Dorota czyli Sylwia – nie jestem fraglesem!

Sylwia - headlineZ tygodniowym opóźnieniem biegnę (a raczej szuram) odmeldować, iż odniosłam SUKCES!!! I Półmaraton w Białymstoku został przeze mnie ukończony  w czasie 2:13. Brutto– chyba;). To jak dotąd mój najdłuższy ukończony dystans i przyznaję bez bicia, że przed półmaratonem najwięcej przebiegłam 13, 5 km. Więc trema była…

 

Na półmaraton wybrałyśmy się z koleżanką Gosią , oraz jej przyjaciółką Marysią, która zajęła się  fotografowaniem. Wyjazd o 4:30 – co dla mnie już było aktem niepoczytalności;). Niestety byłam też kierowcą. Niestety – bo to duuuża odpowiedzialność, a ja najwięcej jechałam w życiu do Warszawy i z powrotem . A tu zrobiłam 500 km – czyli znów życiówka;).

283786_3087880052226_1790979889_n

Droga upłynęła bezproblemowo i miło – po prostu plotkowałyśmy;).

No i na stacji odbyło się komisyjne otwarcie i smakowanie TURBO ŻELU zakupionego przez Gosię. Jakież to ochydztwo! Bez popity nie przejdzie;). W Białymstoku – pięknym i zielonym – znalazłyśmy miejsca parkingowe, odebrałyśmy pakiety startowe, potem szybki striptiz przy samochodzie (przebrałyśmy się w lajkry;)) i na START.

Co ciekawe biegłam z imieniem DOROTA. A to dlatego, że przechwyciłam pakiet startowy koleżanki Dorotki, która występowała w jednym z moich wpisów na blogu. Moja Dorotka, super ambitna kobieta uszkodziła sobie nogę… i teraz ją leczy. I nie pobiegnie ze mną w maratonie (przynajmniej nie w tym za trzy tygodnie), co mnie strasznie smuci… POZDRAWIAM DOROTKĘ!

I chyba ambicja Doroty na mnie przeszła wraz z jej numerem;). Bo muszę przyznać , ze biegło się rewelacyjnie! To moje pierwsze zawody (z trzech w których uczestniczyłam…hahaha), w których mi psychika nie siadła. Pierwsze 10 km biegłyśmy razem z Gochą. Wolnym tempem – takie były zamierzenia. Żeby się nie uszkodzić i nie zajechać. A w dodatku nie wiedziałam czego się spodziewać po takim dystansie. Przybijałyśmy piątki z dziećmi, klaskałam z ludźmi dopingującymi biegaczy – jednym słowem miałam „strefę komfortu”, wcześniej przeze mnie nieosiągalną. Na 10 kilometrze sieknęłyśmy z Gochą „po żeliku” na pożegnanie i każda biegła już swoim tempem. Ja poczułam SIŁĘ SIEDMIU MĘŻÓW i jak nie wyrwę…!!!

To był moment kiedy ludzie zaczynają słabnąć. A ja – Sylwia, czyli DOROTA – po tych leciutko przebiegniętych 10 kiloskach czułam się jak nowo narodzona. I cyk, cyk, boczkiem, boczkiem;), zaczęłam wyprzedzać biegaczy! Ja! Wyprzedzałam! Nie MNIE wyprzedzali, tylko JA WYPRZEDZAŁAM!!!

Przez 7 kolejnych kilometrów byłam KRÓLOWĄ SZOSY!

Wyprzedzałam nawet na rondzie!!! 😉 Otrzymałam także owacje z zakładu karnego, gdzie chłopaki w oknach przyglądali się biegaczom. Najpierw im pomachałam, potem pokazałam „PEACE” i tu już był lepszy doping;). Następnie przesłałam całusy i tu już wrzask był ogromny, a zakończyłam serią bliżej niesprecyzowanych gimnastycznych wygibasów i podskoków. Mało krat nie wyrwali! Tak się podobało!;) Słabnąć zaczęłam po 17 kilometrze, jak mnie gorąc z asfaltu przytłoczył;). Ale :

NIE ZATRZYMAŁAM SIĘ ANI RAZU!

Cały czas sobie tłumaczyłam, że jak stanę to będę ciota i fragles… Wolniej bądź szybciej – ale przebiegłam całą trasę! Łapał mnie skurcz pod tyłkiem, ale go ignorowałam. I miałam dziwne uczucie z rękami. Jak strzepywałam ręce podczas biegu to miałam uczucie jakby mi ktoś w nie setki igieł wbijał… Ale ja jestem lekki „sadomaso” więc mi się nawet podobało;)… Jak już o masochizmie zaczęłam pozwolę sobie podzielić się mądrością – uważam, że każdy długodystansowy biegacz to sadomasochista i nikt mnie nie przekona, że tak nie jest. Na koniec odstawiłam finisz ścigając się z tatą, który biegł z dzieckiem w joggerze i jego kolegą…

283630_3085811480513_1472992221_n

Tuż za metą ruszyłyśmy na masaż. Ludzie! Mózg mi odjęło na tym łóżku… Pani masażystka nareperowała mi chodzenie;). Sama też się cieszyła, że w końcu tego dnia masuje kogoś bez włosów;). Na nogach;). Podsumowując – najbardziej męczące było prowadzenie samochodu:).

Miałam tego nie pisać, ale… napiszę.

Po powrocie do domu, wieczorkiem władowałam się do wanny i miał być relaks. I w tym momencie odebrałam telefon, że umarła moja najukochańsza Babcia Greta – mistrzyni gry w karty z niebywałym poczuciem humoru… Najwspanialsza na świecie!

Gdyby moja Babcia miała profil na fejsie;), to by miała więcej „lajków” niż Lady Gaga. I maraton też by przebiegła…gdyby tylko jej się chciało!

Maraton cisnę ku pamięci i czci BABCI GRETY:).

Author: szuracz

Share This Post On

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: