Piekło Czantorii
Gru08

Piekło Czantorii

Jak na piekło przystało, im niżej tym goręcej. Większość zawodników przygotowana była na mróz, śnieg z deszczem i wichurę. Było ciepło i przyjemnie. Szybka wymiana buffa na opaskę, czapka i rękawiczki z plecaka do depozytu, kurtka rozsunięta na klacie. Godzina 00:00 start! Beskidzka 160 na Raty edycja jesienna. 63km, +5300m, -4800m. Bardzo lubię biegać zawody po pętlach. Pierwsza to rozpoznanie, podczas drugiej już nie ma świeżych nóg, za to wiadomo gdzie przycisnąć a gdzie uważać. Trzecia to zjazd do bazy na autopilocie. W tym stanie gdy ktoś mnie zapyta, ile to 2×2, by rozwikłać rachunek, musiałbym wyjąć kalkulator. Argument o widokach nie przekonuje mnie. Podczas wycieczki staram się chwytać pejzaże jak matryca aparatu, natomiast podczas zawodów niezwykle rzadko rozglądam się poza trasą. Oczywiście są momenty oddechu na grani, gdy teren jest łatwy i mogę pozwolić sobie na obrót głowy o 360’. I to by było na tyle. Las jak to las, malutkie miejscowości, pola, łąki, stoki, wszystko dość podobne do siebie. Osobiście dzielę je na niebezpieczne bardzo i niebezpieczne troszkę. Widok z Małej Czantorii w nocy powalał. Słyszałem żarty, że znicze w Ustroniu jeszcze nie zgasły. Miliony migoczących światełek w ciepłym kolorze, od czasu do czasu przeplecione pasami w chłodniejszych barwach. Cudowna suknia oplatająca atrakcyjną figurę Beskidów. Dech zapiera. Kilka kroków dalej zaczynał się teren niebezpieczny troszkę i należy się skupić, w przeciwnym razie grozi bliskie spotkanie ze śniegowymi jęzorami lub organicznym SPA. Rano zaczęło lekko padać a mgła owiła wszystko w promieniu 50m. Trasa urozmaicona. Ogrom przewyższeń, strome podejścia i zbiegi. Miejscami podłoże błotniste z luźnymi kamieniami, miejscami szuter lub gruntowe, śliskie drogi, fragment asfaltem, sporo przyjemnych, leśnych ścieżek. Warunki do biegania nienajgorsze. Znakomite oznaczenie, obfite punkty żywieniowe, pomocni wolontariusze, zjazd kolejką z mety na parking – super! Wracając na chwilkę do piekła, trzeba zwrócić uwagę na pewne liczby; zapisanych 150, wystartowało ok. 130 osób, do mety dotarło 53. Może po Łemkowynie i Ultra Sky Marathon Babia Góra patrzę na trudności nieco łagodniej? Ogromne gratulacje dla każdego, kto w regulaminowym czasie dotarł do mety na każdym z dystansów (ultra, maraton i półmaraton). Komu się nie udało, pamiętajcie: Never a failure, always a lesson! Zajawka filmu z tegorocznej edycji (produkcja 8K Studio)   Podziel się:FacebookTwitterGoogleE-mailPrintDodaj do ulubionych:Lubię...

Read More
Pogrom Wrocławski
Wrz15

Pogrom Wrocławski

Zrobiłem wszystko, co wiedziałem, aby zapobiec dokładnie temu, co mnie zmiażdżyło. Jeszcze nigdy nie byłem tak pozytywnie nastawiony, skoncentrowany i nakierowany na sukces. Wiara w siebie aż wyciekała po sznurówkach. Rano, tuż przed startem, myślami stałem już na mecie. Miało być ciężko, miał być pot i ból. Nie miało być skurrrwwczy.   Krótko na temat. Cała ekipa poddenerwowana na starcie. Każdy to się rozgląda, to za czymś biega, to rozciąga, to podlewa krzaczki. Morale bardzo wysoko, nastawienie bojowe, obóz wojowników biegającego Bartka gotów do szturmu Wrocławia. Start, pierwsze leciutkie kilometry, łapanie rytmu, poszło! Ok 14km słyszę rozmawiających obok; „no coś jest nie tak!” Faktycznie była wyższa temperatura, słońce płomieniami smagało na otwartym terenie. Na 18km spostrzegłem, że jestem bardziej zmęczony, niż po zwykłym treningu 16km w tempie maratonu. Dodam, że treningi były poprzedzone w każdym tygodniu interwałami łącznie 10km w tempie ok 4:05, podbiegami 8km 350m przewyższeń i przeplecione spokojnymi rozbieganiami. Jak to możliwe, że teoretycznie wypoczęty czuję większe zmęczenie? Krótko mówiąc, coś jest nie tak. Trasa moim zdaniem nawet fajna. Nie była super równa, widoki czasami ciekawe, czasami mniej, przecież nie można oczekiwać, że maraton będzie prowadził jedynie starym miastem. Kostka brukowa też była, ale 1,5km, nie więcej. Trudność oceniam umiarkowanie. Wydaje mi się, że duchota na początku, słońce (jakieś burze na nim?) i biegi po mostach sprawiły, że tak wiele osób miało problemy z realizacją założeń. Wśród nich i ja. Na połówce zamiast przyspieszyć zgodni z planem, postanowiłem starać się utrzymać i tak bardzo dobre tempo. 22km pierwszy piorun przeszedł po lewej nodze. Nic tam, poradzę sobie. 24km zaczynają kolana boleć. Nic tam, poradzę sobie. 25km wciąż dobre tempo, zmęczenie zaczyna siadać na plecach. 28-32km ból kolan ignoruję koncentrując się na rozluźnianiem kroku i ciężką walką z regularnie atakującymi skurczami. Robiłem koktaile ze szpinaku, szczypiorku i pietruszki, łykałem tabletki z solami mineralnymi co 7km, łykałem magnez i BCAA. Nie pomogło. Co kilkaset metrów muszę zatrzymać się, potrzepać nogą, starać się rozciągnąć i walczę dalej. Już wiem, że nie ma szans na dobry czas. Baloniki 3:15 wyprzyprzedziły mnie, gdy próbowałem rozchodzić skurcz. Wtedy schowałem ambicję głęboko do kieszeni. Jeszcze się kiedyś przyda, trzeba ją szanować. Dołączyłem się do innego biegacza z podobnym problemem. On celował w 2:50, więc tym większa strata. Zamiast szarpać się z problemem, maszerowaliśmy, rozmawialiśmy, pozdrawialiśmy kibiców, pomagaliśmy sprzątać kubki, czasami dreptaliśmy. Na początku rozsadzała mnie wewnętrznie świadomość, że mam siły na 3:14-3:16 ale skurcze są tak silne i brutalne w swej regularności, aż stopę wykręca o 90′. Udało się oswoić z porażką i spokojnie człapać do końca. Zmartwiłem się, gdy przed balonami na 3:30 jedynie Damian przebiegł. Ani Przemka, ani mojego brata, Maćka i...

Read More
[Paweł II] Wiosna była moja!
Cze25

[Paweł II] Wiosna była moja!

Koniec wiosennych zawodów, czas podsumować co nieco. Ponieważ jestem amatorem, każdy kolejny start owocuje w życiówkę, o ile byłem solidnie przygotowany. W przyszłości będzie coraz trudniej zbić każdą minutę. Ponieważ to mój zaledwie drugi sezon, postęp jest dynamiczny. Marzanna na początek. Pisałem o tych zawodach w tekście „Zadeptana Marzanna”. Miło wspominam ten bieg. Może dla tego, że biegłem ze swobodnie wytyczonym celem, nie na 100%. Maraton Dębno. Bardzo fajne zawody i gorąco polecam. Przerażały mnie łącznie cztery pętle, dwie małe i dwie duże. Nie potrafiłem rozszyfrować mapki na stronie zawodów. Tu strzałki, tam zygzak, tu ślaczek, tam pisanka. Obawy okazały się nieuzasadnione, ba, tego zamieszania nie dało się odczuć. Wszyscy biegli gdzie potrzeba. W dniu biegu Dębno staje się stolicą maratonu i nikt temu nie zaprzeczy. Wszyscy żyją zawodami. Atmosfera odczuwalna nawet w pobliskich wioskach. Wyobraźcie sobie panią ubijającą masło lub inne zadanie wykonywane z sentymentu i przywiązania do zdrowej, swojskiej żywności i kibicowanie biegaczom jednocześnie. Tak, panie ubrane w swoje powiedzmy lokalne stroje, panowie z napojami (w Czechach uznanych za chłodzące) przy płocie, przy ulicy, na ławeczce, wszyscy uśmieci od ucha do ucha, machający, klaszczący. Rewelacja. Słyszałem, że potrafi tam wiać. My mieliśmy szczęście. Problem sprawił brak podziału na strefy czasowe i zanim udało się wyprzedzić osoby wolniejsze i zacząć łapać rytm, minęły dwa szarpane kilometry. Rytm złapać się udało, tempa już nie. Miało być 4:52. Gdy byłem na ok 12km, już zbiłem do złożonego średniego. I co tu dalej, skoro rytm szybszy? Lecimy!  Na 15km biegaczka zapytała mnie o średnie tempo i zaklęła po szewsku zła na siebie, że o 10sek za mocno. Jeśli chodzi o biegi zorganizowane, to żaden problem pilnować tempo. Wystarczy mieć stoper w zegarku, opaskę z czasami i obserwować oznaczenie kilometrów (chyba że biegniemy w Krakowie, ale o tym później). Nie wiem, jakie były dalsze losy tej pani. Na pewno dotarła do celu, dobrze wyglądała. Chłopaki obok pytają mnie, czy również biegnę 4:50. Odpowiedziałem: nie i już teraz jestem pewien, że nie dam rady. Spojrzeli z politowaniem. Na co ja dodałem: będzie szybciej! No i leciałem. Po drodze spotkałem po kolei Błażeja, Damiana, Piotrka i Łukasza. Wszyscy z ”Bartkowej drużyny”. W tym miejscu chciałbym bardzo im podziękować za towarzystwo i słowa motywacji do walki o lepszy czas. Mając na koncie kilka tysięcy przebiegniętych samotnie kilometrów, bardzo cenię sobie towarzystwo na trasie. Chyba widzieli, że motorek w „tyłku” nieźle się sprawuje i wyganiali mnie każdy po kolei do przodu. Biegłem na 3:30, zrobione 3:22. No miodzio! Sandomierski Bieg Górski. Ja bym nazwał Sandomierski Bieg o Życie na Orientację, w skrócie Ratuj się Kto Może. Ani rowerzyści, ani biegacze nie byli zadowoleni ze wspólnego startu...

Read More
[Paweł II] Zadeptana Marzanna
Mar26

[Paweł II] Zadeptana Marzanna

W tym roku pogoda rozpieściła biegaczy. Mieliśmy warunki, by się przygotować do wiosennych imprez. Każdy obrał na celownik życiówkę na wybranych dystansach. Plan na krakowską Marzannę był taki: nie ma co się spinać za bardzo, ponieważ za dwa tygodnie maraton w Dębnie, ale szkoda ostatniego dłuższego treningu na wolne zaledwie 21km. Postanowiłem pobiec poniżej możliwości tempem 4:40, czyli ok. 1g40m. W ten sposób będę przyzwyczajał się do stałego rytmu. Jak to u mnie bywa, nic zgodnie z planem wyjść nie może. Dwa dni przed zawodami spadłem ze stołu zdzierając skórę z uda i robiąc sobie guza wielkości mięśnia ośmiogłowego. Plan się posypał. Zacząłem podpytywać znajomych, czy pobiegną za mnie. Tak się złożyło, że mój brat również musiał zrezygnować ze startu z powodu przewlekłej kontuzji. Szkoda numeru startowego, ale nie było chętnych. Psikałem ranę, łykałem tabletki na przyspieszenie gojenia i trzymam kciuki, by do maratonu się zagoiło. Następnego dnia w sobotę rano okazało się, że rana boli mniej. Wciąż kuleję, ale jest postęp. Wieczorem rozmawiałem o bieganiu z bratem, zastanawiałem się, czy w ogóle jechać do Krakowa choćby turystycznie? Darek z żoną Aldoną jadą kibicować szwagrowi Robertowi, przy okazji spędzić dobrze czas. Z powodu zbliżających się zawodów czułem mrowienie w stopach. Postanowiłem wyskoczyć na małe truchtanie, by poprawić krążenie w okolicach obrzęku, sprawdzić jak się biegnie? W tym czasie brat pojechał po coś do przepicia, bo „szkoda wolnego weekendu”. To faktycznie pierwszy weekend od niepamiętnych czasów, gdy nie mamy w planach poranno-niedzielnego biegu, więc jak tu się nie napić? 😉 Początek szurania bolesny. Po pierwszym kilometrze mogłem ciut wyżej podnieść udo, ale wciąż nie przekraczałem tempa 5:00. Później, gdy raczyliśmy się Ukraińską czystą, postanowiłem, że biegnę. Już mam doświadczenie w biegu ekstremalnym. Podczas II Kieleckiej Dychy biegłem ze świerzym ITBSem. Łyknąłem dwa Ketonale, czasami kuśtykałem, ale dałem radę, ba, nawet z niezłym czasem. W tym momencie Szanowny Szuracz Paweł II się śmieje, już poprzednim razem zarzucał mi symulowanie i kiwał głową, że i tak przybiegnę szybciej od niego, żony Kamili, Moniki, kolejnego Pawła, Daniela itd. całego składu. Nowy plan wygląda następująco: startuję z grupą na 2g00, po rozgrzaniu nogi i zmniejszeniu się bólu przyspieszam według możliwości. Będzie bardzo bolało, przechodzę w marsz lub schodzę z trasy. Proste. Przyjechaliśmy na tyle wcześnie, że znaleźliśmy miejsce parkingowe w okolicy biura zawodów. Odbiór pakietów, rozgrzewka, regulowanie płynów ustrojowych na francuskiego wynalazcę Lej NaMur’a, pierwszy Ketonal. Start lekko, spokojnie, zegarek pokazywał średnie tempo 5:20. Wytrzymałem 300m. Przyspieszyłem do 5:00, skacząc pomiędzy, obok, ponad innymi biegaczami. Zacząłem łapać swój rytm. W miarę biegu zegarek informuje mnie o prędkościach 13km/h, 13.5, 13.3, 14.1. Biegło mi się płynnie, lekko, brnąłem do przodu zostawiając dziesiątki innych biegaczy za...

Read More
[Paweł II] Maraton Warszawski – dziennik zmagań
Paź02

[Paweł II] Maraton Warszawski – dziennik zmagań

Zapraszam na ostatnie dni przed moimi 42 kilometrami. Oto jak zapamiętam ten okres oraz sam Maraton Warszawski. Łatwo nie było… 09/16 godz. 18:00 Skończyłem ostatnie długie wybieganie przed maratonem. Teraz zostały mi tylko szybkie, krótkie treningi na poprawę siły biegowej. Mięsień uda bardzo boli, poza tym tradycyjny zestaw kolano, achilles, biodro. Oby jutro przeszło. Wykończył mnie ten trening. Założyłem spokojną pierwszą 10, dość szybką drugą (minus 2,5km podbieg) i trzecią najszybszą, ogonek ile sił starczy. Założenie piękne, a wyszło jak zawsze. Zrealizowałem jedynie pierwszą część. Udało się pobiec wolno początek, środek przeciętnie, a końcówka jak podczas poprzednich treningów, a więc szarpanina; zwolnienie, przejście w marsz lub postój na picie, niezłe wznowienie i w koło od początku. Podczas niemal 5km ogonka trzy razy (na szczęście na podbiegach, nie na prostej) przeszedłem w marsz. A miałem optymistyczne postanowienie, że nie złamię się, że całość przebiegnę (nie licząc 2 postojów na jedzenie). Nie zawsze nam się udaje. Biegłem z bolącym udem, jestem przemęczony przygotowaniami trwającymi od lipca. Czy to usprawiedliwia słaby czas? Okaże się. Albo wypoczęty pobiegnę jak należy, albo cienka dupa ze mnie. http://www.endomondo.com/workouts/246473618/10571984  09/17 godz. 12:50 Bóle znikły z wyjątkiem uda. Boli bardziej, niż przed wczorajszym treningiem. Oby jutro, za dwa dni przeszło. Spokojnie moje mięśnie, tatuś da wam, twardzielom, odpocząć. Zaczynam się zastanawiać, czy wybrany plan treningowy był dobrym pomysłem. W swoim polsko-kozackim zwyczaju podszedłem do sprawy; jakim jestem biegaczem? Średnio-zaawansowanym lub zaawansowanym – jasne! Bierzemy plan 5 treningów tyg. Interwały ok. 8km, trzy szybsze 10km i długie wybieganie od 15 do 32km tygodniowo. Mało tego, długie robiłem zawsze z nawiązką, zamiast 18, 20, 26, ja 20, 26, 28,5km w trudnym pagórkowatym terenie. To musi odbić się na mnie.   Brutalna prawda jest taka, że jestem amatorem. Nieźle rozbieganym, ale amatorem. I taki plan powinienem realizować, nie pozwolić własnej głupocie i nadgorliwości wziąć górę. Pokora chłopie! Pokora!  09/18 godz. 23:20 Udo boli. W pracy dostałem dziwnego bólu w kręgosłupie i generalnie czuję się ciężki i zmęczony. Dobrze, że jeszcze 10 dni. Wczoraj zrobiłem bieg „regeneracyjny”, czyli 20min w tętnie 120-130. Dziś przerwa, jutro zobaczymy, co powie udo. Chciałbym zrobić interwały i przetestować nowe getry kompresyjne. To ostatni dzwonek na testy. Czuję się w Tych getrach jak pajac, bo mają wyraźne napisy i logo producenta, ale jeśli mają mi pomóc, mam gdzieś wygląd i opinię innych.  09/19 godz. 14:28 Udo nie marudzi bardzo, jest nieźle, o wiele lepiej, niż przez ostatnie dni. Jestem po treningu siłowym, powtórzę wieczorem bieg regeneracyjny i dopiero jutro bieganie pełnym yyy butem. Planuję sprawdzić RH max podczas planowanych interwałów. Wydrukowałem kartę startową, już zaczynam czuć ekscytację. Już niedługo. godz. 18:00 Bieg regeneracyjny. Tak, jasne. Spokojnie,...

Read More
[Paweł II] Zafascynowany Krukiem!
Wrz04

[Paweł II] Zafascynowany Krukiem!

W imieniu swoim, ale jestem przekonany, że podobnie jak ja, wielu osób powiedzmy przypadkowych, które zareagowały na informację w Internecie, chciałbym: podziękować organizatorom za imprezę o jakości przekraczającej oczekiwania, ciepły klimat i zaangażowanie. Kawał dobrej roboty! Trzymam kciuki za przyszłe sukcesy w tym kierunku. Coś o biegu. Trasa ani asfalt, ani żwir. Mieszana. Wielbiciele asfaltu pewnie się zawiedli, może  ta nawierzchnia miała jakiś drobny wpływ na prędkość (ja zrobiłem życiówkę na 10k). Wielbiciele miękkiego terenu również nie znaleźli się na ulubionym podłożu. No i co? I nic. Należy biegać tam, gdzie się da. Nie przyzwyczajać się, różnicować teren, warunki. Nie o to chodzi, by trening realizować w optymalnych warunkach. Nuuuda! Wyzwanie rozgrzewa pasję. Jeśli w trakcie ciężkiego biegu nie czujesz choć raz rezygnacji i nie mówisz sobie – nigdy więcej, co to za bieg?! Na trasie 11k może za krótko na takie odczucia, za to podziwiając sposób zorganizowania imprezy, jestem dobrej myśli na poszerzenie jej. Może zimą, by nie konkurować z Wtórpolem? Sam bieg dostarczył mi pewne wskazówki, nad czym dalej pracować oraz lekcję pokory. Mam tu na myśli problemy z oddechem spowodowane przeziębieniem. Zapchany nos utrudnił oddech przeponą, w konsekwencji podbieg pozbawił wielu sił, których zabrakło w ostatnich 3,5k. Poza tym zbyt szybkie wyrwanie się do przodu od linii startu, ale to typowy błąd żółtodzioba. Podsumowując; jest mi niezmiernie przykro, że od razu po ukończeniu biegu musiałem pędzić do pracy. Tym samym nie miałem okazji napić się piwka, a żona przekąsić kiełbaskę 😉 Przy okazji wymienić uwagami z tłumem ludzi równie ogarniętymi pasją biegania. Wiele twarzy rozpoznałem z połówki w Radomiu. Atmosfera niezwykle serdeczna i rodzinna. Nawet żona, nie biorąca czynnego udziału, wyraziła entuzjastyczną chęć powrotu na – miejmy nadzieję – kolejną imprezę. Jedyny minus – papierowe numery startowe, które się odrywają. Ogromny plus – konstrukcja z rur start/meta! Następny razem trzeba owinąć ją czymś i będzie Lux! Trasa, nagłośnienie, izotoniki na trasie również, oznaczenie, medale pamiątkowe. Super! Podziel się:FacebookTwitterGoogleE-mailPrintDodaj do ulubionych:Lubię...

Read More
%d bloggers like this: