[Paweł II] Zombi

profiJest wiele blasków uprawiania wolnego zawodu. Nie będę się nimi przechwalał, skupię się na jednym z cieni. Z powodu charakteru prowadzonej działalności w poniedziałki mam zaplanowane dłuższe wybiegania. W ten 22 lipca musiałem jechać do Krakowa i aby nie pracować wycieńczony, odłożyłem trening na po powrocie. Człowiek się stara, czas się nie liczy, byle klient był zadowolony i tak wracam do domu o 23:30. W drodze ułożyłem plan biegania. Zaznaczam, że jestem wielkim zwolennikiem biegania w naturze, po miękkim. Ponad wdychanie spalin i serdeczne pozdrowienia kierowców ociekających kulturą cenię sobie muzykę lasu i łąk, zapach traw, zmaganie się z piaszczystymi wąwozami i kamienistymi podbiegami. Rozumiecie teraz, że perspektywa nocnego biegania po mieście nie napełniała mnie optymizmem?

Zobaczymy. Trening trzeba zrobić i już.

Krótki odpoczynek, prace porządkowe w biurze i przebranie z kopciuszka w kolorowy strój sportowy. Godzina 0:30. Pełnia, aż oczy razi. Piękny widok nieba, z gwiazdami przebijającymi się gdzieniegdzie przez miejskie światła. Ciemność przykryła kurz i brzydotę, mieni się jedynie kostka i asfalt. Już wiem, że będzie dobrze. Zmęczenie całym dniem pracy czułem przez pierwsze dwa kilometry. Po tym odcinku, będąc już rozgrzanym, złapałem swój rytm i brnąłem w miasto pogrążone w śnie. Pusto, cicho.

Jestem na osiedlu, więc to nic dziwnego. Ale gdy przecinałem ul. Grunwaldzką, jedną z częściej uczęszczanych w Kielcach, widok mnie poraził. Czasami jestem zmuszony biec tędy, moja trasa przecina tę ulicę. Wyglądam wtedy ja żabka z prymitywnej gry komputerowej. Nie ważne, że mam do pomocy tratwę w postaci oznaczonych z daleka pasów. Samochody po prawej jadą wolniej, te bliżej wewnętrznej krawędzi szybciej. Gdy niemal złapię rytm z tymi szybszymi, zawsze jakiś pan w kapeluszu albo babsztyl z nosem na kierownicy wyłoni się z zewnętrznej krawędzi i trąbi. Tym razem mój strach nie był spowodowany kierowców ociekaniem kulturą. Tym razem bałem się wbiec, bo było pusto. To podejrzane. Dam krok na pasy, to dranie wyskoczą wszyscy na raz i zaczną trąbić, a o ciśnienie trzeba dbać.

Powolutku, niepewnie, później szybciej i tak na drugą stronę. Żyję. Z tym miastem coś jest nie tak. Czy ktoś tu żyje? Dalej Artwińskiego, Jagiellońską, Krakowską, wreszcie pojawił się jakiś samochód. Przejechał na tyle blisko, że zauważyłem przyklejony nos pasażera obserwującego mnie ze zdziwieniem. Szybki rzut okiem na dół – mam bieliznę a nawet spodenki , jest ok. Więc o co mu chodzi? Nie ważne, frunę dalej. Miękkie, lekkie powietrze, skrzydła same się otwierają. Temperatura w sam raz, będzie dobry wynik.

Dobiegam parkiem do kałuży zwanej Stawem Pozdameckim (to ten przy Staszica) i wreszcie widzę, pojawili się! Jedyne, co łączy ich z ludźmi, to na pierwszy rzut oka wygląd. Kosmita by pomylił z human sapiens. Powinni mieć tabliczkę na czole: „zawiera śladowe ilości człowieka”. Tak, to Zombi. Wyłaniają się po zmroku, bo w dzień grozi im praca. Praca męczy, jest nudna i męczy. Gromadzą się w parkach, na ławkach, pod klatkami itp. Karmią mózgi złotym płynem, dzięki niemu żyją. Siedzą i roztaczają dyskusje o granicach wszechświata, fantastycznej ewolucji ryb głębinowych, nadziejach i zagrożeniach zderzacza hadronów, poezji Szymborskiej lub czy GMO jest odpowiedzią na głód czy masową eksterminacją ludzkości jak głoszą teorie spiskowe? Niemal nie zauważyli, że przebiegłem obok nich. Tu nasunęła mi się na myśl anegdota: „Dlaczego warto biegać? Bo zombi zjedzą najpierw tych wolniejszych.” Od kałuży zostało mi kilka kroków do głównego kieleckiego deptaka, ul. Sienkiewicza. Pusto.

Kolejny widok, na który aż ciarki po grzbiecie mi przeszły, to kielecki zalew. Po ciepłym dniu, nad lustrem wody unosiła się mgiełka. Dzięki ciepłemu światłu z latarni wijących się wzdłuż brzegu oraz chłodnemu podświetleniu tamy, miałem wrażenie, że woda płonie. Smoke on the Water włączyło się w głowie automatycznie. Bosko. Do tego wszystkiego powiew chłodnego powietrza otula zmęczone mięśnie. Nowe siły wstępują. Gdyby druga połowa zalewu nie była tak ciemna, bo jedynym źródłem światła była tarcza księżyca, miałbym czasy zdecydowanie lepsze. Starałem się nie tylko dobiec do domu, ale również nie zmienić stanu uzębienia przy okazji.

Powrót, na Sienkiewicza grupka młodzieży, którym ziemia faluje, inny skład zombi, pusto. Życiówka jest. Nie biegam przesadnie szybko, za to dla przyjemności. Przyjemność się kończy, gdy wkrada się ambicja. Dla zainteresowanych mapka z Endo

Author: szuracz

Share This Post On

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: