Zaczynamy zamieszanie!
Mar28

Zaczynamy zamieszanie!

Koniec marca, czyli termin w którym zgodnie z wcześniejszymi planami, ustaleniami i czasami chorymi pomysłami zaczynamy zamieszanie szuraniowe w 2014 roku. Pierwszy oficjalny start już w najbliższą niedzielę. Martwi mnie trochę to, że jakoś nie czuje bardzo mocno tej adrenaliny przed startem w Półmaratonie Warszawskim. W zeszłym roku już chyba nie spałem po nocach, a teraz taki jakiś dziwny luz… Oby nie cisza przed burzą. Ale tak po prawdzie, niedzielny start zamierzam potraktować totalnie treningowo, kończę aktualnie (mam nadzieję) kilkudniowe przeziębienie, które zbiło mnie mocno, powaliło na dwa dni do łóżka i zdarło całą skórę z nosa. Na teraz (piątek) jeszcze sobie nie wyobrażam jak można wyjść i biegać, ale mam nadzieję, że do niedzieli będzie już elegancko. Chciałby tak to pobiec, treningowo właśnie, bez napinki, bez szukania rekordów, bez gonienia. Tak poprostu – przebiec, odebrać medal i spędzić kilka godzin w miłym towarzystwie. I nie piszę tego ot tak, żeby się zawczasu usprawiedliwić jakbym przybiegł ostatni. Nie. Cały czas pamiętam, że za dwa tygodnie czeka mnie najważniejszy start w życiu, czyli maraton w Wiedniu. Nie chciałbym aby przez napinanie się na połówce w Warszawie coś poszło nie tak. A jak wiadomo u grubasków to łatwo coś może pójść nie tak:) Dlatego luzik. Myślę, że dobiegnę spokojnie około dwóch godzin. Moooże jak po 16-17 km będzie bardzo dobrze to trochę przyspieszę:) Zobaczymy. Cieszę się na ten start z wielu powodów. Jedziemy w fajnej grupie, tym razem to nie ja będę szoferem! To już dużo! Żona ma (jeszcze w roli kibica – ale już chyba ostatni raz:), Piotrek B. zwany Bamboshem i Mateusz Ch. zwany szoferem:) Na miejscu dojdzie (mam nadzieję, musi dojść!) do spotkania na szczycie! Otóż spotkamy się z Piotrkiem z Wrocławia, pisał jakiś czas temu swoje dyrdymały także tutaj na szuraniu, ale leniem jest okrutnym i przestał (pisać przestał). Zaczął za to bardzo szybko biegać! Z Piotrkiem znamy się już prawie dwa lata, ale nigdy się nie widzieliśmy. Poznaliśmy się przez szuranie.pl i tak jakoś zleciało! Do zobaczenia! I pamiętaj o naszym pakietach, co by je odebrać i przynieść w niedzielę jakoś, gdzieś:) Na miejscu będzie też baaardzo dużo znajomych z drużyny Bartka („Biegają, żeby Bartek mógł Biegać”). Będą Dudki, wraz z tatą o którym pisałem przy okazji II Kieleckiej Dychy (o tutaj), że to był jego pierwszy bieg, który ukończył. Tym razem wszystko wskazuje na to, że ukończy – i to chyba przed nami, swój pierwszy półmaraton! Cieszę się, bo pogoda też chyba będzie fajowa. W zeszłym roku osiem stopni poniżej zera skutecznie, podejrzewam odstraszyło sporo biegaczy, ale też kibiców. Oby było dużo lepiej teraz. Cieszę się ogólnie! Cele, które wyznaczałem sobie kilka miesięcy temu stają...

Read More
[Paweł II] Zadeptana Marzanna
Mar26

[Paweł II] Zadeptana Marzanna

W tym roku pogoda rozpieściła biegaczy. Mieliśmy warunki, by się przygotować do wiosennych imprez. Każdy obrał na celownik życiówkę na wybranych dystansach. Plan na krakowską Marzannę był taki: nie ma co się spinać za bardzo, ponieważ za dwa tygodnie maraton w Dębnie, ale szkoda ostatniego dłuższego treningu na wolne zaledwie 21km. Postanowiłem pobiec poniżej możliwości tempem 4:40, czyli ok. 1g40m. W ten sposób będę przyzwyczajał się do stałego rytmu. Jak to u mnie bywa, nic zgodnie z planem wyjść nie może. Dwa dni przed zawodami spadłem ze stołu zdzierając skórę z uda i robiąc sobie guza wielkości mięśnia ośmiogłowego. Plan się posypał. Zacząłem podpytywać znajomych, czy pobiegną za mnie. Tak się złożyło, że mój brat również musiał zrezygnować ze startu z powodu przewlekłej kontuzji. Szkoda numeru startowego, ale nie było chętnych. Psikałem ranę, łykałem tabletki na przyspieszenie gojenia i trzymam kciuki, by do maratonu się zagoiło. Następnego dnia w sobotę rano okazało się, że rana boli mniej. Wciąż kuleję, ale jest postęp. Wieczorem rozmawiałem o bieganiu z bratem, zastanawiałem się, czy w ogóle jechać do Krakowa choćby turystycznie? Darek z żoną Aldoną jadą kibicować szwagrowi Robertowi, przy okazji spędzić dobrze czas. Z powodu zbliżających się zawodów czułem mrowienie w stopach. Postanowiłem wyskoczyć na małe truchtanie, by poprawić krążenie w okolicach obrzęku, sprawdzić jak się biegnie? W tym czasie brat pojechał po coś do przepicia, bo „szkoda wolnego weekendu”. To faktycznie pierwszy weekend od niepamiętnych czasów, gdy nie mamy w planach poranno-niedzielnego biegu, więc jak tu się nie napić? 😉 Początek szurania bolesny. Po pierwszym kilometrze mogłem ciut wyżej podnieść udo, ale wciąż nie przekraczałem tempa 5:00. Później, gdy raczyliśmy się Ukraińską czystą, postanowiłem, że biegnę. Już mam doświadczenie w biegu ekstremalnym. Podczas II Kieleckiej Dychy biegłem ze świerzym ITBSem. Łyknąłem dwa Ketonale, czasami kuśtykałem, ale dałem radę, ba, nawet z niezłym czasem. W tym momencie Szanowny Szuracz Paweł II się śmieje, już poprzednim razem zarzucał mi symulowanie i kiwał głową, że i tak przybiegnę szybciej od niego, żony Kamili, Moniki, kolejnego Pawła, Daniela itd. całego składu. Nowy plan wygląda następująco: startuję z grupą na 2g00, po rozgrzaniu nogi i zmniejszeniu się bólu przyspieszam według możliwości. Będzie bardzo bolało, przechodzę w marsz lub schodzę z trasy. Proste. Przyjechaliśmy na tyle wcześnie, że znaleźliśmy miejsce parkingowe w okolicy biura zawodów. Odbiór pakietów, rozgrzewka, regulowanie płynów ustrojowych na francuskiego wynalazcę Lej NaMur’a, pierwszy Ketonal. Start lekko, spokojnie, zegarek pokazywał średnie tempo 5:20. Wytrzymałem 300m. Przyspieszyłem do 5:00, skacząc pomiędzy, obok, ponad innymi biegaczami. Zacząłem łapać swój rytm. W miarę biegu zegarek informuje mnie o prędkościach 13km/h, 13.5, 13.3, 14.1. Biegło mi się płynnie, lekko, brnąłem do przodu zostawiając dziesiątki innych biegaczy za...

Read More
200 razy szuranie!
Mar16

200 razy szuranie!

Przypadkowo kliknęło mi się dzisiaj w statystyki na moim Endomondowym profilu i…okazało się, że dzisiejsze szuranie było moim dwusetnym szuraniem. Rzuciłem okiem z ciekawości głębiej, na sam początek i co tam znalazłem?  Pierwsze szuranie po którym ślad został na Endomondo miało miejsce 6 grudnia 2011. Wcześniej przez kilka dni pociłem się na klubowej bieżni bez uruchamiania magicznej aplikacji, aż w końcu przyszły Mikołajki roku 2011. Całe 3,24 km w tempie ponad 8 minut na kilometr…. W sumie cały „trening” to 28 minut i 14 sekund. Dwa dni później następny, już w tempie około 7 minut/km. W 2011 roku uszurałem kosmiczne 42 km, później zapał okazał się słomiany, w całym 2012 roku niecałe 250 km. 2013 przyniósł wreszcie regularność, nie jest to dystans powalający na kolana, ale ja jestem z niego zadowolony. Odpuściłem praktycznie tylko sierpień (bo upały, bo gorąco – NIENAWIDZĘ) i przeszurałem w sumie w 2013 roku 1123 km. Nie najgorzej. 2014 to już (póki co) regularność na maksa:) – odległości nie wielkie ale walczymy. Do teraz 270 km. Nie chcę zanudzać bzdurnymi statystykami, ale porównując pierwszy test Coopera w 2011 roku (2,21 km) do ostatniego w 2014 (2,78 km) cieszy mnie postęp. Średnie tempo moich szuraniowych treningów przedstawia się następująco: w 2011 roku – 7:25 min/km, w 2012 -6:34 min/km, w 2013 – 6:15 min/km i w roku obecnym 5:56 min/km. Średnio wychodzi 15 sekund rocznie. Czyli za 12 lat będę wygrywał maratony z Kenijczykami…:) Podsumowując podsumowanie…:) wychodzi to tak: 200 szurań łączny czas trwania: 7 dni, 4 godziny, 29 minut łączny dystans: 1648,55 km łącznie spalonych kalorii: 154 555 średnia ilość przebiegniętych kilometrów na jeden trening: 8,24 km a poniżej te najfajniejsze chwile z 200 szurnięć: Podziel się:FacebookTwitterGoogleE-mailPrintDodaj do ulubionych:Lubię...

Read More
Wróciłam – jak zły sen
Mar10

Wróciłam – jak zły sen

Cisza na moim szuraczowym blogu mogłaby wskazywać na to, że zarzuciłam bieganie… Nic bardziej mylnego! Żeby móc „zarzucić” to trzeba to tak naprawdę rozpocząć;). A ja szuram, szuram, szuram… I proszę się nie obrażać – ale w istocie to tylko JA – Sylwia Wójcik  POLSKA – jestem tu – na tym zacnym blogu  prawdziwym SZURACZEM.  Reszta to BIEGACZE z prawdziwego zdarzenia… Nie bójmy się użyć tego słowa. Pozwolę sobie moje zdanie poprzeć następującymi argumentami: 1. JA nie wklejam na fejsa wyników z endomondo – bo ich nie mam. 2. JA nie szurałam treningowo od października (chyba, że był to wrzesień). 3. JA ograniczyłam swoje bieganie już chyba ostatecznie do startów w zawodach, chociaż wiem , że to głupie. jak powiedział Frank Zappa – „Głupota na swój urok, ignorancja nie”. Punkt trzeci chciałabym podeprzeć zdjęciami autorstwa wybitnej Osoby Persony znanej w półświatku lubelskim jako „METAMORFOZA DEKADY” . Mowa o wybitnym biegaczu, starym satyrze – Robercie Maju.   Po kilku mesiącach przerwy w bieganiu pokonałam Trzecią Dyche do Maratonu w Lublinie. Bieg rozgrywał się w nocy, ale po krtótkich, ustaleniach z koleżanką doszłyśmy do wniosku, że jednak lepiej nałożyć makijaż. No i faktycznie – widać na zdjęciu , że opłacało się. Biegło się wybitnie – bo na luzie, z brazylijską muzyką w uszach. Niestety zaciął się sprzęt i „laciał” ciągle jeden kawałek… Jak zawsze na dyszce byłam przeziębiona, po 2 kilometrze chciało mi się płakać… W dodatku najadłam się makaronu z godzinę przed biegiem. Miało dać niesamowitą siłę, a dało ból brzucha i niekontrolowane odruchy;). Kiedy ubierałam się na bieg mój mąż spytał mnie po co ja to robię. I poinformował, że jemu nigdy by nie przyszło do głowy nie trenować i pójść na zawody. Więc odpowiedziałam mu zgodnie z prawdą, że ja za każdym razem czuję, że ja ten bieg wygram. No dobra – może nie wygram, ale widzę się w czołówce. Mam niesamowite wizje, w których widzę jak biegnę lekko i zwiewnie, tłum wiwatuje, a ja pokazuję „victorię”. Następnie wpadam na metę i zdziwiona, że to JUŻ udzialam dla TVP Lublin błyskotliwego wywiadu jak to Matka Polka daje radę. Mąż skwitował, że to „domena wariatów”. No i coś w tym jest. Bo prawda jest taka, że biegnę zawsze z tyłu. Tam, gdzie nogi ludziom śmiesznie „człapią” z wycińczenia i gdzie toczy się „walka o oddech”. Ale podoba mi się…taka sytuacja;). Pozdrowienia dla Konrada, który podczas biegu zabawiał mnie rozmową… Jak rzadko kiedy – mówiłam mniej, bo powietrza nie starczało. Jakby kogoś interesował czas – 59 min ileśtam sekund. Sukces;). Podziel się:FacebookTwitterGoogleE-mailPrintDodaj do ulubionych:Lubię...

Read More
%d bloggers like this: