Pierwszy medal ! – Żoliborski Bieg Mikołajkowy

Zapisałem się w sumie przypadkiem, nie myślałem i nie planowałem szurać poza Kielcami, a przynajmniej jeszcze nie teraz. Ukończyłem – jako tako – Kielecką Dychę i plan był taki, że innych planów nie ma:) Ale gdzieś przypadkowo, ktoś napisał, że tu i tu jest taka fajna kameralna impreza. Że 10 km, że grudzień… Szybkie spojrzenie w moje terminarze meczowe – meczu nie ma. Jadę! Nie umawiając się z nikim, nikogo o towarzystwo nie prosząc zapisałem się na Żoliborski Bieg Mikołajkowy. Później zacząłem pękąć… Samo zapisanie bowiem nie wystarcza, trzeba jeszcze opłacić wpisowe i wtedy dopiero następuje potwierdzenie. Tak więc tchórz mnie oblatywał, że gdzie ja co ledwo przeszuruje kieleckie chodniki będzie leciał taki kawał, żeby znowu ledwo dolecieć do mety… Gdzie ja, który w życiu wcześniej dwa razy przeszurał więcej niż 10 km jednorazowo na bieg do Warszawy? W międzyczasie o biegu dowiedziało się kilku znajomych kielczan, obecnie mieszkańców stolicy i wspólna moblilizacja zaowocowała wpłaceniem kwoty w wysokości 30 zł na konto organizatora:)

Nr 368

Taki oto został przydzielony, w sumie ludzików na starcie miało stanąć około 600. Dla mnie taka liczba biegających na raz to jakiś kosmos. Zazwyczaj biegam samemu, a jeśli już kogoś widzę szurającego o 22.00 w nocy, to stwierdzam, że musi być podobnie chory jak ja i nie traktuję go poważnie:) 600 osób razem!

Pobudka w niedzielę łatwa nie była. Dzień wcześniej cały czas w trasie. Kielce – Łódź – Kielce z przerwą na średnio udane zawody w piłce nożnej. Po powrocie do domu jeszcze obróbka zdjęć, szybka prasóweczka, kilka powtórek i około 24.00 kąpiel i spać.

Droga na miejsce startu bez problemu, nawet czasu było za dużo, dlatego też można było oszczędzić trochę środowiska naturalnego poprzez mniejsze spalanie paliwa przez mój środek transportu. No i zimno. Zimno jak cholera, co odczułem dopiero na miejscu. Park Kępa Potocka to fajne miejsce, z jednej strony chyba drogie mieszkania, apartamentowce, wielkie bloki z ogromnymi tarasami porośniętymi tujami na dachach, z drugiej kanał, kaczki, drzewa i komunistyczne ogródki działkowe. Godzinę przed moim startem dzieciaki w tempie dla mnie zawrotnym pokonywały kolejne metry, setki metrów. Te z zadowolonymi minami po swoich biegach maszerowały dumnie z medalami na szyjach . Patrzyłem na nich wtedy z zazdrością… Trochę dziwne uczucie jak 32 letni facet patrzy na 6 letnie dziecko i mu zazdrości, że ma taki medal o którym on marzy od ładnych kilkuset kilometrów…

Numer odebrany, herbata wypita (pan mówi, że sam Miecugow do niego na herbatkę wpada…czułem się zaszczycony:) 30 minut do startu, spotykam znajomych. Trzech Marcinów. Marcin szybki – taki w okolicach 40 minut, Marcin jak ja – koło godziny i Marcin zagadka – nie wiem jak on biega:) Wspólnie przegadujemy około 20 minut po czym męsko i twardo życzymy sobie powodzenia i każdy z nas ze zmarzniętymi na kość stopami (przynajmniej ja takie miałem) udaje się na szybką rozgrzewkę.

Start

Ciasno, ciasno i jeszcze ciaśniej. Facetów i kobiety rozdzielono. My osobno, babeczki w samotności. Na szczęście nasze drogi schodzą się po około 1,5 kilometra. Ustawiłem się raczej pod koniec stawki, realnie oceniając swoje możliwości:) Jednak start i pierwsze kilometry były dla mnie rewelacyjne, Biegło mi się super, aż zacząłem się zastanawiać czy wszystko jest ok, czy nie za szybko i czy wytrzymam. Wyprzedziłem baaardzo dużo szuraczy. Bo do biegaczy miałem już zdecydowanie za daleko. Pierwszy kilometr poniżej 6 minut! Drugi…5:12, trzeci 5:23. Cholera jasna – jeszcze mnie wezmą na Igrzyska pomyślałem:) Nigdy do tej pory nie udawało mi się utrzymać takiego tempa. Co więcej czułem się bardzo dobrze. Nic nie bolało, nic nie obcierało. Noo może było trochę gorąco.  Czwarty kilometr 5:19. Byłem mocno zaskoczony. Pozytywnie. Oczywiście nie było tak cudownie do samego końca i nie wygrałem tego biegu:) jednak wygrałem go sam ze sobą. W listopadzie w Kielcach przegrałem, przestraszyłem się odległości, nie wiedziałem jak rozłożyć siły i spękałem – trzymałem bezpieczne dla mnie 6:10/km. Wiedziałem, że w takim tempie mogę biegać bezustannie. Teraz zaryzykowałem i się opłaciło. Nie wiem, pewnie zadziałała trochę adrenalina, pewnie sama „magia” zawodów też troszkę niosła do przodu.

Mniej niż 60 minut – marzenie!

Miesiąc temu chciałem przebiec, dwa tygodnie temu nieśmiało zacząłem się zastanawiać i marzyć o dobrym dla mnie wyniku. Tydzień przed – mimo problemów zdrowotnych – nie myślałem o niczym innym jak tylko o tym, aby to był bieg z którego będę zadowolony. Aby był poniżej 60 minut. Piąty kilometr 5:45. Jeśli nic się nie przydarzy dziwnego – uda mi się. Tak pomyślałem kilometr przed końcem pierwszej pętli. Jednak krótki – może 50 metrowy podbieg, delikatny w porównaniu do tego co mam w Kielcach – wytrącił mnie totalnie z równowagi. Zabrało mi nogi, weszło mi tak w uda – że nie pamiętam prawie jak przebiegałem przez metę będącą półmetkiem. Szósty kilometr 5:40 – nadal dobrze, nadal „szuram po rekord”. Siódmy kilometr 5:46. Wolniej ale jeszcze w normie. Ósmy – 5:51. Tracimy moc hjuston:) Na dziewiątym kilometrze – 5:56 dowiedziałem się bardzo ważnej rzeczy, że nie należy oceniać ludzi po wyglądzie. Aby wytłumaczyć, muszę się cofnąć o jakieś 6 kilometrów. Na początku, kiedy to leciałem jak szalony:))) wyprzedzałem kobietę (może dziewczynę, może Panią? Nie wiem, bo widziałem ją tylko od tyłu) Pomyślałem wtedy – jako, że była to bardzo otyła postać – że mam do niej wielki szacunek, że się porwała na 10 km. Jest drugi kilometr, a ona nadal się trzyma. Śmiesznie biegnie i nie wygląda na sportowca, ale szura. Wyprzedziłem ją z myślą, że pewnie będzie gdzieś szurała do póóóóóźnych godzin wieczornych… No i przyszedł wspomniany dziewiąty kilometr, ja już jak lokomotywa coraz wolniej, ospale. Za moment ten podbieg który tak mnie umordował na pierwszej pętli. W słuchawkach Jared Leto z 30 Seconds to Mars wyśpiewywał właśnie kolejne NO NO NO w Closer to the Edge, a po lewej mijała mnie, w zabójczym dla mnie w tym momencie tempie, Pani, o której tak „dziwnie” jeszcze jakiś czas temu myślałem. Wyprzedziła mnie i choćby ciągnęła za sobą wielką skrzynkę ulubionego przeze mnie piwa to i tak bym jej nie dogonił. Biegła naprawdę szybko. Można? MOŻNA!!! I to w bieganiu jest super. Dziesiąty kilometr 5:48, na ostatnich metrach miałem zwątpienie – klepnięcie po plecach od Marcina (tego co biega jak ja) i kilka wyrazów otuchy pomogły w doszuraniu do mety. Wiedziałem, że cel osiągnąłem. Jest poniżej 60 minut.

Meta

Znowu zapomniałem ucieszyć się na mecie. Chciałem zawsze zrobić tak jak najwięksi sportowcy. Wyrzucić ręce w górę. Zapomniałem:) Tuż za metą, piknięcie w stronę mojego kodu kreskowego, MEDAL na szyję, jabłko w rękę i szukanie tchu. Odzyskałem go po chwili, wymiana wrażeń z biegu, pamiątkowe zdjęcie z Marcinem i do domu. Na wręczenie nagród nie czekałem:)

Sumując: zadowolenie jest w 200%, plan założony – wykonany. Dużo się podczas biegu nauczyłem, też o sobie i o postrzeganiu innych. Ogromne wrażenie zrobił na mnie Pan w koszulce „widzieć więcej niż czubek własnego nosa”. Biegł z przewodnikiem. On był niewidomy. Wspomniana Pani, także przyłożyła trochę moim myślom. Sam sobie też dałem do myślenia wiele, że jak się chce, i trochę popracuje to można osiągnąć coś, co jeszcze 12 miesięcy temu było NIE DO POMYŚLENIA. Dokładnie rok temu przeszurałem, trochę przeszedłem 2 km. Ledwo żyłem, a zakwasy mnie męczyły przez tydzień.

Dzisiaj ukończyłem 10km poniżej 60 minut! i mam medal!

Plany na przyszłość mam ogromne, chcę więcej i dalej. Może – jak daty przypasują w marcu… A jeszcze nie będę zapeszał:)

mała, metalowa, dająca TYLE FRAJDY nagroda – MEDAL!

jeszcze ledwo „dycham”

CZAS KOŃCOWY: 57:45

MIEJSCE: 443 !

Author: szuracz

Share This Post On

3 komentarze

  1. Joniu dałeś radę, to już coraz mniej przypomina szuranie! Teraz przed Tobą trudny okres, bo zima nie sprzyja treningom, no i czeka nas suto zastawiony świąteczny stół 🙂
    Ale planuj starty na przyszły rok i…biegaj! 🙂

    Post a Reply
  2. Martin, szacun… Keep szurring….

    Post a Reply
  3. Gratuluję pierwszego w Twojej karierze medalu! Graty też za złamanie 60 minut na dychę. Trzymaj… tfu… Szuraj tak dalej 🙂

    Z biegowym pozdrowieniem,
    Paweł

    Post a Reply

Trackbacks/Pingbacks

  1. Szuraniowe podsumowanie 2012 roku - [...] Zachwycony atmosferą i ogólnie samym biegiem postanowiłem iść dalej. W Kielcach na próżno szukać kolejnych podobnych biegów, dlatego padło…

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: