Przyszuranie

profiPostaram się dzielić moim doświadczeniem biegania po miękkim terenie. Opis tras, przygody, które czekają nas w lesie (owszem, czekają). Wykresy z GPS obiecuję dopiero, gdy dogadam się z telefonem. Celowo, wyłącznie z powodu sport tracking’owych aplikacji, kupiłem sobie super telefon jednej z wiodących marek.

Ughh, GPS nie działa lub pojawia się i znikał jak dziewczyny w życiu Colina Farrella. Dam szansę tej drugiej marce, zobaczymy. Jeśli są wśród Was zainteresowani szuraniem po lesie, klepnijcie lajki itp., będzie motywacja grafomańska, może wspólne szuranie w naturze.

Coś o mnie, czyli szczypta nieciekawostek i łyżeczka oleju nudego.
Zacząłem biegać jakieś 10 lat temu, może troszkę wcześniej. Wzloty i upadki mojej kondycji najlepiej obrazuje niemrawa sinusoida. Początki oczywiście by schudnąć, poczuć się lepiej, podnieść atrakcyjność fizyczną. Kilka miesięcy ciężkiej pracy nad sobą, odzyskanie pewności siebie, by znów pojawiał się alkohol, smażone żarcie, papierosy i inne alternatywne przyjemności ziemskiego padołu. Świst lopem w dół do momentu, gdy namiętnie budowana opona i fatalne samopoczucie zaczęły poważnie przeszkadzać. Kolejne przebudzenie, kolejne silne postanowienie, kolejna próba wtoczenia syzyfowego głazu. W koło Macieju, za to ciekawie. Kto marzy o nudnym życiu?
Zbliżając się do chrystusowego wieku postanowiłem nabrać więcej szacunku do ciała, zmieniły się również priorytety w życiu osobistym. Idea piękna, ale jak historia pokazuje, każda rozbija się o praktykę. Krótko po wzmocnieniu kondycji, nabawiłem się pierwszej kontuzji stawu skokowego. Stało się to podczas gry w kosza. W liceum, podczas treningów, co pół roku skręcałem sobie to jedną, to drugą kostkę. Leczenie Altacetem, nikotyną i przetworzonym chmielem. Mozolne i mało efektywne dochodzenie do siebie, kolejny spadek zimowo leniwy. Jestem narciarzem, ale tamta zima (2010-11) była wyjątkowo jesienna. Śnieg leżał jakieś dwa tygodnie. Incydentalnego szusowania nie nazwę treningiem, bardziej przygotowaniem organizmu do konsumpcji grzańców. W kolejnym sezonie historia zatacza koło. Pól roku temu dopracowałem się wystarczającej kondycji, by z wynikiem gdzieś w środku tabeli ukończyć kielecką Dychę, by niedługo po skręcić sobie w absurdalnie prozaiczny sposób kostkę podczas spaceru. Fakt ten może irytować tym bardziej, że głównie biegam w lesie, po miękkich, ale raczej trudnych trasach. To Stadion, to Brusznia, czasami Telegraf – Kielczanie wiedzą, o czym piszę. W tym roku podejmuję kolejną próbę dogadania się ze sportem i moim ciałem. Czy próba się powiedzie, czy nie? Zobaczymy. Przecież chodzi o gonienie króliczka, prawda?

Author: szuracz

Share This Post On

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: