[Mateusz] „Czułem się jak Kenijczycy” czyli mój debiut w Radomiu.

1535750_732760733449302_5422190439593989085_n„Boże, ile ja się namęczyłem, ale zrobiłem to!” – napisałem na gorąco na Facebooku po ukończeniu Półmaratonu Radomskiego Czerwca’76, dla mnie pierwszego w życiu. Jak to zwykle bywa, pierwszy jest tym najpiękniejszym, takim który pamięta się do końca życia, a przynajmniej do zakończenia „kariery” szuracza.  Mam jednak wrażenie, że Radom nie tylko dlatego od tej pory będzie mi się kojarzył bardzo przyjemnie!


Jak to się zaczęło?

Na początku kulturalnie jest się przedstawić. Nazywam się Mateusz. Jestem „szuraczem”.  Jeszcze do niedawna dość nieregularnym. Wiecie jak to jest: praca, obowiązki, nie raz po prostu nie chciało się wychodzić na dwór pobiegać. Jak zwykle w takich sytuacjach potrzeba po prostu znaleźć cel, do którego się dąży. Na mnie to zawsze działa. Chciałem nieco więcej biegać. Baaa! Bardzo mi się to podobało! Około dwa miesiące temu dobrze Wam znany Paweł (tak, ten niepozorny autor tej strony ;)) rzucił temat półmaratonu w Radomiu. Dla mnie, czyli osoby, która do tamtej pory najwięcej na raz przebiegła 11 kilometrów w jesiennej Kieleckiej Dyszce, było to nie lada wyzwanie… W końcu to aż 10 kilometrów więcej! Paweł jednak namawiał i namawiał, do tego zmobilizował mnie też mój serdeczny kolega Tomek.

 – No to co Tomek? Zapisujemy się?

– No Mati… Ja niestety już nie mogę…

– Uuu…

– Bo boję się, że mnie zdyskwalifikują, gdy się zapiszę dwa razy 🙂

No to nie pozostało mi nic innego jak się zgłosić. Świadom byłem ile czeka mnie pracy, dlatego wątpliwości czy zrobiłem dobrze miałem bardzo dużo. Czy zdołam trzy razy w tygodniu zorganizować sobie czas na bieganie? Czy wytrzyma to mój organizm? No nic… Trzeba było spróbować, w końcu tego celu właśnie potrzebowałem! To miało u mnie wzbudzić dużą motywację. Wpłaciłem pieniążki, to teraz głupio się wycofać 😉

„Regularność kluczem do sukcesu”

Mówili mi to wszyscy bardziej doświadczeni biegacze czy „szuracze”. I mieli rację! Gdy zacząłem regularne treningi, szybko dostrzegałem moje postępy. Po kilku tygodniach odcinki 10 kilometrowe nie sprawiały mi większych problemów. Natomiast dłuższe wybiegania robione w dość niskim tempie coraz bardziej dodawały mi pewności siebie. Kulminacyjnym momentem przygotowań było „zrobienie” 19,5 kilometra na 3 tygodnie przed półmaratonem. Dosyć przypadkowo, bo w planie miałem przebiec 17 kilometrów, ale… wcześniej nie zaplanowałem sobie trasy… Biegłem na żywioł, a potem trzeba było jakoś wrócić do domu 🙂 Z jednej strony byłem już pewien, że 22 czerwca w Radomiu powinienem dać radę, z drugiej jednak strony na własnej skórze przekonałem się, że dystans półmaratonu to nie przelewki… Jeszcze tego samego dnia wieczorem błyskawicznie zaatakowało mnie przeziębienie, które trzymało mnie przez ponad tydzień. Widocznie organizm nie był jeszcze przygotowany do aż takiego wysiłku.

U mnie choroba znaczy przede wszystkim jedno… ogromny katar… Nie jest to przyjemne przy bieganiu. Na szczęście udało się ominąć tylko jeden jedyny trening. Długo jednak wracałem do pełni sił. Na dwa tygodnie przed zawodami miałem się przetestować i przebiec 14 kilometrów w takim tempie, w jakim planowałem półmaraton. Była to męczarnia… Ale swoją słabą dyspozycję tłumaczyłem też dużym upałem. Potem jednak siły wracały z dnia na dzień.

Ogólnie w trakcie dwumiesięcznych przygotowań zrobiłem tyle kilometrów, ile przez wcześniejsze dwa lata… To był ogromny kapitał, który musiałem wykorzystać w Radomiu. Zrobiłem niemal wszystko, żeby przebiec ten dystans. Opuściłem tylko jeden zaplanowany trening i to ze względu na chorobę! Satysfakcję jednak mogłem poczuć dopiero po przekroczeniu mety na stadionie w Radomiu.

No to jedziemy!

Jest 22 czerwca godzina 6.00. Wstaje z łóżka i myślę sobie: „Czy ja jestem zdrowy psychicznie? Czy ja wiem na co się porywam? 21 kilometrów biegu…
W życiu jeszcze tyle nie przebiegłem. A jak w trakcie urwie mi się noga? Może nie wytrzymam?”  Takie wątpliwości są chyba normalne przed debiutem. W samochodzie jechaliśmy w pięć osób (Paweł „Joniu” , Piotrek „Bambosh”, Karolina żona „Jonia”, Tomek i ja), dwie (oprócz mnie) po raz pierwszy miały zmierzyć się z półmaratonem i dało się zauważyć, że są tak samo zestresowane. Może więc nie ma się czym martwić? Na starcie pewnie będzie ich jeszcze więcej!

W Radomiu byliśmy już koło godziny 8.30. Szybkie i sprawne odebranie naprawdę fajnych pakietów startowych, potem powrót do samochodu, przebranie się w ciuchy biegowe i oczekiwanie… Tak… Ono było najgorsze. Chciałem już mieć to za sobą, a została jeszcze godzina. Co z sobą zrobić jak rozpiera cię taka energia? Dobrze, że wokół mnie były tak fajne osoby, bo przynajmniej miałem z kim pogadać 😉 Poszliśmy na stadion, gdzie usytuowana była meta, zobaczyć jak dzieciaki rywalizują w Biegu Przedszkolaka. Jak ja już chciałem przekraczać metę tak jak one…

Godzina 9.45. To już tylko kwadrans. Idziemy na start. Robimy szybkie zdjęcie z fantastyczną „Drużyną Bartka”, do której chciałbym kiedyś należeć. Może kiedyś będę na to zasługiwał, ale pewnie jeszcze sporo kilometrów przede mną! Ten półmaraton pewnie mnie do tego zbliży!

Godzina 9.58. Hymn Polski dla uczczenia robotników oraz mieszkańców Radomia, którzy w czerwcu 1976 roku masowo protestowali przeciw działaniom komunistycznych władz. Nie śpiewam, stoję na baczność. Zawsze mnie wzruszają takie momenty, dlatego gdybym wydał z siebie głos, to pewnie zaraz głos by mi się załamał. A trochę głupio też startować w półmaratonie zalany łzami 🙂

Czas! Start!

Godzina 10.00! Ruszamy! Endomondo włączone? Włączone! Chyba nie darowałbym sobie jakby mi nie policzył tego półmaratonu! Przez niemal cały dystans biegłem z Tomkiem. Założyliśmy sobie, że będziemy „szurali” tempem plus/minus 6 minut na kilometr. W sam raz jak na pierwszy raz, bo to nie jest zbyt szybko, ale też nie za wolno. Idealnie i komfortowo…

Jestem pod wrażeniem Radomia! Jako miasta i jego mieszkańców! Widać, że w tym mieście bieganie to ogromna tradycja. Na trasie co chwilę można było spotkać dopingujące dzieci, które wyciągały ręce, aby przybić im piątkę. Nawet sobie nie wyobrażałem jak to dodaje siły! Wszelkie izotoniki i żele energetyczne przy tym są niczym! Potem na trasie, gdy tylko miałem jakiś mniejszy czy większy kryzys, tylko czekałem na te dzieciaki, które ładowały mi baterie na kolejne kilometry. Ogromny szacunek należy się także starszym mieszkańcom! Wielu z nich było przypadkowymi widzami. Czekali na przystankach. Wiedzieli, że autobusy nie przyjadą na czas, gdyż jezdnie były zamknięte dla ruchu. Mimo tego na ich twarzach widać było uśmiech, słychać było słowa otuchy i oklaski. Tradycje to tradycje! Mam nadzieję, że jeżeli kiedyś taki bieg zorganizowany będzie w centrum Kielc, to mieszkańcy będą tak samo wyrozumiali! Oby! Choć mam trochę wątpliwości…

Ale wróćmy do Radomia! Do mojego zmagania z 21 kilometrami… Nie będę szpanował. Łatwo nie było, mimo tego że tempo tak jak wspominałem było komfortowe.  Dobrze, że pogoda była znośna. Wprawdzie raz było słońce, a za parę minut rzęsiście padający deszcz, ale najważniejsze, że nie było upalnie. Tego obawiałem się właśnie w drugiej kolejności. Pewnie w 30 stopniowym upale jakoś doczłapałbym się do mety, ale na pewno z międzyczasami dużo gorszymi niż 6 minut na kilometr. Szczęście dopisało, więc można było pokonywać kolejne kilometry.

10430382_795559280475135_8899413850866330100_n

ja (z lewej) w towarzystwie mojego przyjaciela Tomka

I kogo ja nie spotkałem na trasie! Czuję ogromny szacunek do osób w okolicach 40, 50 i 60 roku życia, które przygotowane były do biegu nie gorzej niż ja, chłopak w wieku 26 lat! W tym miejscu chciałem pozdrowić Panią w króciutkich blond włosach z czapką. Nie pamiętam niestety numeru startowego, a szkoda! Jeśli przypadkiem to czyta, to pewnie pamięta gościa w niebieskiej koszulce z numerem 289 z niewygodnie chybotającym się pasem na bidon…  Raz my z Tomkiem ją wyprzedzaliśmy, a raz ona nas. Szacunek! Chciałem ją uściskać na mecie, ale ze względu na zmęczenie i ogólną euforię już jej nie dostrzegłem.

Właśnie… Pasek na bidon… O mało przez niego nie straciłem numeru startowego na 3. kilometrze… Zbyt luźno go umocowałem , bo bałem się za bardzo ścisnąć w pasie. Potem na wspomnianym etapie trasy zbyt energicznie zacząłem go poprawiać i wyrwałem dwie dolne agrafki, które przytwierdzały numer do koszulki. Dobrze, że nie urwały się też dwie górne, bo wtedy musiałbym go trzymać w ręce lub zębach 🙂

10304631_584083701712088_2436988524584865726_n

To był jedyny kłopot techniczny w trakcie biegu. Reszta to były kłopoty fizyczne. Na szczęście nieduże. Spodziewałem się, że będzie gorzej. Tzw. „ściany” na szczęście nie uświadczyłem. Najpoważniejszy kryzys miałem na 17.5 kilometrze tuż przed wodopojem. Wtedy musiałem podratować magnezem, bo mogły mnie zacząć łapać skurcze. Pomogły też dzieciaki i ich piątki!

Trudno było też na 19. kilometrze, kiedy przed oczami wyłonił się stadion… Już się było w ogródku… Już się witało z gąską… Ale to jeszcze 2000 metrów. Dystans, który przecież normalnie pokonuje się bez najmniejszego problemu. Co to jest? To nic! Tak się niestety tylko wydaje 🙂 Doczłapałem do ostatniego wodopoju. Dwa łyki izotoniku i jakby wstąpiły we mnie nowe siły. Został już tylko kilometr. -No to trzeba zacząć finiszować! – pomyślałem chyba w amoku…  Ku mojemu zdziwieniu jednak naprawdę przyśpieszyłem. Tomek, z którym biegłem przez 20 kilometrów nie zaryzykował. Zostałem więc sam ze sobą. Tylko ja i ostatnie 1000 metrów. Pierwszy cel wyprzedzić gościa w czerwonych podkolanówkach! „Łyknąłem” go na łuku tuż przed parkiem przed stadionem. Potem odcinek przez park. Sporo ludzi, uśmiechy, oklaski, dodawanie otuchy! Biegłem szybko, bo tempem 5 minut na kilometr, więc co chwilę kogoś mijałem. Czułem się jak Kenijczycy, którzy minęli mnie na 9. kilometrze na ulicy Lubelskiej (oni jednak kończyli wtedy 15. kilometr :)). Jestem już na stadionie! Jest bieżnia! Jeszcze tylko 200 metrów. Zacisnąłem zęby! Ostatnia prosta! Minąłem jeszcze dwóch zawodników i z uniesionymi rękami wbiegłem na metę!

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Czas 2 godziny 5 minut i 7 sekund!

Co to było za uczucie! Nigdy go nie zapomnę! Oczy chyba mi się trochę zaszkliły. Wykonałem przecież coś, co dwa miesiące temu było dla mnie trudne do wyobrażenia, przebiegłem 21 000 metrów! Medal wręczony przez uroczą wolontariuszkę już wisi na szyi! Jaki on jest piękny (wolontariuszka zresztą także 🙂 )! Za chwilę na metę wbiega Tomek, jest się więc z kim cieszyć! Przed biegiem pytaliśmy siebie: „Po co nam to?” A no właśnie dla takiej chwili, w której uświadamiasz sobie, że pokonałeś własny organizm. To jest piękne!

Co dalej?!

Szczerze przyznam, że nie wyobrażam sobie w tej chwili jak ktoś może przebiec dystans pełnego maratonu. 42 kilometry to jakiś kosmos… Nie wiem, może jak przebiegnę jeszcze kilka półmaratonów, to w głowie zaświta ta myśl, tak jak dwa miesiące temu. A może by nie spróbować? Teraz jednak moim celem jest pokonanie 21 kilometrów z czasem poniżej dwóch godzin. Jest to jak najbardziej do wykonania. Wystarczy tylko na każdym kilometrze biec 20 sekund szybciej… Dam radę? Oczywiście, że tak! Trzymajcie za mnie kciuki!

Author: szuracz

Share This Post On

2 komentarze

  1. Też tam byłem i uważam że był to najlepiej zorganizowany półmaraton w jakim biegłem dotychczas, do tego zrobiłem swoją życiówkę. Za rok zobaczysz że maraton będzie osiągalny dl Ciebie, bądź cierpliwy i biegaj.

    Post a Reply
  2. Zakręciły mi się łzy w oczach..autentycznie. Poczułam prawie to wszystko..niby takie nic, taki maraton (oczywiście w cudzysłowie to piszę), a tyle emocji, taki stres, taka satysfakcja. Ja dopiero zaczynam swoją przygodę z bieganiem. Najpierw przez miesiące tylko czytałam wpisy biegających ludzi na fb, jakoś tak nawet nie wiem czemu zaprosiłam ich do znajomych. Całkiem niepostrzeżenie choć nie znałam ich osobiście stali mi się jakoś bliscy i zaczęłam z większą uwagą śledzić ich wpisy. Strony o bieganiu.. ., mnóstwo pozytywnych hasał. Np to- nie mów będę biegał jutro, czy za godzinę, biegnij teraz. Pamiętam jak po przeczytaniu tego , ubrałam się i wyszłam od razu, ale wtedy jeszcze pochodzić z kijkami, nie biegać. Dziś, od półtora tygodnia przebiegam codziennie po 2-3 km…raz 4. Niewiele na razie, czasem też nie będę się chwaliła, ale…pobijam swoje rekordy już. Po bieganiu mam takiego powera, że robię dziwne rzeczy:), których nigdy wcześniej nie robiłam – a to ćwiczę jeszcze coś, a to gotuję dziwne rzeczy, ostatnio potrawę, której nigdy wcześniej nie robiłam. Zobaczymy jak to się rozwinie, na razie bolą kości itd…ale jest moc, zapał i chęć a to najważniejsze. Może jakoś dogadam się z moim organizmem i będę biegała szybciej i dłużej. Miłe słowa o Radomiu tym bardziej fajnie słyszeć, że tu mieszkam , choć nie jestem rodowitą Radomianką:). Ostatnio wiele się tu dzieje, imprez biegowych, ruchowych i w ogóle czuje się rozwój …Pozdrawiam i życzę wszystkim wielu sukcesów i przekraczania własnych słabości. Ja do tej pory przekraczałam je na siłowni, zumbie, maratonach pieszych na 50 km, a teraz zaczynam w bieganiu!

    Post a Reply

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: