[Marcin] Porażka

marcin_hot…………………………………………….

Tak powinna wyglądać moja relacja z 35 Maratonu Warszawskiego, ale wówczas nie oddałaby mojego stanu ducha, i emocji jakie przeżywałem podczas tej „pięknej katastrofy”. Maraton Warszawski biegłem dwa tygodnie po fantastycznym Maratonie Wrocławskim, no ale co?, ja nie przebiegnę? nie dam rady? Buziakowiec złamie 3:30, i w między czasie wypije kawę u koleżanki na Mokotowie!


Cóż było trochę inaczej. Wszystko rozpoczęło się jak trzeba, przyjechałem dzień wcześniej, odebrałem 7 pakietów startowych, dla całej ekipy PACO GYM Lublin. Kociokwik był straszny, że miałem 7 numerów startowych i …9 pakietów. Moja wrodzona uczciwość cały czas powtarzała żeby zwrócić dwa nadprogramowe, nie zwróciłem. Pooglądałem trochę stoiska wystawiennicze na „Narodowym”, i naszła mnie taka konkluzja, ale cuda – wianki wymyślają teraz z tym bieganiem, a to przecież taki prosty sport, co nie znaczy, że dla prostaków.

Wróciłem do Piaseczna, gdzie nocowałem, no i od razu – makaron moje odkrycie kulinarne – którym się faszerowałem od 3 dni. Wieczorem pompuje swoją psychikę, pomysłami o złamaniu 3:30 w maratonie, utwierdzam się w przekonaniu że dam rade! Miałem w końcu misterny plan: – bardzo szybko zacząć, trzymać się Wojtka, a potem na pewno dam rade, siłą rozpędu. Jedyną rzeczą która mnie zaciekawiła na stoiskach biegowych to opaska od Timexa, z wyliczonymi międzyczasami do złamania 3:30. Miałem wyliczone, pomyślałem jakie to było proste, że też wcześniej nie zacząłem szybko biegać:-)
W międzyczasie dojechał kolega, i zaświtał pomysł, a może by wyjść na miasto i  zobaczyć co się dzieje w Stolicy? Nie, nie pomyślałem, wyciągaj wnioski ze swoich błędów…inna sprawa że z Piaseczna do centrum Warszawy to 20kilo…. Wiec dobra, sen, moje –  Nike – spały na poduszce obok, miał być to taki rytuał nowego rekordzisty świata w maratonie.
Pobudka o 5.30. Zamiast owsianki…makaron. Nastrój już wyśmienity, humor dopisuje, wszystko super, zaparkowaliśmy na Francuskiej, i ciśniemy na „Narodowy”. Jak zobaczyłem te tłumy maratończyków i poczułem atmosferę, od razu „ciary na głowie”, rewelacja ogólna!
„Sen o Warszawie” przed startem, w tych okolicznościach mi się podobał, chodź normalnie to hymn klubu piłkarskiego, z miasta obok Łomianek, którego nie darze wielką sympatią.
Ale do rzeczy, start, trochę zimno, więc biegnę w bluzie, a na nią koszulka „zwycięska” ML. Most Poniatowskiego, pierwsza piątka, pierwsza dycha – 51:12, dobrze, mam w zasięgu wzroku Kenijczyków. Na 8 kilo gorąco, cały już mokry, zdjąłem bluzę i biegnę. Pierwszej dychy nigdy nie biega mi się jakoś dobrze, w rytm wchodzę od drugiej dychy.
Druga dycha, dwunasty kilometr, coś nie tak, czuje już ołowiane nogi, jak na 35-37kilo. Włączam tekst motywacyjny: „uświadom to sobie…jesteś Bogiem”, ale starej płyty nie już mózg, dobra była na poprzedni maraton. Nie rozumie co się dzieje, biegnę ciężko, i od tego momentu wszystko przestało mi się podobać.
Zawsze pisze, że „podobało mi się wszystko”, ale to mój subiektywny „endorfinowy” pogląd na dotychczasowe imprezy biegowe. Więc teraz też jest to mój subiektywny obraz Maratonu Warszawskiego, mający mało wspólnego z rzeczywistością.

Nie podoba mi się:

– denerwują mnie, naprawdę wspaniali kibice, – tylko dlatego że mi nie idzie, i że usłyszałem na 15kilo: – już niedaleko! Tak, „przecinek” niedaleko, 27kilo…
– biegniemy przez Łazienki, które uwielbiam normalnie: – co oni tak to rozświetlili, co za odpust pomyślałem…
– wbiegam do toitoi – a zreszto, …i od razu wybiegam,
– Wilanów wbiegamy – myślę sobie zaraz będzie blokada, jak zapowiadali mieszkańcy Wilanowa, super, coś się będzie działo, ja odpocznę – blokady nie ma! A jakiś kibic krzyknął żartobliwie, że tych co mieli blokować…potopili… – no nie, nie tak się bawić nie będziemy, miała być blokada!
– Arbuzowa – patrze, to jest podbieg? no proszę, na Żuławach są większe podbiegi….i na koniec idę, nie biegnę…
– Ursynów: tłumy kibiców, dopingują, bawią się, mają transparenty, muzyka, normalnie rewelacja – ale ja zaczynam biec tempem „grzybobrania”, zmieniam pasy, żeby trasy nie nadrobić czasem!

1236213_333135286822190_1609343443_n
Myślę, schodzę z trasy, nie ma co psuć takiego święta biegania, swoją osobą, i nieznośnym nastrojem. I wtedy zobaczyłem oczami wyobraźni minę mojego Kolegi – Rafała…. o nie, nie dam mu tej satysfakcji, no i chciałem mimo przeprowadzki, czasami jeszcze pochodzić do PACO GYM, frontem, a nie opłotkami.
No dobra, przyjechałeś tu, popisywałeś się jaki jesteś „ojra-ojra” to teraz biegnij do końca i przebiegnij ten „cholerny” Maraton Warszawski, nie zachowuj się jak frajer!
I tak kilometr, po kilometrze, ciułałem te kolejne chorągiewki z dystansem, ale to była droga przez mękę, gehenna, gorzej miałem niż wojska Napoleona u naszych wschodnich sąsiadów.
Nogi ołowiane, kroczki coraz krótsze, boli kark, drętwieją nogi, i zaczynają łapać skurcze w łydce. Nigdy nie miałem skurczy wcześniej. Biegnę, idę, biegnę idę, masakra i co by nie mówić trochę wstyd.
Czasy 5tek coraz gorsze, endomondo widząc co się dzieje, wyłączyło się na 35kilo, akurat przy 3:25…:-)
Mijają mnie kolejne baloniki: 3:30, 3:45, 3:55…mijają mnie prawie wszyscy, takie mam odczucia, myślę zaraz zobaczę autobus z napisem: „koniec maratonu”.
No nie, tak źle nie było, ale tak się mniej więcej czułem!
Bieganie nie dawało mi przyjemności, „nie płynąłem”, nie snułem planów na przyszłość, nic, totalna „rzeźba w kupie”.  No dobra sobie pomyślałem, taki sprawdzian też musiał się w końcu pojawić, musiałem go przejść, no może trochę czasami też przebiec. Zbliżały się punkty pomiaru czasu i robienia zdjęć – biegłem,  potem – „grzybobranie”.  Myślę wpadniemy na Ujazdowskie, humor mi się poprawi, przecież całą zimę tu biegałem i na Agrykoli obok. Gdzie tam! Czego ta ulica taka szeroka? Czego te karetki tak wyją…
Końcówka, biegną  „baloniki” 4:00 i zajączek mocno dopinguje, mamy 30sek zapasu, dawajcie dawajcie! Myślę no dobra, muszę się z nimi holować, 4:00 wstydu nie przynosi, w końcu miesiąc temu to było moje marzenie! Wbiegamy w „ślimak”, potem na płytę stadionu – meta o której wczoraj pisałem, że jest boska – teraz wydała mi się jakaś zwyczajna. Gdzie ta meta, „przecinek”?? Jest, jaki czas 4:09…?.no mieliśmy zapas, komuś coś się powaliło delikatnie, pomyślałem.
Nie ma medali, nie no są w tunelu, spiker pogania ciągle „wypad z baru” maraton skończony! Nie no tak nie było, prosił o wychodzenie kierując się do tunelu nr…
Wszystko mnie boli, wszystko, endorfin zero, no ale cóż przebiegłem…

I potem, tak się zastanawiałem, gdzie popełniłem błąd? Staram się w bieganiu słuchać tylko własnego ciała, instynktownie mi mówi, czego chce, i co może dać w zamian.
Tym razem, lekceważyłem sygnały z organizmu: po Wrocławiu złapałem tygodniowe przeziębienie, będące wynikiem spadku odporności po maratonie. Zawodowo trochę jeździłem po Polsce.  Nie słuchałem tego, tylko sobie ubzdurałem, że złamię 3:30 w maratonie! Organizm, był osłabiony, silnik ma już 38 lat, nie pierwsza młodość. A ja go chciałem batem, batem!!! Głową się wygrywa maratony i poprawia życiówki mówiłem sobie, a okazało się że samą głową to można krzyżówki rozwiązywać. Maratony biega się mięśniami, a potem głową, nie na odwrót, teraz to wiem. Pierwsze 30kilo mięśniami, pozostałe głową. A ja nie miałem już siły od 12 kilo.
Taką zebrałem lekcję z Warszawy, mniej pyszałkowatości, zarozumialstwa, i nie uzasadnionej pewności siebie.

…..nie w Poznaniu nie biegnę….
….a 3:30 złamię w Barcelonie!

P.S.
Zdjęć nie będzie, nie wykupie tym razem na fotomaratonie.pl, bo minę mam nie za ciekawą na tych zdjęciach, ale w ramach humoru będzie link, do fragmentu „Poranku Kojota”, który mi się skojarzył wracając do samochodu, wyglądając jak odwrót wojska Napoleona Bonaparte ze wschodu … ul. Francuską..

Author: szuracz

Share This Post On

3 komentarze

  1. „Moja wrodzona uczciwość…”
    ty kradzieju:)

    Post a Reply
  2. Strona jest ładna ale tekst jest nieczytelny. To znaczy da się przeczytać ale jest to po prostu męczarnia.

    Post a Reply

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: