Do lasu biegiem marsz
Wrz17

Do lasu biegiem marsz

Ostatnio mam szczęście do uczestniczenia w biegach organizowanych po raz pierwszy. Do debiutów podchodzę z dystansem, w końcu organizacji najlepiej się uczyć na błędach, o ile nie są one zbyt bolesne dla uczestników. Wszystko zależy od oczekiwań. Inaczej podchodzę do biegu masowego mającego aspiracje do bycia jednym z bardziej rozpoznawalnych w kraju, a inaczej do małych, wręcz kameralnych, lokalnych eventów. W tym drugim przypadku częściej uczestniczę w nich dla zabawy i dla idei uczestnictwa, niż z powodu kręcenia czasów. „Wolność jest w naturze” to bieg, o którym zapewne bym się nie dowiedział, gdyby nie moja partnerka, pracująca w instytucji blisko związanej z tematem ochrony środowiska. Zaproponowała nam udział, szczególnie, że wybierała się tam większa grupa jej znajomych. Zdecydowaliśmy się pobiec raczej z chęci spędzenia kawałka soboty w miłym towarzystwie na łonie przyrody, niż z chęci współzawodnictwa. Idea samego biegu była prosta – wypromować ścieżki dla biegaczy tworzone przez Lasy Państwowe. Z okazji 25-lecia odzyskania przez Polską wolności, lasy wytyczyły 25 takich ścieżek. I mam cichą nadzieję, że na 25 się nie skończy. Najbliższa Warszawy ścieżka znajduje się w miejscowości Zimne Doły, gdzieś za Piasecznem. Bez GPSa i mapy raczej ciężko dojechać, ale na pewno warto przynajmniej raz spróbować, żeby wyrobić sobie zdanie. Na miejsce dojechaliśmy przed rozpoczęciem pikniku rodzinnego i w pierwszej chwili zaskoczyła nas infrastruktura. Jak na kameralny bieg, to zorganizowania i zaopatrzenia nie powstydziła by się nie jedna warszawska parkowa impreza biegowa. Odebraliśmy nasze pakiety startowe w workach z logo biegu, z koszulką techniczną, talonem na posiłek regeneracyjny i dopiero wtedy do nas dotarło, że przecież zapisy były bezpłatne. Szczerze mówiąc trochę mnie to zdziwiło, bo w końcu Lasy Państwowe to spółka Skarbu Państwa i wolałbym, żeby nie wydawała pieniędzy na duperele. No ale skoro wypracowuje zysk przez zarządzanie zasobami leśnymi, a pomimo ich eksploatacji obszar lasów w Polsce rośnie, to wyjątkowo mogę im to wybaczyć. W programie były zaplanowane 3 biegi. Bieg dla dzieci oraz dla dorosłych na dystansach 3km i 10km. Zapisaliśmy się na dychę, bo wydawała nam się najbardziej ciekawa. Z naszymi możliwościami 3km to taki dziwny bieg – dopiero zaczynasz biec, a już się kończy. Zresztą na trójkę zapisało się dużo debiutantów i amatorów, a na dziesiątce było po prostu luźniej. Piknik trwał, przybywało biegaczy i rodzin, rozkręcała się kuchnia polowa i stoiska piknikowe WOŚP i Lasów Państwowych. Zaczęła się rozgrzewka, która przyciągnęła większą część biegaczy. O dziwo, im mniej osób biegnie tym lepiej się razem integrują i bawią. Szczególnie było to słychać podczas poleceń wydawanych przez prowadzącą rozgrzewkę Emilię Ankiewicz – wicemistrzynię Polski na 400 metrów przez płotki i głośnych komentarzy ćwiczących „A teraz ręce na biodra!” „Czyje?” „Swoje?” Przyszedł czas na...

Read More
Gdy emocje już opadną… o BMW Półmaraton Praski
Wrz04

Gdy emocje już opadną… o BMW Półmaraton Praski

O BMW Półmaratonie Praskim dowiedziałem się z mediów znacznie więcej po jego zakończeniu, niż wiedziałem o nim przed startem. Dlatego raczej nie będę pisał o wodzie, bo na ten temat wylano już wystarczająco dużo żali, rozwijając nawet akronim przed nazwą do „Bardzo Mało Wody”. Napiszę o kolejnym masowym biegu rosnącym w stolicy, a właściwie na jej najbardziej dopominającym się o tego typu imprezy brzegu. Margines błędu Zorganizowanie biegu od podstaw nie jest prostą sprawą. Skoordynowanie wielu podmiotów i ludzi, którzy w większości robią to po raz pierwszy, może spowodować niedociągnięcia albo błędy. Zdarzają się one zawsze i wiem to jako osoba, która wiele razy miała okazje obserwować imprezy sportowe jako wolontariusz, czyli z punktu widzenia organizatora. Jednak w większości przypadków dzięki ludziom, którzy w tym dniu biegają nie po trasie, tylko między organizatorami, popełnione błędy są dla Was – biegaczy – niewidoczne. Udaje się zapobiec ich konsekwencjom, albo cos się dzieje, a wy myślicie, że widocznie tak ma być. No chyba, że ktoś coś bardzo spartoli. W zeszłym roku, podczas organizowanego po raz pierwszy Orlen Maratonu odbywał się także bieg na 10km, z jednym stanowiskiem odżywiania na trasie. Po przebiegnięciu połowy stawki biegaczy zabrakło na nim wody. I pisze to jako koordynator tego punktu, który wraz z 20 wolontariuszami dwoił się i troił, żeby coś z tym zrobić. Nie udało się. Nie dowieziono wymaganej ilości na czas, a my oberwaliśmy za organizatora dość ciężkimi epitetami od kilkuset biegaczy… Ale informacja zwrotna o tym incydencie trafiła tam, gdzie trzeba. W tym roku takich problemów na Orlenie już nie było. Błędy są po to, żeby się na nich uczyć. Dlatego jako biegacz z doświadczeniem organizacyjnym, szczególnie w kwestii biegów organizowanych po raz pierwszy, na BMW Półmaraton Praski wziąłem nerkę i własny izotonik. Przysłowie mówi „umiesz liczyć – licz na siebie”. Jak się potem okazało, warto jest słuchać mądrości ludowych. Trasa Pierwszy półmaraton w życiu udało mi się przebiec wiosną. Półmaraton Warszawski został mi w pamięci na długo. Nie do końca dlatego, że był to mój pierwszy raz na tym dystansie, ale dlatego, że podczas mojego pierwszego kryzysu na 17 kilometrze trasa trafiała na podbieg na warszawskiej Agrykoli. 400 metrów górki, która potrafiła zabrać nadzieję na dobry czas wielu biegaczom. Mi zabrała siłę i wiarę. Wiedziałem, że mógłbym „bardziej”, gdyby nie Agrykola. Kiedy zobaczyłem trasę BMW Półmaratony Praskiego wiedziałem, że to jest to. Może ciężko jest ją porównywać jeśli chodzi o dystans, ale skojarzyła mi się z Biegiem Ursynowa – płaska, asfaltowa pętla, bardzo szybka i bardzo równa. No i bez Agrykoli. Nie zawiodłem się. Na trasie dominowała pustka. Na mapie widać było długą prostą, więc ciężko było mówić o zaskoczeniu. Ale...

Read More
Mój bieganizm
Wrz02

Mój bieganizm

Jeśli 5 lat temu ktokolwiek powiedziałby mi, że kiedyś zacznę uprawiać sport, to moja odpowiedź ograniczyła by się do bardzo wymownego spojrzenia na tę osobę i popukania się w czoło. Ja, człowiek, którego od komputera trzeba odrywać siłą, który relaks uprawia najczęściej w pozycji leżącej, baluje po nocach, który dokonał niemożliwego i trzy razy pod rząd płacił swojej uczelni za powtarzanie semestru z powodu notorycznych nieobecności na W-Fie… „Ja uprawiam sport? Nie no, serio, sport? SPORT? Pffff…” Ale to było 5 lat temu. A potem się zmieniło. Oswojenie się z tematem Wszystko zaczęło się zmieniać odkąd zdecydowałem się na wolontariat podczas Maratonu Warszawskiego. Zawsze byłem ciekawy jak to jest być tą osobą, która podaje biegaczom kubeczki z napojami. Widziałem je w TV podczas większości imprez sportowych dla biegaczy i zawsze mnie ciekawiło jak to jest być tam. Stać z tym kubkiem i czekać, aż ktoś spragniony wyjmie ci go z ręki. Po przygotowaniu do takiego wolontariatu dotarło do mnie jak dużym przedsięwzięciem organizacyjnym jest bieg masowy. Opanowałem slang biegaczy, dowiedziałem się co to starter pack, depozyt, gdzie są czipy, czym się różni czas brutto od netto, co to elita, strefa startowa i wiele innych rzeczy, których nie widać w TV. Doczekałem się również efektownego oblania wodą z kubka przez biegacza – odpowiedniego trzymania i puszczania kubeczka jednak trzeba się nauczyć. Od tamtego momentu zacząłem dostrzegać, że ci ludzie, którzy zabierali mi kubeczki, to są między moi znajomi. Zacząłem dostrzegać ich aktywność na portalach społecznościowych. Dotychczas traktowałem wszystkie automatyczne wpisy o ich treningach jak spam. „Zrobiłeś 15km? Toż to tak samo interesujące jak to, że masz paladyna na 15lvl…”. Do czasu,  aż zacząłem te wpisy rozumieć. Bodziec Dobiec do autobusu. 30 metrów biegu przez pasy i kawałek chodnika do przystanku zakończone zadyszką i bólem mięśni przypominającym o tym „wyczynie” przez resztę dnia. Dotarło do mnie, że coś ze mną nie tak. Że mam 30 lat, rośnie mi oponka, a ze sprawnością fizyczną będzie już tylko gorzej. Trzeba się za siebie wziąć. Tylko jak? I kiedy? Przecież pracuję, po pracy jestem zmęczony, czasami trzeba cos w domu ogarnąć. Zresztą nie wiem jak zacząć. Może o tym kiedyś pomyślę i zaplanuję. Może kiedyś, ale chyba nie teraz… Podzieliłem się moimi myślami z moją partnerką. Jeśli komukolwiek mogę zawdzięczać właściwy start, to właśnie niej. Na początek zaproponowała mi… książkę. W ten sposób w moje ręce trafiła książka Christophera McDougalla „Urodzeni biegacze”. Po jej przeczytaniu, a właściwie wchłonięciu, wiedziałem jedno – ja mogę biegać. Ja chcę biegać! Ja MUSZĘ BIEGAĆ! Na dokładkę do książki dostałem link do planu 6 tygodniowego i pierwsze przykazanie początkującego biegacza: „biegaj powoli!” Reakcja Jeśli trzeba coś w życiu zmienić,...

Read More
%d bloggers like this: