36. PZU Maraton Warszawski – o porażce i zwycięstwie

wojciech wojciechowskiGłośny chichot w mojej głowie zaczął się rozlegać już na 18 km. To szyderczy śmiech diabełka, którego fałszywy podszept zwiódł moją prawdziwą naturę i wbrew wszystkiemu kazał powalczyć o wynik na poziomie 3 godzin. Człowiek, którego wszystkie poczynania zawodowe, a nawet wybory życiowe to zawsze wynik głębokiej analizy merytorycznej czy badania modelu matematycznego zagadnienia dał się tak łatwo podejść. Kusił, namawiał i przekonał ten diabełek niedobry.


Na starcie ustawiłem się w linii z biegaczami z ekstraklasy. Prężyłem pierś obok Mateusza Sali jakby to było miejsce dla mnie, jakbym nie wiedział, że jestem zawodnikiem trzecioligowym, na dodatek znajdującym się aktualnie w strefie spadkowej. O tym, jak dalece byłem w błędzie zajmując pozycję startową pośród takiego towarzystwa miałem przekonać się już na 18 km. To tu uznałem, że to tempo, które było trudne dla mnie do wyobrażenia przed startem naprawdę przewyższa moje możliwości bardzo, bardzo zdecydowanie. Dociągnąłem jeszcze jakoś z „moją” grupą biegaczy szukających swojego wyniku gdzieś w okolicach 3 godzin do linii oznaczającej dystans półmaratoński i to było wszystko na co było mnie stać tego dnia. Od tej chwili zaczął się koszmar, o którym wielu klasyków gatunku szeroko się już rozpisywało i pewnie rozpisywać będzie bo życie wciąż przynosi mnóstwo materiału na obszerne rozprawy. Cierpiałem okrutnie, dokładnie tak jak opisuje to literatura. Te 24 km to wielka szkoła pokory, walki ze sobą, mimo wszystko walki o jakiś wynik co było tylko i wyłącznie konsekwencją faktu, że jeszcze przed startem stałem się członkiem drużyny bo w przeciwnym razie prawdopodobnie pogodziłbym się z porażką i usatysfakcjonowałby mnie fakt ukończenia tego biegu. I tu każdy pewnie może wskazać sposób w jaki walczy o to by przetrwać. A to niełatwe gdy ma się świadomość, że ten nierówny pojedynek będzie trzeba toczyć przez 24 km. Robiłem wszystko, żeby mentalnie mnie tam nie było. Jadłem, piłem, kąpałem się, myślałem o pracy, o domu, o żonie, o dzieciach, o przyjaciołach, śpiewałem, tańczyłem, rozdawałem „piątki”, uśmiechałem się, krzywiłem, słowem wszystko co powodowało, że przez sekundę mogłem nie myśleć, że to ja tu i teraz. I tak, czując każdy kilometr, spoglądając pożądliwie na każdy znacznik mijanego kilometra ukończyłem tę okrutną próbę. To była surowa lekcja, nauka, której nie zapomnę do końca życia. Żaden kalkulator, żadna analiza nie wskazywała, że stać mnie na wynik na poziomie 3 godzin, a ja w swojej pysze postanowiłem wbrew temu wszystkiemu mierzyć się z tym wynikiem. Tragiczny był to wybór.


I tu dochodzę wreszcie do wyjaśnienia skąd pomysł na ten przewrotny tytuł. Te ostatnie 24 km to, jak już wyżej wspomniano, pełne pokory błaganie o zakończenie tej gigantycznej drogi przez mękę. Ale fakt, że przebiegłem ten maratoński dystans zaledwie 1,5 minuty gorzej od rekordu życiowego pokazuje, że człowiek może przesunąć granice własnych możliwości. Nie miałem prawa mieć nadziei, że się nie zatrzymam gdzieś na chwilę, że nie zwolnię do tempa przekraczającego wyraźnie 5 min/km, a mimo wszystko nic takiego się nie wydarzyło. W tej malignie udało mi się odnaleźć jeszcze resztki sił, którymi postanowiłem w jakiś matematyczny sposób zarządzać, nie szarpałem, pozwalałem się wyprzedzać, wiedziałem, że jest jeszcze miejsce na mądre, analityczne postępowanie w własnymi zasobami energii. I tak, doszedłem do wniosku, że mój dzisiejszy występ charakteryzuje typowy dualizm charakterystyczny dla niejednoznacznych zjawisk. Zanotowałem dziś w swoim dzienniku biegacza porażkę i sukces w jednym. Wszystkim moim biegowym przyjaciołom mówię dziś, przeżyłem koszmar ale wiem, że nawet z takiego biegu, a może szczególnie z takiego, można odebrać wielką naukę i ja z tego właśnie ogromnie się cieszę. Na koniec. Wynik: 3:11:42, miejsce open: 313. Do zobaczenia w Poznaniu.

Author: szuracz

Share This Post On

1 Comment

  1. Chyba każdy, kto kiedykolwiek brał udział w zawodach, wie, że adrenalina i efekt tłumu potrafią zawładnąć umysłem nawet najrozsądniejszego biegacza. I to fakt, że na zawodach zawsze kusi ustawienie się w strefie „o jedno oczko lepszej” 😉 Ale z drugiej strony trzeba mieć marzenia i motywację! Duży szacunek za to, że przeżyłeś opisaną katorgę, dobiegłeś w bardzo mocnym czasie. Twój wynik 3:11:42 to dla mnie kompletna abstrakcja na aktualnym etapie mojego biegania. Dlatego z mojej strony gratulacje i niech zwycięstwo osłodzi Ci gorycz porażki 🙂

    Post a Reply

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: