Moja pierwsza połówka
Wrz02

Moja pierwsza połówka

Łatwo nie było. Ale też nikt nie mówił, że będzie. No może oprócz Jonia 🙂 Jak zwykle w swoim stylu zachęcił: „Zobaczysz, że to pierdykniesz”. No to pierdyknąłem. Ale od początku. Nie jestem sportowcem. Raczej panem w średnim wieku, który czuje się na jakieś 35 lat (więc chyba nieźle :), który do niedawna prowadził raczej zwykły tryb życia, tzn. praca, po południu dzieci, raczej mało ruchu, od czasu do czasu piwko czy hamburger. Przygodę z bieganiem zaczynałem trzykrotnie. Ten ostatni raz zaczął się w kwietniu tego roku. Wiosną truchtałem bardzo nieregularnie, ale od kwietnia szuram 2 lub 3 razy w tygodniu. Zazwyczaj ok. 10 km, czasem 7-8, innym razem 12. Wcześniej zmieniłem nieco sposób odżywiania. W grudniu 2014 na wadze widziałem już 92 kg. Źle mi z tym było. Dzięki mojej Kasi zmieniliśmy dietę, najpierw na 3 miesiące zrezygnowaliśmy z mięsa, nabiału i pszenicy. Chodziło o oczyszczenie organizmu. Opłaciło się. Czułem się lżejszy, miałem więcej energii a po 5-6 miesiącach waga spadła o ponad 8 kg. Po 3 miesiącach oczyszczania skończyliśmy z tak rygorystycznym żywieniem, ale dobre nawyki pozostały, tzn. kawa bez mleka, zdecydowanie mniej nabiału, mniej mięsa i dobrze mi z tym. Bieganie zaczęło sprawiać mi coraz większą frajdę. Dzięki niemu czułem, że robię coś naprawdę dla siebie, wiedziałem, że jestem zdrowszy, udowadniałem sobie, że mogę i potrafię robić coś jeszcze lepiej. Pierwszy cel zdobyłem w zeszłym roku. Zapisałem się na Bieg Powstania Warszawskiego. 10 km było dla mnie wtedy nie lada wyzwaniem. Dobrze pamiętam tę euforię na ostatnich kilkudziesięciu metrach trasy 🙂 A później coś zdechło. Kilka biegów jesienią w odstępach kilkutygodniowych i długa przerwa. Aż do wiosny. A wtedy zaczęło się kręcić. Zacząłem biegać rano. Nie mam problemu ze wstawaniem, więc wyjście z domu o 5.30, czy 6 nie sprawiało mi kłopotu. Pogoda dopisywała, było jasno, przyjemnie chłodno i sucho. No i zauważyłem, że biega się coraz łatwiej, że w zasadzie za każdym razem jestem w stanie przebiec 10 czy 11 km, zaczęła się wspólna mobilizacja na Facebooku, zwłaszcza z Beatą, która jak raz „trzasnęła” 15 km to zaproponowała, że do końca wakacji powinniśmy zrobić 20 km trasę. Każdy swoją. Pierwszy raz poniosło mnie w czerwcu. W środę, w połowie czerwca pobiegłem 14 km. Tak się zapuściłem gdzieś na pola i łąki wilanowskie, że nie było wyjścia, trzeba było jakoś wrócić do domu 🙂 Po 3 dniach, w niedzielę, znowu rekord, tym razem 15 km. Byłem z siebie bardzo dumny. Wtedy pierwszy raz uwierzyłem, że mogę przebiec 20 km, ale półmaraton nawet przez głowę mi nie przeszedł, czyli… zabrakło wyznaczenia określonego celu. Co prawda, miałem z tyłu głowy, że do końca wakacji chcę przebiec 20 km,...

Read More
%d bloggers like this: