Co jest fajnego w bieganiu?
Lis23

Co jest fajnego w bieganiu?

Próbując odpowiedzieć na tytułowe pytanie mogę napisać, że w sumie…w samym bieganiu to chyba nic 🙂 Ale jednocześnie można napisać, że wszystko, tak wszystko jest fajne. Jak pytają znajomi to odpowiada się oczywiście jakieś tam dyrdymały, że wagę można zgubić, że super świetnie się czuje po takim biegu, że medale z biegów, że życiówki, że walka z samym sobą, że znajomi, że wyjazdy na zawody, że zwiedzanie i takie tam pierdolety. A rzeczywistość? Musisz wyjść w taki wtorek wieczorem, po całym dniu roboty, kiedy marzy Ci się kanapa, piwerko i ulubiony serial. Wychodzisz wieczorem – czyli wtedy gdy jest Na Wspólnej, albo rano (przed robotą) – czyli wtedy gdybyś jeszcze poleżał w ciepełku. Zanim wyjdziesz to wciskasz się w obcisłe gatki (no bo wiadomka – w szerokich bawełnach to wstyd), wciskasz się w koszulkę opiętą (no bo ta waga to tak średnio chce spadać), zakładasz skarpy oczywiście do biegania – no bo jakżeby inaczej, buty za stów kilka i idziesz.Szczęście jak jesteś w miarę ogarnięty, lub masz ogarnietą i troskliwą partnerkę (partnera), i uprałeś sobie ciuchy po ostatnim bieganiu – lub partnerka zlitowała się i wrzuciła do pralkowego bębna twoje śmierdziuchy. Bo jak nie masz upranego, to mimo że masz w bloku windę to zlatujesz z szóstego schodami bo śmierdzisz jak skarpeta „boa” wujka Heńka i obawiasz się spotkania z sąsiadką w windzie. Jak już wyjdziesz to stoisz jak debil pod blokiem (wtedy jest szansa, że sąsiadka jednak cię spotka – ale gwarantuje ci, że nie zagada) i czekasz aż twój garmin czy nie daj bUk jakiś polar czy inne sónto znajdzie satelity. SATELITY KUUWA!!!Mimo, że wczoraj obejrzałeś na Discovery, że satelit lata nad głowami mnóstwo, to akurat teraz, dzisiaj za cholere nic chyba nie przelatuje. Czekasz i czekasz. Mógłbyś się w tym czasie rozgrzewać oczywiście, ale widziałeś jak rozgrzewają się zawodnicy z elity…rozgrzewali się tak szybko jak ty w życiu nie biegłeś dlatego odpuszczasz i tak się przecież rozgrzejesz na pierwszych stu metrach. Jak tak czekasz na połączenie z kosmosem myślisz o mijającym cię odcinku Na Wspólnej i dochodzisz do wniosku, że może dlatego nie znajduje satelit bo ich nie widzi, w końcu jest ciemno. Postanawiasz to sprawdzić za kilka dni wychodząc rano – okazuje się, że to gówno prawda, a ten cały Elon Musk staje się Twoim idolem bo on chce tych satelit tam więcej wysyłać. Po jakimś czasie wpadniesz na GENIALNY pomysł, żeby zegarek, w momencie jak zakładasz na siebie te obcisłe getry, wystawić na parapet i „niech już szuka”, ale to dopiero po czasie, to skill profesjonalistów. Narazie czekasz pod blokiem…Ooo cyk – jest sygnał, jest zielony napis GPS is OK, można biec. Wcześniej nie...

Read More
A gdyby tak…?
Lis18

A gdyby tak…?

Ponad 8 lat temu kliknęło mi się przypadkiem przycisk „utwórz” i powstało SZURANIE, od blisko trzech lat nic się tu ciekawego nie działo, a już na pewno nie z moim udziałem. A gdyby tak wrócić do pisania i szurania? Na chwilę obecną nie wiem co było by większym wyzwaniem, ale podejrzewam, że to drugie?A gdyby tak wrócić to ktoś by to czytał? Wtedy 8 lat temu się udało, udało się zacząć szurać jako tako, teraz sytuacja wyjściowa jest gorsza i trudniejsza niż wtedy. Wtedy zmobilizował mnie brak jednego kilograma to 100, teraz…już za późno 🙁 No i tak walczę sam ze sobą i mam nadzieje, że napiszecie – nie pisz i nie biegaj, nikt nie interesuje powrotem do biegania i do normalnej wagi 40 letniego grubasa...

Read More
Organizatorzy biegów lecą na kasę!
Gru27

Organizatorzy biegów lecą na kasę!

Przeglądając „najpopularniejszy serwis społecznościowy” trafiłem na jednej z biegowych grup, jednej z największych w kraju, na dyskusję. Dyskusja zapoczątkowana przez administratora tejże grupy. (pisownia oryginalna) Chciałem pobiec jutro w Biegu Powstania Wielkopolskiego. Nie zapisałem się wcześniej. To miał być bieg – chwila decyzji. I…okazało się że to 10 km kosztuje…100zł. Nie! Krzyknąłem. Zwariowali. Za medal, koszulkę i możliwość pobiegania po ulicach każą mi zapłacić 100 zł? NIE! Ja tyle nie zapłacę. Gdzie jest granica komercjalizacji? i się zaczęło. Kilkadziesiąt komentarzy, sporo popierających pana Administratora… ja byłem po tej drugiej stronie, może dlatego, że jak najbardziej rozumiem i wręcz pochwalam takie zachowanie organizatorów. Internetowa anonimowość i +10 do odwagi zza klawiatury pozwoliło wielu użytkownikom na wyrażenie swojego zdania, jakże mylnego w moim mniemaniu i nie mającego nic wspólnego ze zdrowym rozsądkiem. Ale od początku. Jak tłumaczył w komentarzach Admin, „to była decyzja chwili” aby zapisać się na ten bieg . Znalazłem regulamin tego biegu, a tam wszystko czarno na białym. Ostatni dzień zapisów 10 grudnia, w dniu zawodów (27 grudnia) możliwość dopisania – cena 100zł. W pierwszym terminie, miesiąc temu – 50 zł. PIĘĆDZIESIĄT ZŁOTYCH! Postanowiłem napisać o tym kilka słów bo mam ogromną przyjemność być organizatorem imprez biegowych, największych w regionie, który zamieszkuje. Działam w stowarzyszeniu, które jest organizacją nonprofit, nie pobieram, ani ja, ani nikt z pozostałych członków stowarzyszenia nawet złotówki wynagrodzenia, ale też absolutnie nie uważam, że wszyscy tak mają robić. Wręcz przeciwnie, my akurat możemy sobie na to pozwolić aby cały dochód stowarzyszenia był przeznaczany na działalność statutową, ale jeśli ktoś ma inną wolę i chce traktować organizację imprez biegowych jako sposób na biznesowe życie to co w tym złego? A jednak… To tylko jeden z wielu podobnych komentarzy. Mam w związku z tym apel do wszystkich podobnie myślących, podobno w kraju ciężko o dobrą pracę, zarobki są słabe – weźcie się wszyscy, albo przynajmniej część z tak piszących do roboty, do organizacji biegów. To przecież taka łatwa kasa, wprost leży na ulicy. Panie Januszu i inni podobnie myślący, organizacja biegu, nawet takiego na 10 km to kilka miesięcy pracy. Trzeba znaleźć sponsorów, bo mimo, że ktoś też gdzieś napisał, że to co ze sponsorów to do kieszeni to jakaś totalna bzdura. Nie znam budżetu imprezy o której tutaj mowa, ale można się spodziewać, że trzeba było zamówić medale (dużo wcześniej, pewnie jakieś 2-3 miesiące przed imprezą) już wtedy określić ilość sztuk, zapłacić zaliczkę albo i całość, zamówić koszulki (jeśli były), zrobić plan organizacji ruchu – to kilkanaście stron, mapy i inne z pozoru bzdurne rzeczy, ale niezwykle ważne. Jeśli organizator nie ma nikogo swojego kto potrafi to zrobić to przygotowanie takiego planu kosztuje kupę kasy,...

Read More
Piekło Czantorii
Gru08

Piekło Czantorii

Jak na piekło przystało, im niżej tym goręcej. Większość zawodników przygotowana była na mróz, śnieg z deszczem i wichurę. Było ciepło i przyjemnie. Szybka wymiana buffa na opaskę, czapka i rękawiczki z plecaka do depozytu, kurtka rozsunięta na klacie. Godzina 00:00 start! Beskidzka 160 na Raty edycja jesienna. 63km, +5300m, -4800m. Bardzo lubię biegać zawody po pętlach. Pierwsza to rozpoznanie, podczas drugiej już nie ma świeżych nóg, za to wiadomo gdzie przycisnąć a gdzie uważać. Trzecia to zjazd do bazy na autopilocie. W tym stanie gdy ktoś mnie zapyta, ile to 2×2, by rozwikłać rachunek, musiałbym wyjąć kalkulator. Argument o widokach nie przekonuje mnie. Podczas wycieczki staram się chwytać pejzaże jak matryca aparatu, natomiast podczas zawodów niezwykle rzadko rozglądam się poza trasą. Oczywiście są momenty oddechu na grani, gdy teren jest łatwy i mogę pozwolić sobie na obrót głowy o 360’. I to by było na tyle. Las jak to las, malutkie miejscowości, pola, łąki, stoki, wszystko dość podobne do siebie. Osobiście dzielę je na niebezpieczne bardzo i niebezpieczne troszkę. Widok z Małej Czantorii w nocy powalał. Słyszałem żarty, że znicze w Ustroniu jeszcze nie zgasły. Miliony migoczących światełek w ciepłym kolorze, od czasu do czasu przeplecione pasami w chłodniejszych barwach. Cudowna suknia oplatająca atrakcyjną figurę Beskidów. Dech zapiera. Kilka kroków dalej zaczynał się teren niebezpieczny troszkę i należy się skupić, w przeciwnym razie grozi bliskie spotkanie ze śniegowymi jęzorami lub organicznym SPA. Rano zaczęło lekko padać a mgła owiła wszystko w promieniu 50m. Trasa urozmaicona. Ogrom przewyższeń, strome podejścia i zbiegi. Miejscami podłoże błotniste z luźnymi kamieniami, miejscami szuter lub gruntowe, śliskie drogi, fragment asfaltem, sporo przyjemnych, leśnych ścieżek. Warunki do biegania nienajgorsze. Znakomite oznaczenie, obfite punkty żywieniowe, pomocni wolontariusze, zjazd kolejką z mety na parking – super! Wracając na chwilkę do piekła, trzeba zwrócić uwagę na pewne liczby; zapisanych 150, wystartowało ok. 130 osób, do mety dotarło 53. Może po Łemkowynie i Ultra Sky Marathon Babia Góra patrzę na trudności nieco łagodniej? Ogromne gratulacje dla każdego, kto w regulaminowym czasie dotarł do mety na każdym z dystansów (ultra, maraton i półmaraton). Komu się nie udało, pamiętajcie: Never a failure, always a lesson! Zajawka filmu z tegorocznej edycji (produkcja 8K Studio)...

Read More
Douro Ultra Trail
Lis29

Douro Ultra Trail

Powoli staje się „nową świecką tradycją”, że wyszukuję moje biegi w momencie przeżywania  smutku. Chyba po to, żeby mieć na co czekać i odwrócić uwagę od trupa w szafie (a wiemy przecież, ze każdy ma swojego tru(m)pa w szafie). Film promujący Duoro Ultra Trail obejrzałam jakieś 100 razy, lub więcej. Szczególnie  przypadł mi do gustu ten z 2014 roku. Moja ukochana Portugalia ( byłam tam już wcześniej trzy razy), ewidentne wzywała mnie do przyjazdu do Porto… Na Douro Ultra Trail bieg byłam zapisana już w czerwcu, ale  z kupnem biletów zwlekałam do tygodnia przed biegiem. Do samego końca wahałam się – jechać, nie jechać…a dziś wiem, ze gdybym nie pojechała, byłoby to potworną głupotą i byłabym w plecy o jedną z najlepszych przygód mojego życia. Kiedy oglądałam film – wydawało mi się , ze ten bieg to niegroźne pagórki obrośnięte winoroślami, położone malowniczo nad rzeką Duoro, gdzie powstaje duma Portugalii – trunek Porto. Organizatorzy ocenili ten bieg jako ” muito dificil” – bardzo trudny , podając sumę przewyższenia 4500 m na 80 km. Ale myślałam, ze to taki lep na biegaczy;). Stwierdziłam, że 20- godzinny limit mnie wyraża i to jest do zrobienia. Uznałam też, że nie opłaca się zapisywać na 45 km , bo za 80 będę miała 4 punkty ITRA. A punkty mogą się przydać, bo nigdy nie wiadomo czy nie bedą mnie potrzebować w Alpach;). Tydzień przed biegiem zapada decyzja – lecę. Wraz ze mną na podróż decyduje się koleżanka o ksywie  Zabra – moja facylitatorka…Wiem, wiem- dziwny wyraz i również go nie znałam, dopóki Zabra nie wytłumaczyła mi, że ona będzie taką osobą od wspierania mnie przed, w trakcie i po biegu – fizycznie i psychicznie. Jeszcze wtedy nie wiedziała, ze będzie na mnie czekać na mecie do 1 w nocy , śpiąc na ławce  przed kiblem w Muzeum Duoro obłożona reklamówkami… Co do samej taktyki biegu – mogłam tylko postawić na moc, którą dają kanapki z pasztetem przywiezionym z Polski. Natłok zajęć spowodował, ze ostatni trening biegowy odbyłam dokładnie 2 miesiące wcześniej. Był to bieg ultra na 57 km o nazwie „Szlak Trafi” , podczas którego niemal wyzionęłam ducha. Poszłam na bieg po trzech godzinach snu i głodna i pierwszy raz w życiu spotkałam się z potężnym bólem żołądka… Ale ukończyłam, dwie minuty przez końcem limitu. Ten bieg nauczył mnie tyle, że można biegać Rzeźnika bez treningu, ale nie można za cholerę iść na jakikolwiek bieg bez jedzenia i z deficytem snu. Płakałam cztery godziny po dotarciu na met( nie potrafiąc podać przyczyny) i byłam totalnie rozbita przez dwa dni. Zrobiłam sobie pamiątkową fotkę, ku pamięci, zeby mi nigdy więcej nie przyszło do głowy...

Read More
Peppa w raju, czyli Łemkowyna Ultra Trail 80
Paź26

Peppa w raju, czyli Łemkowyna Ultra Trail 80

Każdy rodzic z niedużym stażem zrozumie tytuł. Pozostałym szybko wyjaśniam, że Świnka Peppa to brytyjska kreskówka w oszczędnej formie, przesycona pozytywnymi emocjami. Ulubioną zabawą bohaterki jest taplanie się w błotnych kałużach. Ponieważ każdy, kto interesuje się biegami górskimi na dystansie ultra a nie brał udziału w Łemko, ma serdecznie dość opowieści o błocie, ja ograniczę się do jednego zdania. Błoto owszem było, miejscami po kostki, gdzie indziej po łydki, czasami nawet pojawiały się zbawienne potoki (po nastym przestałem je liczyć), w których można było wypłukać się ze zbędnego kilograma mazi. Opowieść będzie krótka, bo pora startu jest moją zwyczajową porą głębokiego snu. Dokładnie tak się biegło. Po uporaniu się z pogonią, o której opowiem później, wpadłem w trans i tak do samej mety. Super komiczna sytuacja miała później miejsce, gdy stoję pod wiatą myjąc twarz i ręce w cieknącej z dachu deszczówce. Turyści i członkowie obsługi imprezy stali i przyglądali się, coś szeptali między sobą, po czym ktoś zwrócił mi uwagę, że 2 metry dalej jest otwarta na oścież obszerna ubikacja z dużymi umywalkami dla zawodników. Zaczęliśmy śmiać się ze mnie. Wystartowaliśmy w miarę spokojnie. Od początku utworzyła się grupka czołowa, z której na szczycie pierwszego wzniesienia została czwórka. Dwóch biegaczy przede mną grzebało się na zbiegu lub raczej przemieszczaniu się w dół używając wszelakich technik samoobrony. Biegliśmy trasą po liftingu zawodników z ŁUT 150, którzy wystartowali godzinę wcześniej. Wtem zza krzaków wyskoczył czwarty i śmignął jak szatan. Planowałem zbiec spokojnie za moimi ostrożnymi rywalami i zaatakować przed kolejnym zbiegiem, ale w tej sytuacji nie mogłem wypuścić uciekiniera. Pokonałem zjazd stylem zmiennym, raz śmigiem raz carvingiem (narciarze wiedzą o co chodzi), zacząłem nadrabiać stratę na wypłaszczeniu, dogoniłem go na podejściu. Klasycznie dla mnie w takich sytuacjach zacząłem sprawdzać rywala podchwytliwymi pytaniami typu: utrzymasz to tempo? Nie był rozmowny. Odniosłem wrażenie, że moje pytania są dla niego irytujące. Wiem, wiem, często jestem upierdliwy i jego reakcja była w pełni usprawiedliwiona. Dlatego też zostawiłem go na kolejnym mniejszym wzniesieniu podbiegając je. Na kolejnym zbiegu oczywiście dogonił mnie i wyprzedził. Później ja wyprzedziłem jego i może zabawa w kotka i myszkę trwała by dłużej, gdyby nie długa prosta lekko do góry i dość łatwy technicznie zbieg, na którym nie dałem się dogonić gnając ile fabryka dała. Później jeszcze kawałek trzymałem wysokie tempo aby pozbawić rywala nadziei. Kto się ściga ten wie, ile znaczy kontakt wzrokowy. Gdy widzisz innego zawodnika, odzywa się pierwotna potrzeba pogoni. Zapominasz o zmęczeniu i bólu, pragniesz wbić kolce butów w dupę przeciwnika i wyprzedzać, wyprzedzać, wyprzedzać! A tak, gdy nie widzisz, nie czujesz krwi w mętnej wodzie, tracisz wolę walki a organizm przechodzi w tryb holowania ciała na...

Read More