Bieg Powstania dla Adasia
Lip29

Bieg Powstania dla Adasia

Sobota rozpoczęła się bardzo smutno. Dziwnie brzmiąca prośba o sprawdzenie pewnych faktów przyniosła tragiczne informacje. W tym momencie wszystkie pomysły, plany i chęci znalazły się na drugim miejscu. Przez moment zastanawiałem się czy nie odpuścić startu w Biegu Powstania Warszawskiego, wiem jednak, że On by tego nie chciał. Bieg Powstania jest (przynajmniej z założenia) po to aby upamiętniać walczących Powstańców. Dla mnie (wiem, że dla kilku osób także) miał jeszcze jeden cel. Biegliśmy dla Adama. Szybka decyzja i jeszcze szybsze działanie Marcina Wikło spowodowało, że mogliśmy biało-czerwone powstańcze opaski przepasać czarną wstążką. Nie myślałem o biciu rekordów, nawet „na wesoło” nie było by to chyba łatwe, gdyż pogoda nie pomagała. Duszno ogromnie. O 21.00 ruszyliśmy. Ponad 4000 osób wystartowało w biegu głównym, niestety przewinienia standardowe się powtórzyły. Nie rozumiem naprawdę osób, które ustawiają się z przodu tylko po to aby po kilometrze przechodzić do marszu, dramatycznie zwalniać, stawać po środku itd. Nie rozumiem widzów, którzy NAGLE muszą przejść z rowerem, najlepiej w większej grupie kilku „rowerzystów”. Szczerze – pierwsze kilometry były średnio bezpieczne. Nie rozumiem ludzi, którzy mimo pisania przez organizatorów, że bieganie po chodnikach jest zakazane, na Karowej cięli chodnikami… Czasami nie było to zbyt opłacalne – tuż przede mną mocno przyziemił – spadając z krawężnika – jeden biegacz. Nowiutki iphone nie wytrzymał wspólnego upadku. Podobnie chyba kolana i broda bo lądowanie było mocne! Smutne to oczywiście – ale z drugiej strony niestety do przewidzenia. Nie dość, że kostka, to jeszcze po pierona biegać po krawężnikach? Dla urwania 0,5 sekundy na czasie 55 minut? GŁUPOTA! Trasa fajna, oczywiście jako „góral niskopienny” byłem zaskoczony profilem. Zaskoczony pozytywnie. Organizatorzy pisali – UWAGA – duże różnice wysokości, co odczytałem jako – UWAGA będą podbiegi. 2 kilometr z górki, 3 z górki, 4,5,6 z górki albo po płaskim. Później znowu z górki. Na 9 kilometrze coś się zaczyna dziać i…meta, czyli początek drugiego kółka. A gdzie ten podbieg??? To był on, ten na 9 kilometrze! 🙂 Śmieszny, jednak tutaj procentuje mieszkanie na osiedlu o nazwie Słoneczne Wzgórze. Pisałem już kiedyś, że każdy mój powrót z każdego wybiegania jest pod górę. Każdy! I to jest podbieg, a nie taka jakaś popierdółka jak w Warszawie. No ale co oni mogą wiedzieć o górach:) Podsumowując Bieg Powstania trochę mnie rozczarował, myślałem, że będzie tak bardziej…podniośle. Uroczyście. Że będzie można dowiedzieć się czegoś o tamtych czasach, że ktoś coś powie, przeczyta. Wspólne odśpiewanie hymnu przed startem nie jest niczym nadzwyczajnym, naprawdę! Czytałem wcześniej o tym, że przy trasie mają się odbywać inscenizacje, mają być grupy rekonstrukcyjne… Były dwie – jedna przy starcie, druga przed metą. Stali i kibicowali… szkoda. Fajne odgłosy walki na Karowej. Nie mogło...

Read More
[Sylwia] Palant
Lip26

[Sylwia] Palant

Przyznaję, bez bicia, że ukończenie Maratonu Lubelskiego  przepełniło mnie wielką dumą. Ale zrobiło się coś jeszcze – na jakiś czas odrzuciło mnie od biegania dość znacznie. Przez pierwszy tydzień na widok człowieka biegnącego miałam odruch wymiotny. Póżniej skupiłam się na moich odlatujących paznokciach. Odleciały 4 . W tym te największe  (od Jakubów;)), a największe liczą się podwójnie. Było to dla mnie lekką traumą. Odleciały na ziemi Chorwackiej – i tam pozostały;). Do tego stopnia miałam dość biegania, że moje najki, które zabrałam na wakacje do Chorwacki, przeleżały  w kamperze cały wyjazd. A pięknych okolic do biegania nie brakowało;). Podjęłam nawet na dwa dni decyzję, iż swoje szuranie ograniczę do startów w maratonach i półmaratonach. Bo cała ta otoczka zawodów dobrze na mnie działa;). A jak biegam sama to po 6 km już mi się nudzi;). Aż tu nagle koleżanka zaproponowała mi udział w grze w PALANTA. Poszłam. No i tam nie ma pedziowania!!! Na boisku się ciśnie pędem dzikim aż do kija:) (tym bardziej jak się zasad do końca nie zna). Mile widziane także darcie japy podczas biegu. I tak sobie pobiegałam sprintem – i nic. Cudownie. Więc poszłam wczoraj na drugi trening. I lecę, pędzę…i jak mnie nie sieknie w udzie! W udzie wysoko…Ból przepotężny…Próbowałam rozciągać, ale myślałam, że szczeznę. A w tego palanta to ciężko przestać grać, nawet jak boli. Więc grałam dalej, aż mi obie nóżki odjęło;). Z boiska więc zaszłam krokiem człowieka „skradającego się”. Do volverona ledwo co wlazłam…   A dziś wymyśliłam WIERSZ: Czy pędzisz, czy szurasz Masz palancie uraz. Podziel się:FacebookTwitterGoogleE-mailPrintDodaj do ulubionych:Lubię...

Read More
[Andrzej] You are the Winner!
Lip20

[Andrzej] You are the Winner!

Podkradłem poniższy tekst z „Andrzejowego fejsa” gdyż ponieważ…jest dobry:) Poczytajcie! Starożytna Nike była boginią zwycięstwa, współczesna Nike powinna być chyba boginią oszustów. Miałem na dzisiaj zaplanowany test na dystansie 10 km, jeden z trzech w czasie przygotowań do 35 Maratonu Warszawskiego. Wybrałem sobie płaską , szybką trasę wokół zalewu w Wilkowie , w ramach rozgrzewki poleciałem spokojnym tempem jedno kółko. Czyli 2 km. Tempo okazało się całkiem przyzwoite, jakieś 4:43 min/km. Nieźle, na dyszkę będzie życiówka – pomyślałem. To akurat nie jest specjalnie wielki wyczyn bo jeszcze nigdy nie pobiegłem dychy poniżej 50 min, przynajmniej oficjalnie i w jednym kawałku. No to zaczynam. Co jakiś czas kontroluję sobie tempo, jest ok – średnio 4:40 . Trasa dobrze znana, biegnę na luzie i tam gdzie zawsze jest 1 km sprawdzam sobie czas…… A tu , głupi zegarek pokazuje tylko …0,85 km. Wkurzyłem się ale myślę sobie, pewnie się to jakoś wyrówna, ten GPS. Ale pierwszy , naciągany kilometr zrobił mi się w równe 5 min … No to biegnę szybciej, trzeba gonić bo z rekordu nici … 2 km znowu jest dużo dalej, a czas … 5:06 , chociaż z podglądania tempa wynikało że lecę na około 4:35… Totalna załamka !!! Nie będę przynudzał, działo się tak na całym dystansie. ja tu lecę niemal sprintem, a czas kilometra 5:11 … Po 5 km pomyślałem, że dam sobie spokój z takim testem, bo i tak nie pobiegnę poniżej 50 min , nawet gdybym wypluł płuca. Ale… nie odpuszczam. Kto tu jest ku…wa lepszy, ja czy zegarek ? No i jeszcze przyspieszyłem. GPS dalej wariował ale moje czasy na tych wydłużonych kilometrach były coraz lepsze i schodziły poniżej 5 min. Połowa 2-kilometrowego kółka była pod dosyć mocny wiatr ale następny odcinek biegło się szybciej. Całość wyglądała tak : 1 -5:00 , 2-5:06, 3 – 5:01 , 4 – 4:59 , 5 – 5:06 , 6 – 4:48 , 7 – 5:11 , 8 – 4:35 , 9 – 4:54 i 10 – 4:22. I czas 49:06 min na mecie. Niby ok ale zagotowany byłem na maxa, bo zegarek ukradł mi przynajmniej po 100 m na kilometrze. Pozytywy ? Dałem radę i to był kolejny dobry trening, nawet pomijając czasy. Jeszcze jedna refleksja, zejść z dychą poniżej 50 min to kiedyś był taki mój kamień milowy, niedoścignione marzenie. I gdyby dało się na tym Wilkowie przerzucić mnie o rok w przeszłość i pobiec razem z tamtym Andrzejem, to ten o rok młodszy ale jakże inny facet nawet by nie pomyślał , że coś nas łączy. I nawet by nie zauważył, że jakby jesteśmy podobni bo szybko pokazałbym mu plecy …i tylko by zazdrościł,...

Read More
[Paweł II] Opener’owe szuranie.
Lip10

[Paweł II] Opener’owe szuranie.

Gdyński festiwal muzyczny Opener 2013 rozpoczął się w środę. Zaplanowałem bieg rozeznani owy następnego dnia, nie planowałem zrobić to na kacu :/ Wiele godzin podróży, następnie zakwaterowanie, pierwsze piwko, drugie, następnie koncerty, piwko, piwko i ziuu spać. Ciężkie powieki, ogromny wysiłek, by podnieść głowę, znacie to? Więc wskakuję w biegowy uniform i idę na plażę. Kwaterę mieliśmy 30m od morza. Od portu gdyńskiego rozciąga się plaża i betonowa promenada do Redłowa. Sprawdzałem wcześniej na mapach i rozeznanie potwierdziło, że nie ma twardego połączenia z Gdynią Orłowo 🙁 trzeba będzie wbiec z osiedle i jakoś dostać się do Orłowa. Wracając do biegu, wiecie, jak się biega w stanie wczorajszym.. Miało być jakieś 5-7km, skończyło się na niemal sprincie do końca promenady i z powrotem. Cel pierwszy osiągnięty, czyli rozejrzałem się. Cel drugi również, bo wypociłem środowe piwska. Oto mapka pierwszego biegu. Mając na uwadze ambitne plany na następny dzień, ograniczyłem się do dwóch piw podczas koncertów i „ryżu po tajsku” bez mięsa. Wiem, jakie tam w Tajlandii mięso jedzą, nie będę ryzykował, że podadzą to samo, czym karmię swojego gada Agamę Ferdynanda. Koncerty rewelacja, syty wrażeniami położyłem się spać. Piątek, wszyscy na plażę z piwkami a ja biegać. Napełniłem bidon, odpaliłem Endo i start wzdłuż promenady. Masa spacerowiczów, trochę rolkarzy, fajna wakacyjna atmosfera, z uśmiechem pokonuję metr za metrem. Musze uspokajać się, by nie biec za szybko. Promenada się kończy, wbiegam w osiedle i staram się znaleźć sensowną drogę. Zbyt wcześnie skręciłem i pojawił się przede mną park a za nim rezerwat. Jestem w pełni świadomy, jaki teren się w nim kryje. Celowo, by się tam nie ładować, wziąłem buty asfaltówki. I co zrobiłem? Oczywiście wbiegłem w tę wilgotną plątaninę krzaków, liści, powalonych drzew, a przede wszystkim leśnych wąwozów. Góra dół, góra dół, już po kilku minutach przeklinam siebie, że nie wziąłem buty do miękkiego terenu. Pamiętajcie, śliskie liście, błoto, ostre podbiegi i buty na twardy teren to fatalne połączenie. Tu wstawię mapkę, zwróćcie uwagę na różnicę poziomów na wykresach. Gdy usłyszałem komunikaty z Endo o czasie, załamałem się. Aż przeszło mi przez myśl wyłączyć te powiadomienia. Z tępa 5-6min/km zrobiło się 10, 9min. Rzeźnia. Biegnę i rozglądam się, gdzie to Orłowo, gdzie utwardzona ścieżka przy plaży, park, małe molo? Po wbiegnięciu na kolejne wzniesienie obserwuję masę żaglówek. Zawody jakieś? Ćwiczenia? Widok piękny. Pusto, brak spacerowiczów. Tylko ja, szum wiatru i odgłos mew, bunkry lub inne działa, które wyglądają, jakby spokojnie mogły zrobić ze statków jesień średniowiecza. Fajnie, naprawdę. Już nie zwracam uwagi na poplamione obuwie i męczące się nogi. Wtem zbocze coś robi się wyjątkowo strome. Jestem na klifie! Orłowo! 6. Kilometr bardzo fajnie minął. Na plaży widzę parę...

Read More
Deyna, Agrykola i…Błękitna Ostryga:)
Lip05

Deyna, Agrykola i…Błękitna Ostryga:)

Tak szybciutko, bo pora późna, a rano wstawać trzeba niezmiernie wcześnie. Jak to ostatnio często się zdarza, znowu zawędrowałem do Warszawy. Śmiałem się z siebie w duchu szukając miejsca do przetrzymania nocki, że oprócz oczywiście ceny dużą rolę grało to w jakim miejscu ewentualny hotel jest położony. Odpadały wszystkie centra, stare miasta itd. Dlaczego? Ano, aby było gdzie szurać:) Ostatecznie wylądowałem w hotelu u Prezydenta:) Rezydencja Belweder o tak się nazywa, a że była jakaś kosmiczna promocja na mobilnym Bookings.com – to skorzystałem, bo w normalnych cenach to raczej hotel poza moim zasięgiem cenowym. Tym razem stolica gości mnie w związku z chyba najtrudniejszą „imprezą” jaką gościł Stadion Narodowy. W sobotę na tym wielkim obiekcie będzie 60.000 ludzi (tyle kupiło bilety), oni wszyscy będą uczestniczyli w rekolekcjach Ojca Johna Bashobory. O tak to dzisiaj widziałem Widać, że wszyscy obawiają się tego „jutra”. Szczerze, ja też. Mimo, że z nie jednego mikrofonowego pieca się jadło, to takich akcji jeszcze nie miałem. Komunikaty o „wstąpieniach demonicznych” i co za tym idzie interwencjach egzorcystów, które mam przekazywać delikatnie mnie przerażają… Tym bardziej to dziwne, że to „impreza” katolicka… Z wielkim dystansem podchodzi do tego Siostra (szefowa wszystkich szefów), która dzisiaj stwierdziła, że jakby była woda (jak to już kiedyś tutaj bywało…) to chodzilibyśmy po niej.:) Ale do rzeczy. Staram się zawsze przy wyjazdach z noclegiem skorzystać z poszurania po nowych terenach. Warszawa to takie miasto w którym byłem chyba „milion” razy, jednak zawsze to wyjazdy służbowe. Okropnie mnie interesuje, mocno zadziwia! Uwielbiam historyczne ciekawostki związana z naszą stolicą i wszystkie tablice na kamienicach (a jest ich sporo) powodują, że zazwyczaj moje bieganie po Warszawie jest raczej mocno turystyczne:) Tak też było i tym razem. Kręcą mnie wszelkie „wielkie” rzeczy, ważne miejsca itd. Hotel Rezydencja Belweder jest na przeciwko mieszkanka Pana Prezydenta, szuranie zacząłem od dokładnego obiegnięcia tego domostwa, później obok wieeeelkiej, ogromnej Ambasady Rosji i jakiegoś centrum ichniejszej kultury. Trzeba przyznać, że te budynki i przyległy do nich park robi wrażenie. I tylko przed tą ambasadą widać stały patrol policji…Czemu? Nie wiem. Poszurałem później jeszcze w pobliżu ambasady Szwecji (tu nawet jakiś miły Szwed – może ambasador? – nie wiem) wieeelką limuzyną przepuścił mnie ostentacyjnie. Zatrzymał się, cofnął – pomachał i dopiero jak przebiegłem ruszył dalej pozdrawiając. Ogromnie lubię Szwecję – byłem kiedyś tam kilka miesięcy prawie na kole podbiegunowym i wspomnienia mam mega fantastyczne, dzisiejsza sytuacja sympatię do kraju trzech koron jeszcze spotęgowała! Poszurałem też przy ambasadzie Hiszpanii i jeszcze jakiejś – ale nie dostrzegłem napisu:) Ogólnie skupiłem się na okolicach Łazienek w których byłem pierwszy raz w ziemie – pisałem o tym o TU. Zwiedziłem szurając Agrykolę, zrobiłem kilka kółek W...

Read More
%d bloggers like this: