 km na Orlen Warsaw Marathon. Dystans być może dla niektórych niewielki ale jednak dla amatorów to pierwszy poważny krok do dłuższych biegów. Powiem szczerze jestem podekscytowany jak bym miał wystąpić w maratonie. Myślę co zabrać, jaka będzie pogoda, o której godzinie wyjechać żeby być tak akurat. No ale to pierwszy raz kiedy będę miał styczność z takimi zawodami. Duża ilość uczestników, prawie 6 tysięcy osób chcących zmierzyć się z dystansem maratonu. Jak podaje oficjalny fanpage Orlen Warsaw Marathon ponad 1000 wolontariuszy, to tyle ile przeciętnie liczy pułk wojska. Do tego wystartują między innymi Justyna Kowalczyk i Adam Małysz. Emocje są. Dodatkowo po wydarzeniach z Bostonu ten bieg będzie miał na pewno specyficzna atmosferę. Cel? Chciałbym złamać czas 1 godziny. Czy się uda to okaże się na trasie. Wyjazd na Orlen Warsaw Marathon w niedziele wczesnym rankiem. Dziś jeszcze tylko lekkie kółko wokół osiedla tak dla rozruszania i pozostaje oczekiwanie do 9.40 w niedzielę kiedy wystartuje w moich pierwszych zawodach na dystansie 10 km. Dopingujcie ekipę szuranie.pl i oczekujcie na relacje z zawodów 🙂 Podziel się:FacebookTwitterGoogleE-mailPrintDodaj do ulubionych:Lubię...

Read More
Leniwe szuranie nad zalew…
Mar05

Leniwe szuranie nad zalew…

Na tapczanie siedzi leń, Nie chce biegać w żaden dzień. „O, wypraszam to sobie! Jak to? Ja nic nie robię? A kto by biegał w taką pogodę? A kto by biegał o tej porze? A kto biega w taki mróz? Mam jeszcze wymieniać, czy starczy już? … Jeśli Brzechwa miał by opisać moje ostatnie tygodnie szurania to chyba właśnie tak by to wyglądało. Ogarnął mnie leń. Fakt, że trochę pracy więcej, ale to nie powinno mnie odrywać od szurania. Przecież chociażby 3 razy w tygodniu powinienem znaleźć te 30 minut na krótki dystans osiedlowy. Nie ma wytłumaczenia innego oprócz tego, że nie chciało mi się ruszyć. Wypadłem z transu i koniec. Po ponad tygodniowej przerwie zebrałem się w sobie i założyłem swoje cichobiegi. W czwartek ostatni dzień lutego podwyższyłem lekko kilometry na ten miesiąc przebiegając dodatkowe 7.26. Sobota 2 marca, słoneczna pogoda nie można było tego nie wykorzystać. Postanowiłem wyruszyć nad kielecki zalew. Szybkie sprawdzenie trasy na internecie żeby zaliczyć jak najmniej sygnalizacji świetlnej. Z osiedla wyruszyłem obok rezerwatu przyrody Ślichowice w kierunku kładki nad torami. Niestety nie był to dobry wybór gdyż ścieżki w tamtych rejonach były bardzo rozmoknięte. Już na początku grzązłem w błocie. Po pokonaniu torów dalej szurałem już ulicami i chodnikami aż do samego zalewu. Początkowo ulicami Długą i Częstochowską, następnie Sowią, Wróbla i Helenówek w kierunku ulicy Łódzkiej. Można było trochę inaczej żeby nie kluczyć między domami, ale nie było źle. Łódzką pokonując uliczne światła przeszurałem już do zalewu. Choć całą zimę nie miałem problemów z szuraniem nie spodziewałem się, że aż tak fajnie będzie poczuć suchy chodnik pod stopami. Chyba jednak czekałem na to żeby śnieg zelżał. Do zalewu poszło swobodnie. Orientacyjna rundka dookoła, a tam okazało się, że nie tylko ja pomyślałem dziś o szuraniu. To cieszy! Teren ciężki, mokro, aż buty się topiły . Miejscami lód po jakim chyba jeszcze nie przyszło mi szurać. Musiałem bardzo zwalniać i uważać. Jak się okazało są osoby, które lubią takie warunki. Mianowicie wędkarze, konsekwentnie na samym środku zalewu zarzucali przynętę w przeręblach,w nadziei na obfite połowy. Obiegnięcie wraz z dotarciem do celu zajęło mi 38 minut a dystans to równe 6 km. Cały czas towarzyszyło mi słońce i pozytywna już chyba wiosenna energia. Aby nie babrać się już w błocie, jak na początku, wróciłem trochę inną trasą. Poszurałem 1 Maja, a potem ulicą Chorzą i dalej wzdłuż torów kolejowych. Minąłem domki działkowe i już byłem na Dalni, a stąd rzut beretem do domu. Cały sobotni wypad zajął mi 1g:09m:53s. Pokonałem 10.89 km. Minusem okazały się światła, które skutecznie przerywały i opuzniały bieg. Cieszy to, że na każdym kilometrze utrzymywałem średnie tempo 6:25 min/km. Ahh...

Read More
%d bloggers like this: