Układ  Warszawski  czyli najlepsza  jesień życia
Paź04

Układ Warszawski czyli najlepsza jesień życia

Jakiś czas temu stwierdziłem, że nie napiszę niczego więcej o bieganiu. Bo co może być ciekawego w kolejnym starcie? Dobiegłem albo nie, wiało albo było gorąco. No i kogo to tak naprawdę obchodzi? Świat pędzi jak szalony i każdy ma swoje życie. Nie warto się narzucać innym tylko dlatego, że się gdzieś pobiegło. Taka prawda. Nie czuję żadnej potrzeby dzielenia się swoimi myślami. Wypaliłem się, jesień życia i takie tam… Ale tym razem stało się coś tak niesamowitego, że zmieniłem zdanie, tylko na trochę, no i chyba chciałbym jakoś utrwalić ten stan, zanim za parę godzin sięgnę po dziesięć dni antybiotyków i będę się tępo wpatrywał w monitor, marząc chyba tylko o tym, żeby jakoś przespać ten czas. Znam to aż za dobrze. A raczej źle …    Ten rok też mi się zaczął chorobą. Trenowałem do wiosennego maratonu i nagle w połowie stycznia, w środku całkiem już dobrej formy, zupełnie straciłem siły. Miało być przemęczenie a był   wyrok –   miesiąc paskudnych, totalnie otępiających prochów i zero nadziei na jakiekolwiek bieganie. Zdemolowało mnie to strasznie. Próbowałem, tłukłem głową w mur cały marzec i kwiecień, dopiero w maju udało mi się pobiec moje pierwsze wolne kilometry. I cały ten czas wprost maniakalnie towarzyszył mi sen o Warszawie… Wyzdrowieję, potrenuję całe lato i w końcu września wystrzelę jak z procy, łamiąc życiówkę i nade wszystko, moje przeróżne warszawskie kompleksy. Bo w szafie mam już dwie koszulki z poprzednich edycji tego maratonu. Dwa lata temu zachorowałem miesiąc przed startem a rok temu strułem się czymś na jeden dzień przed biegiem i dałem radę przebiec tylko połowę trasy, z silnym postanowieniem, że za rok wrócę i mocno skopię tyłek mojemu pechowemu Maratonowi! To był jedyny biegowy cel na ten rok. Odpuścić wszystko, nie dać się ponieść, przyczaić żeby potem z całą mocą rzucić się na tę Wawę i zatriumfować. Bo ja bardzo ale to bardzo nie lubię przegrywać! I wszystko zaczęło się układać… Wszedłem w rytm, bieganie przestało męczyć, czułem, że uciekam chorobie i staję się mocny. Zaliczałem kilometry i buraki. Światełko w tunelu nie wyglądało już jak nadjeżdżający pociąg, a świat dosłownie oddawał mi wszystko co najlepsze. No wiecie, kobiety, wino, śpiew… to był dobry czas. Tak dobry, że codziennie zastanawiałem się, kiedy mi coś w końcu runie na głowę bo przecież w naturze musi być jakaś równowaga. Jak jest aż tak dobrze to potem musi być źle. Inaczej jest tylko w bajkach. Ale było coraz lepiej. Tempo treningów wciąż rosło, byłem jak nakręcony. Czułem, że tym razem Warszawa będzie moja …    W lipcu trochę się to skomplikowało, zwaliły się na mnie problemy, różne zaniedbania eksplodowały nagle i czułem, że tracę...

Read More
Poznań swoje możliwości !!!
Paź23

Poznań swoje możliwości !!!

Gdybym miał kiedyś stworzyć listę miejsc których po prostu nie znoszę, Poznań  z pewnością byłby wysoko. Jeśli nie na samym szczycie. Jakoś się tak porobiło, że nie darzymy się sympatią z Miastem Słowików. Nie mam może zbyt wielu powodów by nie lubić Pyrlandczyków i zawsze jestem największym przeciwnikiem szufladkowania ludzi albo odrzucania kogoś tylko dlatego, że miał nieszczęście urodzić się w złym miejscu. Ale na przykład 90% moich zawodowych problemów z klientami dotyczy Poznania i okolic. Akcje jak z „Transportera”, kłamstwa i ściemnianie na każdym kroku – dla mnie mit wielkopolskiej solidności już dawno legł w gruzach. Słowem, Poznania i przede wszystkim jego mieszkańców nie cierpię  i unikam jak tylko mogę. To miejsce ma złą energię – nikt mi nie powie, że jest inaczej !!! I gdyby ktoś wcześniej rzucił pomysł, żebym pojechał  do „tego” Poznania i zmierzył się z maratonem, uznałbym go za kogoś  pokroju Macierewicza. Bo to najlepsze miejsce, żeby mi nie wyszło. Klęska gwarantowana. Amen.    Dlatego od końca czerwca trenowałem do Maratonu Warszawskiego. Trenowałem solidnie i coraz  szybciej, w  lipcu  to już  była niemal euforia – Moc  biła  ze  mnie,  biegało się  świetnie, kosmiczne no  limits …  Trzeba było polecieć w tempie 5:10 – ja  biegałem 4:20, miał być dzień  na wolne crossy –  ja szalałem gdzieś  w  górnych rejestrach pulsometru. Szybciej i szybciej. To  był  mój czas !!! Moje  pięć minut, a  nawet trzy na kilometr. Superkompensacja bez końca !!!  Niby wiedziałem, że biegam zbyt mocno ale  myślałem sobie, że kiedy przyjdzie  zmęczenie, zwolnię trochę,  kiedyś… Teraz warto  wykorzystać  życiową  formę.  Co  wybiegam  to  moje. No to gazu bo jestem coraz silniejszy, szybszy i młodszy… I jakoś tak nagle coś się zaczęło  psuć. Bo  gorąca głowa dalej chciała ale nogi zaczęły mi się plątać. Niespożyte siły zostały daleko za mną. Pomyślałem – to mały, chwilowy  kryzys. Zwalniam  i będzie  dobrze. Ale  nie  było.  Sierpień zaczął się  chorobą  i  dwutygodniową przymusową  przerwą  w bieganiu.  A po niej kolejny strzał  – kultowy,  wymagający  Półmaraton Wtórpolu –  pobiegłem go  zupełnie  wbrew  elementarnej  logice,  tydzień  po chorobie…  Nawet  udało mi się  ukończyć  odrobinę poniżej  2 godzin,  do reszty  demolując wycieńczony organizm. No ale Endrju nie odpuszcza i przecież chorobę należy zabiegać i wypocić. Bo każdy przyzna, że bieganie to samo zdrowie !!! I  jeszcze  miesiąc  do  maratonu,  dużo czasu. Tyle, że  za  swój  zryw zapłaciłem  kolejną  chorobą. A to już był wrzesień. Antybiotyki  i  znowu dwa tygodnie bez  biegania.  Jeszcze się łudziłem, że może  da się  pobiec w Warszawie bo gdzie jak gdzie ale tam  nie mogło mnie zabraknąć. Skróciłem terapię i wskoczyłem w biegowe buty. Przez tydzień może powrócę do formy… Ale nie było na to najmniejszych...

Read More
[Andrzej] You are the Winner!
Lip20

[Andrzej] You are the Winner!

Podkradłem poniższy tekst z „Andrzejowego fejsa” gdyż ponieważ…jest dobry:) Poczytajcie! Starożytna Nike była boginią zwycięstwa, współczesna Nike powinna być chyba boginią oszustów. Miałem na dzisiaj zaplanowany test na dystansie 10 km, jeden z trzech w czasie przygotowań do 35 Maratonu Warszawskiego. Wybrałem sobie płaską , szybką trasę wokół zalewu w Wilkowie , w ramach rozgrzewki poleciałem spokojnym tempem jedno kółko. Czyli 2 km. Tempo okazało się całkiem przyzwoite, jakieś 4:43 min/km. Nieźle, na dyszkę będzie życiówka – pomyślałem. To akurat nie jest specjalnie wielki wyczyn bo jeszcze nigdy nie pobiegłem dychy poniżej 50 min, przynajmniej oficjalnie i w jednym kawałku. No to zaczynam. Co jakiś czas kontroluję sobie tempo, jest ok – średnio 4:40 . Trasa dobrze znana, biegnę na luzie i tam gdzie zawsze jest 1 km sprawdzam sobie czas…… A tu , głupi zegarek pokazuje tylko …0,85 km. Wkurzyłem się ale myślę sobie, pewnie się to jakoś wyrówna, ten GPS. Ale pierwszy , naciągany kilometr zrobił mi się w równe 5 min … No to biegnę szybciej, trzeba gonić bo z rekordu nici … 2 km znowu jest dużo dalej, a czas … 5:06 , chociaż z podglądania tempa wynikało że lecę na około 4:35… Totalna załamka !!! Nie będę przynudzał, działo się tak na całym dystansie. ja tu lecę niemal sprintem, a czas kilometra 5:11 … Po 5 km pomyślałem, że dam sobie spokój z takim testem, bo i tak nie pobiegnę poniżej 50 min , nawet gdybym wypluł płuca. Ale… nie odpuszczam. Kto tu jest ku…wa lepszy, ja czy zegarek ? No i jeszcze przyspieszyłem. GPS dalej wariował ale moje czasy na tych wydłużonych kilometrach były coraz lepsze i schodziły poniżej 5 min. Połowa 2-kilometrowego kółka była pod dosyć mocny wiatr ale następny odcinek biegło się szybciej. Całość wyglądała tak : 1 -5:00 , 2-5:06, 3 – 5:01 , 4 – 4:59 , 5 – 5:06 , 6 – 4:48 , 7 – 5:11 , 8 – 4:35 , 9 – 4:54 i 10 – 4:22. I czas 49:06 min na mecie. Niby ok ale zagotowany byłem na maxa, bo zegarek ukradł mi przynajmniej po 100 m na kilometrze. Pozytywy ? Dałem radę i to był kolejny dobry trening, nawet pomijając czasy. Jeszcze jedna refleksja, zejść z dychą poniżej 50 min to kiedyś był taki mój kamień milowy, niedoścignione marzenie. I gdyby dało się na tym Wilkowie przerzucić mnie o rok w przeszłość i pobiec razem z tamtym Andrzejem, to ten o rok młodszy ale jakże inny facet nawet by nie pomyślał , że coś nas łączy. I nawet by nie zauważył, że jakby jesteśmy podobni bo szybko pokazałbym mu plecy …i tylko by zazdrościł,...

Read More
„Sorry, spieszę się – Państwo wybaczą”. Półmaraton w Radomiu okiem Andrzeja.
Cze28

„Sorry, spieszę się – Państwo wybaczą”. Półmaraton w Radomiu okiem Andrzeja.

Nie jadę do Radomia. Bo i po co ? Choroba, antybiotyki i tylko 60 km biegania w czerwcu . Ciężko mi się biegało i pomysł przelecenia połówki tylko, żeby ją zaliczyć , nie wydawał mi się najlepszym sposobem na spędzenie niedzieli. Niech inni, w formie biją rekordy. Ja poczekam.Odpuszczam ten start.Spędzę weekend z rodziną, będzie fajnie. Tak sobie myślałem w piątkowy wieczór siedząc w samochodzie na wielkim piętrowym parkingu Galerii Echo. I wiecie co ? Spojrzałem sobie na dziewczynę siedzącą w aucie obok. Znajoma twarz. Facet za kółkiem i samochód też pasowali do kompletu : AGA i BARTEK !!!!!!!! Uwierzycie ??? W ponad dwustutysięcznym mieście przypadkiem sobie staję koło Kozibarów !!! Wychodzimy, gadamy … oglądam ich nowe Najki i oczywiście pada pytanie o Radom. Wykręcam się jak mogę. Oni namawiają. Będzie fajnie. To widzimy się w Radomiu . Pomyślę… Niby dalej nie jadę ale moja pewność została zachwiana. Lubię ich, lubię was, to całe bieganie… może rzeczywiście pojechać? W dodatku żona przysłuchiwała się tej naszej rozmowie i chyba głupio jej będzie się dąsać na małą zmianę moich planów. No i ktoś tam na górze, podsyłając Bartka, najwyraźniej daje mi do zrozumienia: dajesz, Endrju… widzimy się w Radomiu. I bądź tu niezależny… Jeszcze nie wiem, ale w sobotę nie idę biegać. Odpoczywam, a na kolację zjadam chyba półroczną produkcję sporej wytwórni makaronów. W końcu to 21 km. Wieczorem małe piwko z sąsiadem – wycięliśmy parę gałęzi przy płocie, żeby dzieci bezpiecznie mogły przechodzić przez drogę. On tnie a ja wyciągam te pieprzone gałęzie. O 21.08 drzewo kontratakuje. Staję sobie lewą stopą na świeżo ścięty konar. On ma kolce, a moja stopa sandały. Wyję z bólu chyba aż do Radomia. Duże kuku. Gorąca woda, igła i zapalniczka dla dezynfekcji. Do 1.00 w nocy próbuję sobie wydłubać ten mój czarny punkt. Stopa poorana igłą, a kolec ma się dobrze. Złamał się i sobie tkwi. Nastawiam budzik na 5.00. Przed startem przecież trzeba pospać… Rano wstaję lewą nogą. Ból jest tak gwałtowny, że nie mam nawet cienia wątpliwości – nie jadę. Chyba, że do lekarza. Po paru krokach przebija się myśl, że może się rozchodzę. No i druga noga przecież nie boli. I to jednak nie maraton, zaledwie połówka, lajcik. To jadę, a na miejscu się zobaczy. Tym bardziej, że robi się ciekawie. Deszcz – dobry Bóg wszystkich alergików delikatnie zaczyna bębnić o szyby. Może nie będzie upału. Ubieram się cicho, żona coś tam mruczy na temat biegania. Miska ryżu + tajemna mikstura Koniecznego i już mnie nie ma. Noga boli, a deszcz pada. I to mocno.Normalny człowiek położyłby się spać ale mikstura już działa. Dawać mi tu tę połówkę albo dwie !!! Teraz...

Read More
%d bloggers like this: