Poznań swoje możliwości !!!

Running in PoznanGdybym miał kiedyś stworzyć listę miejsc których po prostu nie znoszę, Poznań  z pewnością byłby wysoko. Jeśli nie na samym szczycie. Jakoś się tak porobiło, że nie darzymy się sympatią z Miastem Słowików. Nie mam może zbyt wielu powodów by nie lubić Pyrlandczyków i zawsze jestem największym przeciwnikiem szufladkowania ludzi albo odrzucania kogoś tylko dlatego, że miał nieszczęście urodzić się w złym miejscu. Ale na przykład 90% moich zawodowych problemów z klientami dotyczy Poznania i okolic. Akcje jak z „Transportera”, kłamstwa i ściemnianie na każdym kroku – dla mnie mit wielkopolskiej solidności już dawno legł w gruzach. Słowem, Poznania i przede wszystkim jego mieszkańców nie cierpię  i unikam jak tylko mogę. To miejsce ma złą energię – nikt mi nie powie, że jest inaczej !!! I gdyby ktoś wcześniej rzucił pomysł, żebym pojechał  do „tego” Poznania i zmierzył się z maratonem, uznałbym go za kogoś  pokroju Macierewicza. Bo to najlepsze miejsce, żeby mi nie wyszło. Klęska gwarantowana. Amen.

   Dlatego od końca czerwca trenowałem do Maratonu Warszawskiego. Trenowałem solidnie i coraz  szybciej, w  lipcu  to już  była niemal euforia – Moc  biła  ze  mnie,  biegało się  świetnie, kosmiczne no  limits …  Trzeba było polecieć w tempie 5:10 – ja  biegałem 4:20, miał być dzień  na wolne crossy –  ja szalałem gdzieś  w  górnych rejestrach pulsometru. Szybciej i szybciej. To  był  mój czas !!! Moje  pięć minut, a  nawet trzy na kilometr. Superkompensacja bez końca !!!  Niby wiedziałem, że biegam zbyt mocno ale  myślałem sobie, że kiedy przyjdzie  zmęczenie, zwolnię trochę,  kiedyś… Teraz warto  wykorzystać  życiową  formę.  Co  wybiegam  to  moje. No to gazu bo jestem coraz silniejszy, szybszy i młodszy… I jakoś tak nagle coś się zaczęło  psuć. Bo  gorąca głowa dalej chciała ale nogi zaczęły mi się plątać. Niespożyte siły zostały daleko za mną. Pomyślałem – to mały, chwilowy  kryzys. Zwalniam  i będzie  dobrze. Ale  nie  było.  Sierpień zaczął się  chorobą  i  dwutygodniową przymusową  przerwą  w bieganiu.  A po niej kolejny strzał  – kultowy,  wymagający  Półmaraton Wtórpolu –  pobiegłem go  zupełnie  wbrew  elementarnej  logice,  tydzień  po chorobie…  Nawet  udało mi się  ukończyć  odrobinę poniżej  2 godzin,  do reszty  demolując wycieńczony organizm. No ale Endrju nie odpuszcza i przecież chorobę należy zabiegać i wypocić. Bo każdy przyzna, że bieganie to samo zdrowie !!! I  jeszcze  miesiąc  do  maratonu,  dużo czasu. Tyle, że  za  swój  zryw zapłaciłem  kolejną  chorobą. A to już był wrzesień. Antybiotyki  i  znowu dwa tygodnie bez  biegania.  Jeszcze się łudziłem, że może  da się  pobiec w Warszawie bo gdzie jak gdzie ale tam  nie mogło mnie zabraknąć. Skróciłem terapię i wskoczyłem w biegowe buty. Przez tydzień może powrócę do formy… Ale nie było na to najmniejszych szans. Każdy  bieg męczył i wszystko było nie tak. Stało się  jasne , że Warszawę zobaczę tylko na facebooku – u startujących koleżanek i kolegów. Moje rozczarowanie i frustracja sięgały dna. Nie będzie maratonu i wiedziałem, że zawdzięczam to  wyłącznie  sobie. Dałem dupy i  tyle. Nie pierwszy raz moja ambicja pokonała  rozum. Żebym tak miał  jeszcze ze dwa tygodnie czasu…  I  potem  przeczytałem w  necie reklamę Maratonu Poznańskiego. Był za dwa tygodnie. Tyle, że to  ostatnie miejsce na Ziemi w którym  chciałbym  pobiec. Próbowałem się skupić  wyłącznie na słowie „maraton”, wypychając ze świadomości, że „poznański” ale  to było  trochę tak jakbym przeczytał w menu, że właśnie podają mi zupę  z  muchomorów i próbował  sobie wmówić, że to przecież też  grzyby. Szczęśliwy nie byłem… Ale  miałem trochę  czasu. Każdy  kto biega, wie że dwa tygodnie  przed startem w maratonie to doskonały moment na to, żeby wyluzować i odpocząć. Ja w tym czasie musiałem biegać długie wybiegania, budować  wytrzymałość i siłę. To się nie mogło udać ale miałem cel – zaliczyć ten  cholerny maraton, jakoś tam zatriumfować nad swoją słabością i głupotą. A potem zacząć wszystko od nowa, mądrzejszy o kolejne doświadczenia. Na jakiś dobry wynik nie  było już  szans. A ukończenie Maratonu w  tej sytuacji też  było wyzwaniem. Tydzień przed startem pobiegłem sobie półmaraton w dwie godziny, tak na pograniczu tempa na Poznań. Skoro się dało,  w  głowie zakiełkowała  mi myśl, że  może nie jest tak źle. Poinformowałem rodzinę, że startuję. I wtedy rozpętało się  piekło!!! Moja żona jest gorącą zwolenniczką  biegania. Z jednym  wyjątkiem – nie wtedy kiedy dotyczy mnie i maratonu… do tego w mediach pełno było  mniej lub bardziej mądrych  analiz dotyczących  ryzyka związanego z  bieganiem – akurat jakiś biegacz zmarł na  mecie w Warszawie. A  ja byłem po chorobach,  z  gigantycznymi  brakami  w  treningu i  ogólnie bez szans. A  już w Poznaniu nie  mogło mnie  spotkać nic dobrego !!!  Dyskutowaliśmy  gorąco,  aż  dziwne  że  niczego wokół  nie strawił  ogień. Bo temperamentu nam nie brakuje. Nic  to nie dało. Każde  z nas  pozostało  przy swoim zdaniu. A  ciche  dni nieźle  sprzyjają  skupieniu. Czas leciał  jak sprinter i zrobił się weekend . Nawadnianie i  góry makaronu. Pakowanie sprzętu. W sobotę rano jeszcze mój tajny  mistyczny  rytuał i po południu wyjazd  do Poznania. Niby razem ale  dawno  nie  było tak osobno. Cena uporu bez którego nie da się realizować  marzeń…  Trasę  do  Poznania robię chyba dużo szybciej niż będę ją w stanie pobiec. Późnym wieczorem odwiedzamy biuro zawodów,  odbieram pakiet , kręcimy się trochę  po Expo w Halach MTP.  Widoczna wokół atmosfera zawodów chyba zaczyna się  udzielać mojej  rodzince – ja  odczuwam  już tylko przedstartowy stres. Bo to Poznań i w ogóle… Bardziej dla dzieci niż dla siebie zaliczamy jeszcze Pasta Party. Blee, tego makaronu na pewno nie przyrządził  Tomek Pawlusek !!!  Ani żaden biegacz. Rozgotowane  do granic  możliwości  nieporozumienie.  Jedziemy do hotelu,  trzeba się  porządnie wyspać. Tyle, że w głowie  kłębią się setki myśli, obaw i emocji. Co będzie  jutro?  Jak to się zakończy? Dam radę czy skonam w torsjach gdzieś daleko od mety? To przecież 42 kilometry. A ja tak mało biegałem… Bezsenność ma sens  wyłącznie w Seattle, próbuję się jakoś zanurzyć w ciepło, przywołuję wszystkie miłe chwilę,  liczę różne swoje owieczki. Ale nie mogę spać. Świadomość, że porywam się na królewski dystans totalnie nieprzygotowany, budzi niepokój. W końcu zasypiam ale i tak nie mam spokoju, śni mi się jakiś koszmar – biegnę lekko jak piórko, niemal unoszę się nad  ziemią, mijając setki biegaczy. Jest  dobrze, w takim tempie zaraz powinna być meta. I nagle patrzę na moje buty – katastrofa!!! Zgubiłem chip do pomiaru czasu i cały mój bieg nie miał najmniejszego sensu. Dyskwalifikacja!!! Wstaję, przeplatam chip jeszcze raz. Za oknem pada deszcz, ktoś ćwiczy drift na hotelowym parkingu.(…) I zaraz trzeba wstać. To jest ten dzień. Szybkie śniadanie, a po drodze odkrywam, że mój biegowy zegarek jest bliski wyładowania. Low Battery sobie napisał. To jest nas dwoje – pomyślałem. Nie będę miał podglądu na czasy i tętno. Jedziemy na start. Nie ma napięcia i  radosnego oczekiwania. Jestem zmęczony, pełen poczucia , że  to nie mój czas, nie moje miejsce. Rodzinka zostaje na parkingu, nie będą mi kibicować w akcie szaleństwa na który nie wyrażają  zgody. Ale zaraz humor poprawia mi się bardzo – spotykam Agę, Piotrka i Bartka.  Wesoło  rozmawiamy i zaraz trzeba iść  na  start. Po  drodze  mija  nas niemal sprintem drobna osóbka w  koszulce  Bartka.  W naszej koszulce. Fajnie,  nie jesteśmy  tu sami. Gadamy szykując telefony, zegarki  i swoje  organizmy  na to co za chwilę  się  zacznie. Nie ma odwrotu. Muzyka, fajerwerki i lecimy w  kolorowym  tłumie. Aga z Piotrkiem nieco szybciej,  ja  staram się  zacząć powoli. Nie  robiliśmy rozgrzewki, jest jakby trochę za ciepło i nie czuję się najlepiej. Ktoś napisał, że nie ma niczego bardziej deprymującego od sytuacji kiedy na początku biegu dajesz się wyprzedzać przez setki osób. Uważam dokładnie odwrotnie. Dla mnie wolny start jest warunkiem powodzenia – nie dać się ponieść adrenalinie na początku biegu to podstawa. Mimo że moje tempo jest  tak wolne, biegnie mi się po prostu koszmarnie. Nie mam  w  ogóle  siły, a  tętno  po 2-3 km  weszło mi  w  III zakres. Trudno o lepszy dowód , że  bieg nie może się udać. Na piątym kilometrze mój SportWatch wydaje ostatnie  tchnienie i  zostaje mi  Endo. Nie mam pulsu  – może to i dobrze ,  nie będę  się  stresował kiedy osiągnę max. Biegnę zanurzony w  muzykę – pierwszy raz  z  walkmanem na zawodach. Staram się skupić tylko na biegu,  wyrzucić  z głowy wszystkie niepotrzebne szczegóły,  całą scenografię jaką  przygotowało miasto. Tylko ja  i bieg , możliwie ekonomicznie bez żadnego niepotrzebnego ruchu. Spoglądam na telefon, tempo jest przyzwoite, aż za bardzo i  jakby  nieco lepiej  mi się  biegnie – zmęczenie spłynęło ze  mnie z pierwszym łykiem wody. Wchodzę na  obroty i   bieg zaczyna mi się podobać. Po chwili spotykam Agnieszkę, dzielimy się  wrażeniami. Jej też było ciężko. Jakoś mnie to pocieszyło, że nie tylko ja  czułem się źle. Pierwszy kryzys  chyba za nami. Moje Endo pokazuje, że przebiegliśmy  już 10 km w niezłym czasie 51 minut.  Aga  uświadamia mi, że to dopiero ponad  8.  I rzeczywiście.  Chowam Endo,  dzisiaj się nie przyda. Nawiasem mówiąc,  policzyło mi tego  dnia 55 kilometrów i  wyobrażałem sobie  miny  kolegów śledzących  mój  bieg  właśnie na  endomondo. Bo  42 km  musiałbym pewnie wykręcić poniżej 3 godzin  😉  Endo  to  Endo,  tutaj był Poznań  i trzeba  się  było  brać  do  roboty. Banany  i czekolada  zrobiły swoje,  biegnie mi się  coraz  lepiej – oddech i krok stają się swobodne i wreszcie łapię swój feeling.Pozbawiony  zegarka postanawiam biec równo z  zającem na 4:00 . Tak długo jak to będzie możliwe. A może go nawet wyprzedzić. Tym bardziej, że Poznaniacy się postarali,  tylu kibiców nie widziałem jeszcze na żadnym biegu. Co jakiś czas dopada nas ostry gitarowy łomot. Pozytywna energia udziela się wszystkim. Ze  zdziwieniem stwierdzam, że jest dobrze. Zaskakująco dobrze. Zaczynam wierzyć, że ukończę ten maraton. Do tego nie można sobie chyba było wymarzyć lepszej pogody – jest po prostu w  sam raz, a  lekki wiatr  schładza akurat wtedy kiedy tego potrzebuję. Trasa może jest pozbawiona jakichś  szczególnych walorów  widokowych, może nawet  jest zwyczajnie brzydka,  czasem nieco za  wąska i trochę się korkujemy ale doping  naprawdę  porywa. Łykam  kilometry  a z nimi  kurz, banany  i  wodę. W ściśle  zaplanowanych( dzięki, Krystian!!!)  miejscach wciągam porcje żelu  i nie ma mowy o żadnym  kryzysie. Mijamy  półmetek  i mam  wrażenie, że  jestem w  stanie  przyspieszyć  i  to sporo. Ale  znam to i dzisiaj nie dam się  nabrać.  Trzymam tempo jak  klon zająca. Biegnę  sobie lekko jak gazela – od  wodopoju do wodopoju 20 -25-30 km . Wciąż  jest  dobrze, bardzo dobrze. Gdzieś  tam za kilka kilometrów powinna się  czaić  ściana dlatego  Staram  się biec  równo . Perfekcyjnie. To już  35 km.  Czuję  się  dobrze, co za  dzień !!!

   Zaczyna się podbieg, osławiona ul. Serbska. Mocno do góry. Tak naprawdę dla  wielu z nas właśnie tutaj się zaczął prawdziwy maraton. A dla mnie się  skończył… Chociaż myślałem, że kto jak kto ale ja, świętokrzyski góral z domieszką morskiego jodu, na co dzień przyzwyczajony do takich górek, zacznę  dopiero tutaj wyprzedzać… Podbieg nie był jakiś bardzo stromy ale niestety długi, bardzo długi. Jakby  stworzony dla  Poznania, tego z  moich obaw. Pod  koniec górki nogi dziękują mi za współpracę. Skurcze masakrują  mi uda całymi seriami. Wrzeszczę z bólu ale nie staję. Mijam 38 km – już  blisko, a  jednocześnie coraz dalej. Rozmawialiście kiedyś  z własnymi nogami ? Bo ja tak. Już nie wiem czy to było w wyobraźni  czy głośno ale  nieźle sobie pogadaliśmy:) Pytałem je  czy wiedzą co mamy napisane na koszulce. Jasne – „Biegnę żeby Bartek mógł biegać”. No  właśnie – BIEGNĘ. Nie idę, nie pełzam, nie czołgam się tylko  BIEGNĘ. I że jeszcze nigdy nie szedłem. Nigdy, żeby nie wiem  co !!!  Daj sobie spokój, zrobiłeś  już  aż  za  dużo, zaraz  będzie 40 km, dojdziesz do mety,  będzie dobrze…. Przecież  nie możesz mieć do siebie pretensji, zrobiłeś wszystko. Na  40 km  podchodzi do mnie Wodzu, mówi coś , że  jest dobrze i dam  radę. A  ja  odpływam.  Ledwo  go  kojarzę…  K.O. Zaraz  za zakrętem przechodzę w  marsz.  Myślicie, że czuję ulgę ???   Nie,  ból jest  jeszcze  większy!!! Ale na dzisiaj koniec  z  bieganiem. Walking in PoznanAby tylko dotrzeć wreszcie  do mety!!!  A najgorsza  jest reakcja kibiców i współbiegaczy. Wielu pociesza, ciągnie na siłę do przodu – dawaj… już  blisko, dasz radę…  A ja nie mam nóg tylko jakieś drewno. Jak brat Pinokia. Uśmiecham się krzywo, dziękuję za doping ale wiem, że mój bieg już się  zakończył. Na krótko przed metą podrywam się już tylko po to, żeby nie  ukończyć maratonu spacerkiem. Prawą rękę unoszę do góry – udało się,  ukończyłem maraton. Ale  kciuk  lewej  dłoni  kieruję na  dół  –  porażka – nie tak miało być !!! Netto wyszło 4:05:50, nawet nieźle bo myślałem, że od feralnego podbiegu upłynęły całe  godziny.

Meta, Medal, łyk wody. Maraton zaliczony. Nie  ma  euforii. Zrobiłem to co miałem zrobić ale raczej nie będę o tym biegu opowiadał wnukom. Ale  to  cenne  doświadczenie. Jakoś tam się cieszę, że mam to za sobą, że nie wytrzymały  wyłącznie nogi. Mam kolejne  potwierdzenie, że  mogę  „to” robić. I bardzo  chcę. Niech już będzie ta wiosna!!! Będę  przygotowany na swój kolejny maraton. Wiem co było nie tak, wiem co należy zrobić, czego zabrakło. Maraton rzeczywiście nie wybacza komuś kto ostatnie miesiące przebiegł tylko w  połowie,  po ledwo 100 km bez  długich wybiegań  i ćwiczeń na siłę. Ale chyba  mu zaimponowałem swoim uporem. Niebawem jeszcze się  spotkamy i tym razem to ja skopię mu tyłek. Wtedy, w niedzielę to był mój ostatni dzień  biegania. Bo teraz zaczynam trening. Jutro zaliczę jeszcze lajtowy start w najważniejszym dla mnie biegu.  Rok temu, Kielecka Dycha była moim  debiutem, pierwszym prawdziwym startem w zawodach. Tamten dzień,  magiczna atmosfera biegowego święta sprawiły, że jestem teraz Biegaczem. Może i beznadziejnym. Ale Biegaczem, zakochanym w tym co robię po same  uszy. Ten maraton zaliczyłem „z marszu” ale takie jest życie. Będą jeszcze cudowne  starty tak jak będą jeszcze  bardziej dołujące  porażki . Niech  ta moja historia pisze się dalej…  Wrzucam kolejny bieg !!!

PS. (dop. szuranie.pl)
Andrzej ukończył w zdrowiu też wspomnianą wyżej II Kielecką Dychę. Tekst był wysłany jeszcze przed 20 października, w związku z dużą ilością materiału po KD10 został opublikowany z ponad tygodniowym opóźnieniem.

IMG_4775

Author: szuracz

Share This Post On

1 Comment

  1. I w ten sposób Andrzej na 40 kilometrze zderzył się ze ścianą

    Post a Reply

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: