[Sylwia] Meta! tadaaam!!! – relacja z Maratonu Lubelskiego

sylwia_hotPonad dwa tygodnie minęły od Pierwszego Maratonu Lubelskiego, a mojej relacji  nie ma …Wstyd! Usprawiedliwić się mogę tylko tym, że naprawdę były to pracowite dwa tygodnie…Zapraszam do lektury;).

CZWARTEK – 6.06.2013

Odbieram pakiet startowy. W domu wyciągam numer startowy. Odkrywam, że patrzenie na numer startowy kończy się wizytą w toalecie;).

PIĄTEK – DZIEŃ PRZED MARATONEM.

Odbieram telefon od zatroskanego kolegi z zespołu, który całkiem poważnie martwił się o to, czy nie zrobię sobie krzywdy… W pracy koleżanka również dość delikatnie dawała mi do zrozumienia, że „ona to się nie zna, ale podobno to straszny wycisk dla organizmu, dla serca…”.

I wtedy zaczęłam się bać. Może „bać” to za duże słowo, ale zasiali we mnie niepokój…

Zaczęłam sobie myśleć, że naprawdę będzie obciach jeśli padnę martwa, krew mnie zaleje i moje dzieci stracą matkę…I wtedy ten super biegacz, doświadczony sportowiec , który na pewnym forum  zwyzywał mnie od debili i głupków za chęć biegnięcia maratonu po 5 miesiącach od rozpoczęcia biegania dowie się o mojej śmierci  i burknie pod nosem: A NIE MÓWIŁEM???;)

Na pasta party nie poszłam – bo byłam w pracy do 20 -stej.

Ale za to  to o 22-giej zjadłam w domu potężną michę kluchów przygotowaną przez męża;). Od koleżanki relaksującej się na wakacjach  W Tunezji otrzymałam w nocy absurdalnego sms-a: Cała Tunezja trzyma kciuki za twój start w MARATONIE!!!;) hahahha!

Zasypiam i nie śni mi się nic…

MARATON – 8. 06.2013

Budzę się rano.

Przywdziewam strój bojowy, jem kanapkę z dżemem i banana, cały czas piję…Mąż wtłacza we mnie jakieś dziwne odżywki. I mówi tak:

– Jeśli Ci się nie uda, to ja wiem, że będę miał przez miesiąc prze…bane… Że będziesz chodziła wściekła i wszystko się na mnie odbije…

No coż…Nie mogę powiedzieć, aby jego obawy były wyssane z palca.

Dla mnie cel był jasny – jeśli dobiegnę do 20-stego kilometra, to ukończę ten maraton choćbym miała się czołgać metr przed karetką.

Umawiam się z mężem i starszą córką, że będą mnie dopingować na „trzydziestym którymś” kilometrze. Daję wszystkim po buziaku w zamian otrzymując kopniaka na szczęście wydaję okrzyk bojowy na klatce schodowej „Maaaaratoooooon” i wbijam z numerem startowym do mojego Volverona…Po drodze zabieram bębny kolegów z mojego zespołu. Sambasim i Bloco Central to dwa zespoły perkusyjne, które dopingowały biegaczy. I jeśli któryś bymbniorz to czyta, to dziękuję WAM JESZCZE RAZ!!!

Pod Brama Krakowską czuć adrenalinę.

Płacę 15 PLN za całodzienny parking. Jakbym biegała szybciej to wyrobiłabym się w 3 godzinach , zapłaciła 10 i była 5 PLN do przodu…

Kiedy patrzyłam na biegaczy ustawiających się na starcie i usłyszałam dźwięki samby ciary miałam na całym ciele…Ale jeszcze udało mi się zagrać z zespołem, zakręcić tyłkiem tyłkiem sambowo;). I chyba tak do końca nie docierało do mnie, że za kilka minut ruszamy!

START!

No to do dzieła! Linie startu przekraczam uśmiechnięta…Ludzie klaszczą, bębny grają, macham do ludzi po drodze… Pamiętam ,że na pierwszym podbiegu, który był dosłownie po 200 metrach pomyślałam sobie – Jeszcze 42 kiloski i koniec.

Zakładam na uszy słuchawki. Odpaliłam Eskę Rock – i możecie mi nie wierzyć  – trwał utwór „I’m gonna run to you”… Od razu po starcie zaczyna boleć mnie serce… Miałam bardzo nerwowy tydzień i chyba jak już maraton się zaczął to mnie puściła adrenalinka i zaczęło dziwnie „kłuć”. Myślę sobie tak: jak do Decathlonu mi nie przejdzie to schodzę – mam dla kogo żyć;). Jesteśmy koło Decathlonu – ból ustał – zaczyna boleć biodro. Połykam nurofen ukryty w spodenkach;).

Szuram…

Patrzę – a tu zając mnie dogania z grupka biegaczy…Taki na 4 h!!! Uświadamiam sobie, że cisnę za szybko… I coś jeszcze sobie uświadamiam – JEST ZAJEBIŚCIE GORĄCO! Słońce wali nam po czachach bez opamiętania, a jest dopiero po 9 – tej.

5 km – wodopój. Niestety wolontariusze mieli tam FATAL ERROR. Kubków im zabrakło…Już z daleka słychać było, że mają tam problem , bo dziewczyny wręcz piszczały kiedy nacierali na stoliki biegacze…Najpierw myślałam, że to pierwsza ofiara Maratonu Lubelskiego;), że ktoś zemdlał i go reanimują…A tu nie….kubki się skończyły!

Ja tam sobie poradziłam. Kiedyś ktoś powiedzial mi , że mam usta jak „brzegi od nocnika” (w sensie , że duże), więc bez problemu dopasowuję je do  gwinta butli 5 -litrowej .Gul gul… Mogę żyć….

Pierwszy dół łapie mnie przy podbiegu na ul. Wileńskiej… Sapię do kolegi na rowerze, którego potem jeszcze niejednokrotnie spotykam : Jest ciężko!

Wysysam żel i za kilka minut odzyskuję MOC.

Kiedy jesteśmy na ulicy Roztocze – to mam już taką strefę komfortu, że  po prostu WIEM, że przebiegnę ten maraton…Biegnę sobie z izotonikiem w dłoni, zagaduję do ludzi, dzielę się piciem i spostrzeżeniami… Roztaczam taką „aurę zajebistości”, że każdy kogo zaczepiam mnie pyta który to mój maraton;).

Na 17 km czeka na mnie Paulina – moja wspaniała koleżanka. Bez wody lachon przyszedł, więc za karę rzucam jej wyzwanie: Biegnij ze mną. No to ona torebeczke pod pachę i cyk cyk w balerinkach sobie biegnie obok.  Akurat dobiegamy do punktu odżywiania. Biorę jak leci: izotonik , banany, wodę. Paulina pomaga mi nieść;).

Maratończyk przede mną rzuca kubkiem obok samochodu Straży Miejskiej. Więc drę się: GRZYWNĘ MU za bezczeszczenie wozu straży miejskiej! Taka jestem jajcara;). Rozstajemy się z Pauliną w dobrych nastrojach;).

Za chwilę jakieś dziecko woła  na rondzie : PATRZ MAMO!!! PANI OD BĘBNÓW BIEGNIE!!! Podjarana moją wszechstronnością przyspieszam;)… Myślę sobie – jak nie będzie ludzi to zwolnię…;)

Po 20 kilometrze  to mam wrażenie jakby nastał inny bieg…  MONOTONIA… Wbiegamy nad zalew… ludzie zaczynają stawać, masować nogi, skarżyć się na skurcze…jest gorąco… I zaczyna mnie dobijać jednorodna droga… Pierwszy raz zatrzymuję się na 27,5 km… Jem czekoladę i gadam  z jakimś miłym chłopakiem…

Następny fragment – aż do kurtyny wodnej pamiętam jak przez mgłę… Wiem tylko, że zastanawiałam się co się ze mną stanie po tym słynnym 30 kilometrze… Jest gorąco..cała jestem mokra od potu i oto jest !!!!

ONA!!

KURTYNA WODNA!

Najpierw pod nią przebiegam. Staję…wracam… I stoję, stoję, a kurtyna robi swoje;) To było tak orgazmiczne uczucie… Wydaje mi się, że z dwie minuty się pod nią chlapałam… Nakładam okulary – nic nie widzę – mokre… Trę koszulką mokrą – nie da rady. No to podbiegam do małżeństwa z rowerami stojącego na poboczu i pytam:

– Ma pan suchą koszulkę, bo mi się sanglasy zamoczyły?

Pan się śmieje i mówi, że dopiero co założona, jeszcze nie zapocona. Wyciera sanglasy. Mogę biec…

Na ulicy Osmolickiej sami spacerujący mężczyźni…;) Wydaje mi się, że to właśnie tam większość ludzi przeszła jakiś dół, załamanie itp. Zauważam z ulgą, że nie ma żadnej ściany. Nawet pompowanej;). Biegnę. Nogi – owszem – bolą. Ale nie dzieje się ze mną nic nadzwyczaj złego…

Tylko zaczyna mi się po prostu nudzić. Patrzę na tych wszystkich wysportowanych facetów, którzy idą… ja biegnę (niewiele szybciej niż oni idą – ale biegnę;)). W końcu nie wytrzymuję ciszy. Dołączam się do trójki spacerowiczów i pytam:

 – CO TO ZA SPACERKI???;)

Oni mówią, że jeszcze 200 metrów i biegniemy. Dowiaduję się od nich, że nasz maraton jest skandalicznie ciężki…Że oni, którzy już wiele maratonów ukończyli – jeszcze takiego nie widzieli. Że nigdzie nie ma tylu podbiegów. I jeszcze ta podła pogoda…Wiem już w jakim czasie dobiegł pierwszy maratończyk (tzn. ten na Maratonie Lubelskim , a nie w Atenach;)

Ruszam dalej. Mój psychotyczny mąż zaczyna jak nienormalny dzwonić do mnie…Ja jestem w jakimś amoku, nie umiem mu odpowiedzieć gdzie się aktualnie znajduję. Sapię do ramienia;) (mam telefon w tym czymś na ramieniu) – NAD ZALEWEM!!!

Rozłączam się.

Dzwoni jeszcze 17 razy, aż pada mi telefon i tym samym zostaję bez radia… A szkoda, bo bardzo fajnie mi się biegło z radiem. M.in. z piosenką Perfektu o lokomotywie.

Podziwiam przyrodę.

Zaczynam sama sobie opowiadać dowcipy. Pamiętam zwierza, który leżał martwy na poboczu… Nie wiem co to było. Nie pies…ale naprawdę duży i szary…Myślę sobie : BIEDNY… CZOŁÓWKA GO PRZEBIEGŁA…

Z przerażaniem stwierdzam też, iż część dopingujących była pod wpływem narkotyków… Jakiś pan krzyczał do mnie:

– BIEGNIJ !!!! SZYBKO !!! JESTEŚ TRZECIAAAAA! Bieeeegnijjj! (lubię takie poczucie humoru)

Ostatni „odcinek chwały” mam na ul. Żeglarskiej. Tam było z górki i czekało dużo ludzi i ogrom wkurzonych kierowców w korkach. Są są są są są są;). Odzyskałam turbomoc i przebiegłam Żeglarską niemal w podskokach ku uciesze dopingujących.

Ale to były ostatnie podrygi niedoświadczonej maratonki…

Za chwilę czuje taki bół w palcach stopy, że aż mnie zgięło….Na 39 kilometrze idę równo ze wszystkimi… Próbuję biec – piecze jak cholera… Na 40 kilometrze dogania mnie mąż którego nie rozpoznałam;). Biegnie do mnie z córką Blanką… Opieram się o słupek oznaczający 40 km i gadam z nim w najlepsze. Wymieniamy czułości w stylu:

 -I czego napieprzasz tym telefonem? Przecież  wiesz, że biegnę! Na dyskotekę nie poszłam!

– Weź ! Ty jesteś w jakimś amoku! Nie umiesz powiedzieć gdzie jesteś???

Wsparcie rodziny… Dobrze, że Blanka nie chciała na barana;).

IMG_3839

długo celebrowałam 40 kilometr:)

Palec napierdziela tak, że mam dość. Mąż mówi, żebym biegła. Myślę sobie : sam se biegnij… Ja zastanawiam się, czy mam zdjąć buta i zobaczyć co tam się dzieje. Teraz wiem, że gdybym to zrobiła to bym już go nie nałożyła ponownie;).

Na 38 kilometrze miałam czas 4:11. Ostatnie 4 kiloski zajęły mi 40 minut;). Fakt, że chwilę gadałam z rodziną, ale chyba i tak ten czas obrazuje, że nie było ze mną najlepiej. Co ciekawe na ostatnim punkcie żywieniowym miałam wrażenie, że wolontariusze wyglądają podobnie do biegaczy…;) Oni też nie mieli zbyt łatwo w tym upale…

Kilometr do mety – przystanek autobusowy – gość nawala na werblu . Wolontariuszka śpiewa na melodie weselnej piosenki:

NA ZIMNE PIWKO , DO METY NA ZIMNE PIWKO!!!;)

Ostatni kilos pokonuję nowatorską metodą. 50 kroków biegnę, 50 idę… Wydaje mi się, że w stopie chlapie mi krew;).

Wbiegam  na Błonia i słyszę bębny. Toż to mój zespół. Japa mi się cieszy!

988644_4940592114335_1497087418_n

Oni mnie rozpoznają. Zaczynają wykonywać na bębnach „utwór” 😉 WYGINAM ŚMIAŁO CIAŁO!

DLA MNIE TOOOOO….tu podskakuję i odkrzykuję MAŁO!!! – Ludzie klaszczą!

META! Ta dam.

Staję. Nie mam zadyszki. Dorotka – koleżanka, biegaczka kontuzjowana i wolonatiuszka nakłada mi medal. Potrząsa mnie za ramiona i mówi:

 – No! Sylwia! Przebiegłaś ! Jezu! Jak się czujesz no mów coś??

 Odpowiadam:

 – DZIWNIE!

Udzielam miażdżącego wywiadu. Zjadam kawałek medalu z piernika (od przedszkolaków) mimo napisu, że nie do jedzenia;).

Blanka wręcza mi kwiaty. Mąż ma syndrom kiszonego ogóra;), zajada go zazdrość, ale widzę też, że czuje ulgę, że jestem na mecie.. Ludzie gratulują.

IMG_3855

Zaglądam do buta – MATKO I CÓRKO!!!

Kara za orgazm pod kurtyną wodną jest ciężka. Stopa mega odmoczona i trzy paznokcie poszły się szurać;).

To był cudowny dzień. Spełniłam swoje marzenie!

Mój maraton w liczbach:

4 żele energetyczne

2 nurofeny

4 banany albo i lepiej

przygotowanie – 5 miesięcy

najdłuższy odcinek na treningu – 13, 5 kilometra;) – z ludźmi

najdłuższy odcinek pokonany solo – 9, 1 km;)

1 półmataron – 12 maja

2 z 4-ech Dych Do Maratonu

 Ani razu nie przeszło mi przez myśl, że nie ukończę tego biegu.

Wydaje mi  się , że to był mój największy sukces.

Mój bieg dedykowałam BABCI GRECIE:).

PS. Zachęcam do obejrzenia reportażu o Pierwszym Maratonie Lubelkskim. Pod koniec puszczono moją bezwzględnie mądrą wypowiedź na temat „wsparcia rodziny”;)

http://www.tvp.pl/lublin/aktualnosci/spoleczne/reportaz-z-pierwszego-maratonu-lubelskiego/11435242

PS2.

I jeszcze MUSZĘ DOPISAĆ. No muszę:

Ogromne uznanie i RESPECT dla organizatorów i wolontariuszy! Chyba powinnam zakończyć na tym, bo już tyle zostało powiedziane na temat doskonałej organizacji, że w głowie im się może poprzewracać i jeszcze wyjadą do Wrocławia pokazać jak to się robi;).

A poważnie – super! Wszystko cykało jak w metronomie;). A ten jeden przypał z wodą, o którym pisałam to tylko po to, żeby było widać , że to nie z playbacku;).

Author: szuracz

Share This Post On

11 komentarzy

  1. Podziwiam, podziwiam 🙂
    Twarda Sztuka jesteś, Sylwia 🙂

    Post a Reply
  2. Pani nie potrafi pisać poprawnie po polsku. Do tego te zbędne wulgaryzmy…
    Dlaczego uparła się Pani, by dzielić się tu swoimi przeżyciami w ten sposób. Ukończyła Pani bieg z niezłym czasem jak na debiutantkę, słyszałem też Pani grę w Sambasim. Radzę zająć się bieganiem i bębnieniem. Ta „literatura” powyżej naprawdę nie przystoi. Szczególnie pracownicy Domu Kultury.

    Post a Reply
    • Nikt nie karze czytać !!!

      Post a Reply
  3. Panie Radosławie, to jest blog, a nie literatura piękna. Proszę pozwolić pisać tak jak piszemy i tego nie negować, robimy to w swoim własnym/prywatnym czasie, za swoje własne prywatne pieniądze . Przy okazji…tak się składa, że Sylwia jest najchętniej czytaną, posiadającą najwięcej udostepnień autorką na multiblogu szuranie.pl.
    Dla Pana mam proste rozwiązanie Pana problemu – jeśli jest Pan nie zadowolony z takiego pisania, proszę poprostu tu więcej nie zaglądać:)
    Pozdrawiam
    Paweł Jańczyk – właściciel szuranie.pl

    Post a Reply
    • Ależ ja wcale nie oczekuję literatury pięknej po autorach piszących w blogosferze. (Przy okazji polecam Panu sięgnięcie do słownikowej definicji tego terminu.) Dlaczego zatem stawia Pan sprawę w ten sposób? Argument o „poczytności” tej grafomanii także jest chybiony. Świadczy tylko o tym, że gorszy pieniądz wypiera lepszy. Swoją drogą, po lekturze Pańskiej repliki nabieram przekonania, że dobiera Pan tu piszących właśnie z klucza ignorancji językowej. Tekst krótki a nie wolny od „byków”. Z tego co czytam, Pan realizuje się zawodowo m.in. w branży dziennikarskiej (reporter, prezenter, redaktor) oraz jest rzecznikiem prasowym. Muszę przyznać, że w takim razie wszystko staje się tu jasne. Wobec Pana nie mam zatem żadnych oczekiwań. Tyle dobrego, że nie pracuje Pan w Domu Kultury.

      Post a Reply
  4. Ręce opadają, to jest „elokwentne hejtowanie” Szanowny Panie Radosław M.!
    To jest blog o bieganiu: o pasji, często o emocjach, wewnętrznych przeżyciach, o pokonywaniu własnych słabości. Ludzie mają różny temperament, nie nagnie Pan wszystkich „pod swój model”
    A czynienie uwag, kto gdzie pracuje, i co robi zawodowo, jest po prostu chamstwem, tym bardziej pisane przez osobę podpisującą się anonimowo.
    I te przytyki, i uwagi o „grafomanii”, „poczytności”, „ignorancji językowej”, itp..
    Kim Pan jest, żeby tak oceniać ludzi z góry, Szanowny Panie?

    Post a Reply
    • Ja absolutnie nie mam ambicji, by, jak Pan to ujął „naginać wszystkich pod swój model”. Uważam po prostu, że słowo pisane powinno coś znaczyć, a wiąże się to także z poprawną pisownią ojczystego języka. Ignoranci, zatem, zanim zaczną upubliczniać swoje „emocje” i „wewnętrzne przeżycia” powinni przejść reedukację, o ile nie nauczyli się pisać w standardowym trybie edukacji powszechnej.
      Pana zarzut co do chamstwa z mojej strony jest zdumiewający! To, że oczekuję od pracownicy Domu Kultury poprawnej polszczyzny i kulturalnej wypowiedzi, podobnie jak i od człowieka wykonującego zawód dziennikarza, i jasno tu swoje oczekiwania formułuję, to Pan nazywa chamstwem?!
      Szczytem hipokryzji z Pana strony jest jednak zarzut mojej tu anonimowości. Pana, który funkcjonuje na tym blogu ( i tak się też podpisał, pisząc do mnie) pod fikcyjnym nazwiskiem. Proszę się zatem więcej nie wygłupiać.
      Jak czytam, prawdopodobnie pracował Pan w Polkomtelu, mam nadzieję zatem, że pozostał Pan w branży teleinformatycznej i nie ma Pan nic wspólnego z instytucjami kulturalno- oświatowymi.

      Post a Reply
      • Dobrze, że dopiero teraz to zobaczyłam:). Panie Radosławie – z jednym muszę sie zgodzić. Piszę z błędami. Więc w ramach postanowień noworocznych będę sie starać ich unikać. Tak mnie Pan zainspirował. Natomiast całą resztę Pańskich „rad” (łącznie z tą czym powinnam sie w życiu zajmować) pozwolę sobie zignorować. Jak się spotkamy w Domu Kultury to będę (jak zawsze z resztą) profesjonalna i kulturalna. Ale to blog o bieganiu – moim – nie Pana. I mimo, że zrobiło mi się przykro czytając Pana komentarze (jestem wrazliwą osóbką wbrew pozorom) to też mam dla Pana radę: „Być radosnym, dobrze czynić i wróblom pozwolić ćwierkać!”. Jan Bosko to wymyślił. I podoba mi sie;).

        Post a Reply
  5. Sylwia, bez nerwów. Każda strona musi mieć swojego hejtera, który pięknymi słowami buduje sam sobie swoją osobę, a innym odbiera chęć robienia tego co lubią najbardziej. Małe to jest i tyle, nie zamierzam się panem szpiegiem, co to prześwietlił nas już do cna, przejmować. Panie Radosławie duuuużo uśmiechu w nowym roku i więcej luzu, no i braku napinki.

    Post a Reply
  6. Bardzo lubie czytac szczere i wspierajace przezycia P.Sylwi. Ciesze sie, ze nie sa manipulowane przez poloniste dziennikarza czy kogos kto by je zamienil w sztuczne nudy ala literatura. Pracuje na uniwerku i w wolnym czasie mam ochote czytac cos wlasnie takiego normalnego i zyciowego. Magda

    Post a Reply
  7. PANI SYLWIO DZIĘKI WIELKIE DUŻO MI PANI POMOGŁA JUTRO BIEGNĘ W DRUGIM MARATONIE LUBELSKIM, JEST TO MÓJ DEBIUT.

    Post a Reply

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: