Trzecia Dycha do Maratonu
Lut27

Trzecia Dycha do Maratonu

Podsumowując mój biegowy styczeń: Biegałam 7 lub 8 razy. Rozbolały mnie kolana, ale zaczęłam po bieganiu wzmacniać mięśnie nóg i się rozciągać i to baaardzo pomogło. Zaatakowały mnie wszelakie mikroby i wirusy, co skutecznie obniżało przyjemność z biegania Jednak wszystkie wymienione wyżej czynniki, nie przeszkodziły mi bohatersko zapisać się na bieg pt. „Trzecia Dycha do Maratonu”:).    Mieszkam w Lublinie – wspaniałym mieście, ale trochę raczkującym pod względem imprez biegowych. Ale Idzie ku lepszemu!!! W tym roku – 8 czerwca – w Lublinie odbędzie się PIERWSZY MARATON LUBELSKI! Czyż nie jest to znak z niebios dla mnie?;) W każdym razie w ramach przygotowań do tego maratonu w Lubnie odbywają się „Cztery Dychy do Maratonu”, czyli cztery osobne biegi na 10 km. I ja – początkującą biegaczka – po miesiącu(dokładnie co do dnia) wzięłam udział właśnie w trzeciej dyszce. Moje przeżycia związane z tym biegiem opisałam na forum bieganie.pl. I pozwolę sobie skopiować ten opis, który dzisiaj nie wiem czy mnie bardziej śmieszy czy przeraża:). Ale był to opis tworzony na świeżo, jeszcze z bolącymi nogami;). No to…START!!! Biegam od 4 tego stycznia, czyli był to bieg po równym miesiącu od rozpoczęcia treningów. Przez ten czas odbyłam 8 treningów – w tym po dwóch ucierpiały moje piersi. Raz mi zakończyło laktacje , a raz najzwyczajniej chyba je przemroziłam.  Tak czy inaczej – przeziębiona, z zieloną flegmą w gardle (jadąc na bieg wyplułam w samochodzie niezłego OBCEGO z gardła) postanowiłam przebiec lubelską III DYCHĘ DO MARATONU. Ludzie! Co ja przeszłam…Przeszłam – w każdym tego słowa znaczeniu. Biegło mi się fatalnie od samego początku (mimo tego, że nastawienie miałam bardzo dobre, była ekstra atmosfera na starcie, weseli ludzie, spotkałam znajomych itp. itd.). Już na drugim kilometrze moja psychika zaczęła siadać. Myśli : – O k…a, jak to jeszcze daleko… – Jak mnie jeszcze jedna „babcia” wyprzedzi to zawracam… -Nie biegnij głupia dalej , bo jak dobiegniesz do 5 km, to już nie ma sensu zawracać… Jakby te czipy zapisywały myśli to na bank by mnie zdyskwalifikowano. Nie mogłam się rozhuśtać z tym biegiem… Każdy mój krok był taki ciężki, osadzony…. jak tąpnięcie słonia. Wyprzedali mnie wszyscy, a ja jeszcze się oglądałam czy nie jestem ostatnia…Byłam bardzo, bardzo zmęczona. Dziś już wiem, ze wykończyło mnie głownie to, że poszłam na bieg kaszląca i przeziębiona i więcej tego nie zrobię. Ale co dalej;) Na piątym kilometrze zaczęłam widzieć przez mgłę. I tu – ANIOŁ z nieba! – w końcu ktoś się do mnie odezwał podczas tego biegu. Pan pewien zapytał, czy ja się aby dobrze czuje, na co mu zgodnie z prawdą odrzekłam , że nie za dobrze;). I on mnie zaczął podnosić na...

Read More
Delikatny odpust…nie zupełny.
Lut27

Delikatny odpust…nie zupełny.

Ok, bez bicia się przyznaję, że ostatni tydzień nie był najlepszy. Ogrom roboty spowodował, że szuranie ustąpiło miejsca prezentacji drużyny i pierwszemu meczowi w roku. Na szczęście obie imprezy wyszły godnie. Prezentacja się udała, a z Legią wygraliśmy:) Także dzięki temu sumienie chociaż delikatnie mniej boli. Ale tylko delikatnie. Jeśli chodzi o szuranie, było tego mało. Jedno małe wyjście w weekend na 8 km i wczorajsze szuranie z kamerami. Tego nie liczę, bo nie było to normalne bieganie, ale przeplatane postojami, rozmówkami czy symulowanym biegiem z kamerzystą w jeansach lecącym za mną z kamerą, statywem po krzaczorach, błotach, śniegach i tym podobnych przeszkodach. Cały materiał będzie dostępny chyba w czwartek. Mam obiecane, ze szuranie.pl też go zobaczy. Ogromnie nie jestem zadowolony z tego co i jak gadałem. Było trudno, bo nie było typowego prowadzącego, kogoś kto zadawał by pytania, podprowadzał temat itd. Kamera i ja. Ale już mamy obiecane, że będzie kontynuacja. Wtedy będzie lepiej. Tak tu wyglądało: Bardzo się cieszę, że grono szuraczy się powiększa. Dzisiaj zadebiutowała Sylwia z Lublina. Jej pierwszy wpis jest TUTAJ Czekamy na następnych szuraczy blogaczy. Podziel się:FacebookTwitterGoogleE-mailPrintDodaj do ulubionych:Lubię...

Read More
Dzień Dobry! Tu Sylwia.
Lut27

Dzień Dobry! Tu Sylwia.

Dzień Dobry! Na początku chciałabym serdecznie podziękować za możliwość pisania w tak fajnym miejscu. Witam wszystkich szurających od lat, a także takich którzy dopiero są na początku trasy – czyli takich jak JA! Mam na imię Sylwia. Dlaczego zaczęłam biegać? Odpowiedz jest bardzo prosta, ale tez może szokująca. Powiedziałam sobie  – „Jak przeżyję drugi poród to przebiegnę maraton!”. A u mnie jest tak, ze jak coś powiem – to prędzej sczeznę, niż słowa nie dotrzymam. Dla mnie nie ma metody „małych kroków”. Potrzebuję wyzwań konkretnych – a takim właśnie wyzwaniem jest dla mnie maraton. Uwielbiam ruch! Jednak z dwójką dzieci (córki – 3 lata i 4 miesiące) jest naprawdę trudno znaleźć czas na regularne ćwiczenia choćby 2 razy w tygodniu. Dlatego bieganie jest tu najlepszym i najbezpieczniejszym wyjściem. Wieczorem dzieci zasypiają – a ja staję się „królową szurania”;). Nie mogę powiedzieć (jeszcze;)), żebym kochała bieganie! Jest ciężko – zebrać się i  wyjść z ciepłego domu. Tym bardziej, ze polska zima to ryzykowna pora na rozpoczęcie „szurania”. Ale nikt nie mówił , że ma być łatwo. Poród przeżyty, buty kupione, ubranko do biegania też – teraz do dzieła KOBIETO! Pamiętam pierwszy bieg. Na fali postanowień noworocznych – 3 stycznia 2013 – wyszłam i pobiegłam – 5 km!!! Niesamowite uczucie – pierwszy raz od porodu ( a raczej od straszliwego cesarskiego cięcia z komplikacjami nazywanego przeze mnie pieszczotliwie „rzezią”) moje ciało znowu poczuło się jak działająca maszyna:). Przebiegłam dystans – duży jak na początkującą, dla niektórych wręcz nieosiągalny na starcie. I co? I nic! Biegło się wspaniale! Żadnej kolki, bólu! Za to wspaniałe zakwasy na drugi dzień – ja naprawdę lubię to uczucie. To dowód na to, ze te mięśnie jednak gdzieś tam wciąż są;).  Euforia!!! No i to był pierwszy i ostatni raz, kiedy biegło mi się tak pięknie, bezboleśnie i bezproblemowo… Nie wiem co to było – hormony??? Adrenalina??? Każde kolejne bieganie owocowało bólem w prawym kolanie. Chyba więzadło.  Stwierdziłam, że to moje ciało – przyzwyczajone do leniuchowania daje mi subtelne znaki:”ODWAL SIĘ”, „WOLĘ SPAĆ”, „ZJEDZ MAKARON ZAMIAST MNIE MĘCZYĆ”. Ale ja pomyślałam sobie – O nieeeee… Ja się tak łatwo nie poddam;)! Nie po to wywaliłam 250 PLN na buty !!! Hehhe! Nie ma jak kobiece podejście do „sportu”. Drugi bieg skończył się masakrą:). Przebiegłam 9, 4 km. Nie chciałam tyle przebiec. Poniosło mnie. Do domu dotarłam ledwo żywa – padłam w przedpokoju na podłogę i wiedziałam, ze popełniłam ogromny błąd o czym moje nogi poinformowały mnie jeszcze tego samego wieczora. Skończyło się potężnymi zakwasami oraz „chodem 90-latki”, a możlwiosć szurania odeszła w kąt na jakieś 4 dni;).  Wniosek? Naprawdę lepiej zacząć lekko, ale jak się przegnie to jest przynajmniej co wspominać i o czym...

Read More
O żelkach i mitach w Suchedniowie…
Lut20

O żelkach i mitach w Suchedniowie…

Oj długo nic nie pisałem. Chyba nawet za długo. Ale to wcale nie znaczy, że przez ten czas aż tak bardzo się rozleniwiłem, żeby całkowicie odpuścić sobie trening. Co to, to nie. Chociaż muszę też od razu dodać, że szurania było znacznie mniej niż sobie założyłem. Ale po kolei. 1. Pogromca mitów Mogę się założyć, że w każdym z Was odzywa się czasem dusza naukowca i macie ochotę poczuć się jak Adam Savage i Jamie Hyneman – prowadzący słynnego programu „Pogromcy mitów” – i obalić, bądź potwierdzić, jakiś biegowy/kuchenny/życiowy/filmowy mit. Jak nietrudno się domyślić wpadłem na genialny pomysł obalenia pewnego funkcjonującego w środowisku biegaczy przekonania. Konkretnie chciałem sprawdzić czy rzeczywiście organizm przyzwyczajony do biegania o danej porze dnia, może inaczej reagować na trening o innej godzinnie. Pamiętam, że kiedyś, jakieś dwa, może nawet trzy lata wstecz, kiedy czasu miałem nieco więcej niż teraz, biegałem sobie właściwie kiedy tylko miałem na to ochotę, czy to o poranku, czy o zmierzchu, czy w południe i nie robiło mi to absolutnie żadnej różnicy. No ale od pewnego czasu godziny poranne czy południowe całkowicie wypadły z mojego biegowego kalendarza i od dobrych kilku miesięcy, a może nawet roku regularnie szuram albo późnym popołudniem, albo wieczorem. A to pozwoliło mi sobie zadać pytanie, czy rzeczywiście poczuję różnicę przy bieganiu rano. Żeby eksperyment miał solidne podstawy postanowiłem zrobić tak: tydzień szurania co drugi dzień, dla odzyskania jako takiej formy, a dopiero potem miała przyjść chwila prawdy. Pierwszego dnia miałem zaliczyć 50 min startując o godzinie 8, a drugi bieg miał się rozpocząć dokładnie 36 h później. Obudziłem się grzecznie o 7.15 (miałem ferie, więc było to jedno z największych możliwych wyrzeczeń), zjadłem lekkie śniadanie i ruszyłem w trasę… Boże jak ja się męczyłem. Katorga. Przez około 40 minut nie mogłem złapać rytmu. Niby nogi niosły do przodu, ale to nie było to. Nie było w tym tempa, nie było automatyzmu, czułem się jakbym w ogóle nie mógł kontrolować swoich nóg. Dopiero kiedy zbliżałem się do końca trasy poczułem, że chyba zaczynam biec „po swojemu”, tyle tylko, że zanim ten automat się włączył na dobre, to ja już zatrzymałem stoper (z którym się pogodziłem) i otwierałem drzwi do domu. I teraz zacząłem się zastanawiać czy jestem w tak beznadziejnej formie, czy po prostu to jednak mój organizm buntuje się przeciwko porannemu szuraniu. Odpowiedź przyszła po dwóch, maksymalnie trzech minutach drugiego dnia eksperymentu. Wieczorem biegło mi się lekko, łatwo i przyjemnie. Od razu mogłem wejść na wysokie obroty nie mając przy tym wrażenia, że ja i moje nogi to dwa zupełnie inne organizmy. Mit potwierdzony. Organizm się przyzwyczaja. 2. Feralny upadek Eksperyment miał też swoją złą stronę....

Read More
Mój pierwszy raz:) Dyszka po Łazienkach.
Lut16

Mój pierwszy raz:) Dyszka po Łazienkach.

Wstyd się przyznać, ale mimo moich 33 lat nigdy wcześniej (tak mi się przynajmniej wydaje) nie byłem w Łazienkach. I dzisiaj oto się udało. Jak już dotarłem to przeszurałem je na lewo i prawo, w tę i z powrotem. Spędzam dwa dni na Stadionie Narodowym, poznaję go, bo już niebawem ta wiedza mi się przyda jak mało komu:) Ale tu nie o tym… Korzystając z pobytu w Warszawie, nie mogłem odmówić sobie poszurania po stolicy. Mieszkam, korzystając z lokalu mojego brata, na Sadybie. Po krótkim rozeznaniu uznałem, że tu słabo jest na szuranie, że chcę Wisły, a przynajmniej innych ciekawych miejsc, których w Warszawie nie brakuje. Wybrałem Łazienki, dojechałem autem zostawiając je gdzieś w pobliżu radiowej Trójki, dla mnie zakochanego w radiu po uszy, miejsca mega magicznego. Tak to co prawda już „nie ta Trójka”, ale zawsze to Trójka. Wygląda o tak: Tak jak pisałem wcześniej, jakoś tak się złożyło, że mimo tego iż w mieście tym bywałem już „milion” razy, to zazwyczaj jest to temat służbowy, szybki i bez „zwiedzania”. Dlatego też ten najbardziej znany chyba park w Polsce odwiedziłem pierwszy raz w wieku 33 lat. Czy mnie zauroczył? Szczerze…nie bardzo. Może dlatego, że pora roku nie za bardzo właściwa na zachwyty nad przyrodą czy innymi cudami architektury. Co rzuciło mi się w oczy najbardziej, to biegacze. Są wszędzie! Tu widać ogromną różnicę między moimi Kielcami, a Warszawą. U nas o tej porze dnia, można spotkać jedną, dwie, może trzy osoby. Tu biegają może nie tłumy, ale na pewno ogromne ilości osób. Widać wśród nich i niezłych „hardkorów” lecących alejkami pewnie koło 3,5 -4min/km, i takich zwykłych szuraczy jak my:) Plan, z uwagi na fakt, iż 5 dni miałem odpuszczone przewidywał lekkie 5-6 km. Jednak szkoda mi było tego miejsca, chciałem jeszcze tu zobaczyć, i jeszcze to obejrzeć, i tu wbiec. I tam poszurać. Wyszło w sumie niewiele ponad 10km. Znalazłem podbieg pod Agrykolę (chyba to on), widziałem pawie:), i chyba wszystkie inne ważne rzeczy w Łazienkach. Mam nadzieję, że tak było. A wyglądało to tak: Podsumowując, było to bardzo fajne wybieganie. Po raz kolejny okazało się, że bieganie może mieć inne fajne zalety. Inne oprócz zwykłej poprawy kondycji, zdrowia czy zrzucania wagi. Można zobaczyć dużo, a jak pokazał dzisiejszy dzień nawet jeszcze więcej niż się zaplanowało. PS. na koniec co prawda nie o bieganiu, a o czymś co odróżnia Warszawę od Kielc. Nie mówię, że tutaj nie ma tego na trawnikach, pewnie jest i to sporo. Ale ktoś wpadł na pomysł i go realizuje. Z czasem może się udać. W Kielcach też były takie próby, efekt: wszystko pokradzione, poniszczone, a kupy jak były tak są wszędzie. Tutaj...

Read More
%d bloggers like this: