Z nawigacji pała! Czyli jak przeszurałem do Dymin…

Staje się to już normalne, typowe dla mnie i takie…naturalne:) Znowu się zgubiłem, znowu próbowałem trafić w ścieżkę Kieleckiej Dychy i wylądowałem w…Dyminach.


Wtorek, tuż przed 9.00. Pogoda nie zachęcała, ale jak to mówią i piszą znawcy tematu – systematyczność – jest najważniejsza. Wyruszyłem spod stadionu w kierunku Hali Legionów, dalej długim podbiegiem (zawsze daje mi porządnie w kość) obok jednostki/strzelnicy do pomnika. W dół w kierunku Białogonu. I tam zawsze zaczyna się problem:) obejrzałem wcześniej mapę, i wywnioskowałem, że nie trzeba dobiegać do stacji kolejowej, tylko wcześniej skręcić w lewo. Tak zrobiłem, później przez chwilę wydawało mi się nawet, że trasę kojarzę (przecież Kielecka Dycha prowadziła właśnie gdzieś tutaj:). Kojarzenie trasy skończyło się jakiś kilometr dalej. Miałem też wrażenie, że przez ostatnie 1000 metrów zmieniłem strefę klimatyczną. Ten sam las potrafi wyglądać tak:

IMG_0350

By za chwilę wyglądać tak:

IMG_0352

No i zgubiłem się całkowicie. Tzn. jeszcze wtedy byłem przekonany, że biegnę w dobrą stronę, wiedziałem już co prawda, że to nie trasa Kieleckiej Dychy, ale tak czy owak, dobiegnę sobie do torów na Biesag i wrócę na metę. Trochę się to wszystko jednak przeciągało, trasa zmieniła się w mooocno górzystą, w pewnej chwili nie było mowy już o biegu czy nawet szuraniu, była mocna wspinaczka, mocno ośnieżonym szlakiem lub korytem małego strumyka. Dodatkowo zaczął padać zmarznięty deszcz ze śniegiem i zrobiło się mało przyjemnie. Nie miałem pojęcia gdzie jestem. Ślady na śniegu się urwały, od czasu do czasu były tylko tropy zwierząt i ja w tym wszystkim:) Nie za bardzo wiedziałem już w którą stronę szurać, aby dotrzeć do jakiejś cywilizacji. Na szczęście obecna technika pozwala na cuda, po odpaleniu Google Maps, wszystko było jasne. Jestem w czarnej …tej no…:) Doszurałem do ulicy Posłowickiej, czyli byłem za Dyminami!  Ostatni rzut oka na mapę i poleciałem w kierunku „życia”. Droga super, co jakiś czas pięknie pachnące, ścięte wielkie pnie drzewa, delikatny śnieżek, nie za ślisko. Cudownie.

IMG_0351

Mijając trzy starsze panie byłem już pewny, że uda mi się dotrzeć do mety, a moją historia nie zostanie wykorzystana przez Discovery w kolejnym odcinku programu „Sekundy od śmierci” :). Wybiegłem z lasu w okolicach schroniska w Dyminach, i prosto do mety. Wybiegając z lasu po raz pierwszy uświadomiłem sobie, że chyba jednak dam radę ukończyć ten PółMaraton. Do tej pory (choć może nadal tak jest) wydawało mi się to jakimś totalnym kosmosem. Wczoraj, bo takim ciężkim terenie przebiegłem ponad 10 km, i mogłem biec dalej. Zmęczenie było, ale nie takie, które by zwalało z nóg. Czułem się dobrze. W sumie zrobione 14.22 km w czasie 1:31:46 (według Runtastic – bo Endomondo wyłączyłem przez przypadek w połowie i nie chce mi się dodawać:), czas oczywiście nie oddaje niczego w tym wybieganiu ponieważ w 80 procentach trasa tak jaki pisałem w mega trudnych leśnych/górskich warunkach. Nie udało się iść wieczorem na saunę niestety, w domu naprawiałem nógi lodem. Dzisiaj rano, nie najgorzej. Stawy skokowe bolą standardowo, kolana super. Większych bóli nie odczuwam:)

Tutaj moje wtorkowe szuranie (II połowa). Nawigacyjnym Kolumbem niestety nie będę:)

Author: szuracz

Share This Post On

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: